To szczególnej maści inscenizatorska precyzja. Obecna i w scenariuszu, i w tekście teatru. Dokładnie mierzona, na wskroś otwarta. Bez grama minoderii. Bez formalnego zadęcia.
Idźmy po kolei. Jerzy Machowski zrealizował w Teatrze Klasyki Polskiej, (premiera 13 grudnia 2025), Starą-Nową Pastorałkę. Tytuł – drogowskaz wskazujący na szeroką gamę kompilowanych tekstów. A równocześnie tytuł – kamuflaż, który sygnalizuje plan teatralnej gry.
Młody reżyser, nota bene o autentycznym sceniczno-telewizyjno-radiowym dorobku, sięgnął przestrzeni niby oczywistych, bo wytyczonych materią gatunku. Fundament stanowiły fragmenty Pastorałki Leona Schillera, Dialogu na święta Narodzenia Chrystusa Pana oraz Aktu pasterskiego. Wędrując tym duktem Machowski sięga intermediów, m.in. Wawrzek do szkoły i ze szkoły; Ojciec, nauczyciel i syn; Mazur i Rusin. W specyficznym „pomiędzy” krążą zbliżenia Biblii, np. z Księgi Rodzaju, Ewangelii Św. Łukasza. A równocześnie fabularny porządek dopełniają znakomicie cyzelowane dopiski literackie: Satyr Jana Kochanowskiego, Lud Oskara Kolberga, Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego, Pastorałka Tytusa Czyżewskiego…
Cały ten strukturalny miks reżyser opatrzył uwagą:
„Stara-Nowa Pastorałka nawiązuje do dwóch różnych teatralnych tradycji: Schillerowskiej, będącej widowiskiem złożonym z rozmaitych tekstów dawnych i postmodernistycznej, czyli kolażu tekstów niejednorodnych. Może to i paradoks, ale na pewno nie sprzeczność!”
Dodałabym: „przewrotnie spójny paradoks”, który niesie rozwibrowana słowno-muzyczna kapsuła. Ba, niosąc – rzeźbi synestezyjną formę przekazu. Dzięki temu alegoria brzmi, fruwa, błyszczy, porusza, odbija żart. Wysoki pułap dla zespołowych działań. Ale też tor przeszkód faszerowanych oleodrukiem, kalką, czy Wąż Kusiciel tylko wie jak zużytą konwencją.
Tymczasem „Machowska” Pastorałka po swojemu szybuje w stronę słońca. Leci wysoko wśród cudownych brzmieniowych odcieni. Zatem pora przedstawić wszystkich Muzyków-Uczestników, gdyż ich wirtuozeria spaja cudowne tony instrumentów od aborygeńskiego didgeridoo, armeńskiego duduka, chińskiego guzhenga, afrykańskiego kahona, azjatyckiego kobyza po rodzime fidele kolanowe. Skąd pochodzą i którędy biegną jasno tłumaczy programowy artykuł Marii Pomianowskiej. Ona też wspaniale prowadzi muzyczną piątkę: Gwidon Cybulski, Bartłomiej Pałyga, Wojciech Lubertowicz, Piotr Kopietz, Anna Cichocka. Wszyscy zwarci, gotowi, kreatywni!
Właśnie ich autentyczna zespołowość harmonizuje z aktorskim wielogłosem. Jest butnie i bałamutnie. Bywa wzruszająco, a gdy trzeba refleksyjnie. Czuć ekspresyjną wspólnotę, która nie epatuje, lecz funkcjonuje, wiążąc dialogi i sytuacje.
Natomiast pomiędzy i ponadto są kadry solistów. Wyostrzona rodzajowa charakterystyczność w przymierzu z organicznym żywiołem buduje kolejne wizerunki Agaty Piotrowskiej-Mastalerz (Karczmarka, Chłopka, Sybilla, Herodowa). Bezgraniczny urok stymulowany gestyczno-wokalną inwencją rzeźbi zbliżenia Justyny Fabisiak (Anioł, Smierć). Prawdy chwyconej na ścieżkach metafory strzeże Natalia Gadomska (Kolędniczka, Ewa, Anioł, Maryja).
Gratulując Paniom, przechodzę w stronę męskich portretów. Kolędnik, Józef Henryka Gołębiewskiego. Proszę Państwa tego się nie da opisać. To jest serca bicie. Real, stylizacja, uczuciowe pyk, komiczny pstryk. Znakomity pomysł obsadowy malowany talentem, który trafia w dziesiątkę. Rzemiosło, klarowne zwroty ekspresji wyróżniają tryb zabawowych stop klatek Filipa Orlińskiego (Diabeł, Archanioł Gabriel, Dawid, Żaczek). Młodość pod rygorem warsztatu. Dwa razy Ż: żar i żart. Bardzo dobra aktorska robota.
I teraz On. Andrzej Mastalerz. Primus inter pares. Tutaj w kilku zamaszystych odsłonach: Bóg, Chłopek, Bartos, Herod. Techniczna maestria oraz perfekcyjnym „mimo woli” dawkowana gra postacią, żonglerka metamorfozą. Natomiast „po drodze” sączy się przemycany widzowi szelmowski uśmiech. Co więcej gadać. Standing ovation, Mistrzu.
Machowska Pastorałka wspaniale fruwa wzdłuż i wszerz przemyślanych scenariuszowych proporcji. Słowa spotykają się w wyrazistym muzyczno-choreograficznym (Jarosław Staniek) zespoleniu. Ponarzekałabym na zbyt suchy plastyczny wystrój (Aleksandra Reda), który nie dotrzymuje kroku inscenizatorskiej harmonii, ale szczerze mówiąc w moim krwiobiegu krytyka wciąż trzymam lekką niczym piórko pastorałkową scenografię Marleny Skoneczko (inscenzacja Jitka Stokalska, Polska Opera Królewska, prem. 30 XII 2022) i wcale nie wiem, czy zachowałam pełny obiektywizm.
Dlatego zostawiam odruch recenzenta-zgredy i wszem wobec anonsuję reżyserski błysk oraz wykonawczy lot. Brawo!
Jagoda Opalińska
