Nie przenoście nam stolicy do Krakowa
W powyższym podtytule nawiązuję do słów jednej z wielu piosenek solidnego zespołu, który wykonywał ją najczęściej w Krakowie… gdzieś „Pod budą”. Zasygnalizowana jest w niej zabawna kulturowa rywalizacja między nieco zadufaną w sobie krakowską tożsamością a Bogu Ducha winną Warszawą, przepełnioną niegdyś – mimo woli – socjalistycznymi urzędami i urzędnikami. Obecnie też nie ma tego sympatycznego „zagrożenia”, tj. potrzeby przeniesienia stolicy do Krakowa. Zwłaszcza że nikt tego nie chce. A na dodatek, to w ogóle do przyjazdu do Krakowa zniechęca obecnie np. administracja teatralna nomen omen: z Placu Świętego Ducha. Co innego artyści… ze Słowackiego. Tego i owego doświadczyłem wymownie, tj. fonicznie.
Znowu Kraków
Wybrałem się 13 lutego 2026 r.. do Krakowa właśnie na ogólnopolskie zebranie przedstawicieli lokalnych zarządów Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, poprzedzające przyszłoroczny Polski Zjazd Filozoficzny w Warszawie. W tym roku obchodzę 50 rocznicę przynależności do tej dystyngowanej oraz uroczej organizacji i postanowiłem – jako teatrolog i krytyk teatralny – uczcić to wizytą w… Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.
Dlaczego?
Otóż w 1987 r., niemalże 40 lat temu odbył się właśnie w Krakowie jeden z niezbyt wielu kilkudniowych – zawsze pełnych zróżnicowanych, dotąd niezapomnianych, intrygujących wrażeń – Polskich Zjazdów Filozoficznych, nawiązujących do jego przedwojennej: merytorycznej i wolnościowej tradycji (1). Przewodniczył mu wtedy – główny organizator – prof. Józef Lipiec, filozof o kontrowersyjnych naonczas poglądach. Co tam kontrowersje, jak zjazd był przygotowany pod względem organizacyjnym, jak się patrzy.
Za karę do piwnicy
Wszyscy uczestnicy tego Zjazdu, podzieleni, pod względem opatrznościowym na dwie grupy (dołączyłem do jednej, a następnie do drugiej: na gapę), zostali zaproszeni na dwa oddzielne – dzień po dniu, pełne wigoru, dojmującej muzyki i znakomitych piosenek (np. w wykonaniu Krystyny Zachwatowicz w kusej sukience z refrenem zaczynającym się od słów „Taka głupia to ja już nie jestem, może głupia, ale głupia nie aż tak”) spektakle kabaretowe w „Piwnicy pod Baranami” w reżyserii i scenografii Piotra Skrzyneckiego (będącego już – jak my – na cyku; przypis 2). Nasycone były także mnóstwem wysublimowanych dowcipów, żartów dotyczących również obecnych filozofów (zwłaszcza tych nieopatrznie marksizujących). Imponowały możliwością nabycia przy bufecie oraz spożywania – przed, w trakcie, a także długo, długo… po spektaklu – m.in. nobilitujących wtedy „fikołków”, zawierających: proszę państwa! w serwowanej stopce, w kształcie setki – oprócz 50 ml. wódki „czystej zwykłej” – około 50 ml. Coca-Coli!. Można było je spożywać bez dodatkowego popychacza, czyli popitki (inaczej popity), neutralizującej – co gorsza – jej znamienny smak.
Coca Cola – to jest to
Wszyscy wtedy, pod koniec lat osiemdziesiątych potwierdzaliśmy – za Agnieszką Osiecką – że Coca Cola – to jest to. W owym czasie były rozpowszechnione w Polsce głównie kiepskie podróby tego napoju. A w Piwnicy serwowano ten luksusowy wówczas wódczany rozcieńczacz: w oryginalnej postaci. To był skok w inny świat. Tam w Piwnicy można było poczuć w ustach – bez ograniczeń – smak Zachodu i delektować się nim od zachodu do wschodu słońca. Ówczesne Państwo Polskie (PRL) nie było stać na zakup rozchwytywanej Coca-Coli dla całej Polski za trudno pozyskane – i w skąpej ilości – dewizy: zwłaszcza że musiałaby być sprzedawana w kraju za złotówki, które nie miały wzięcia w międzynarodowym obiegu, w zagranicznych transakcjach handlowych. Coca-Cola była jednak dostępna w minimalnej ilości (tj. liczbie butelek i puszek), za zachodnią walutę, w nielicznych Peweksach, podobnie jak whisky. Można było ją (walutę) bądź bony walutowe, nabyć u rezolutnych, nie zawsze uczciwych dobrodziejów, tj. – przechadzających się w pobliżu – cinkciarzy. Mieli oni atrakcyjne, bo całodniowe zajęcie na świeżym powietrzu i kieszenie pełne forsy oraz ochronę „zaprzyjaźnionych” tajniaków.
Teatr im. Juliusza Słowackiego, czemu nie…
Obejrzałem ponadto podczas tego Zjazdu w Teatrze im. Juliusza Słowackiego (na jakiejś kameralnej scenie, przy gmachu głównym, nie pamiętam nazwy), w 1987 r. – z własnej inicjatywy – popołudniowy monodram Bogusława Schaeffera pt. „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” przedstawiony przez Jana Peszka. Obejrzałem go wcześniej na prapremierze w Teatrze Stefana Jaracza w Łodzi w 1976 oraz niedawno w Warszawie u Krystyny Jandy w Teatrze Polonia, w maju 2023 (patrz: Jerzy Kosiewicz: „Rżnięcie, które rozbawiło widzów”, w piśmie internetowym „Yorick”, 19.06. 2023 r.). Przedstawienia zawierały fascynujące popisy aktorstwa Jana Peszka z nieodzowną drabiną, rżnięciem deski i z niby nieskoordynowanym rozlewaniem wody z wiadra na scenę. Rozbawieni – ale bez parasola – pierwszorzędni oraz drugorzędni widzowie, mieli pietra (obawę), że zostaną nieopatrznie, bądź celowo schlustani. A ja – niegdyś wśród nich – także.
Arebour – zamiast zachęty
Do tegorocznego przyjazdu, do Teatru Słowackiego i obejrzenia sztuki zachęciła mnie podczas rozmowy telefonicznej – á rebour – osoba, zajmująca się chyba kontaktami z prasą. Przeważnie teatr dysponuje pokojami gościnnymi. Jak ich nie ma lub nie ma wolnych miejsc, to sugeruje zazwyczaj (a jest to dobry zwyczaj), pomaga wybrać niezbyt kumatym – tj. nie obeznanym w tej sprawie – krytykom (np. takim, jak ja) hotel w pobliżu. Niestety, zamiast jakiejś uprzejmej podpowiedzi, pomocnej sugestii, usłyszałem w niezbyt sympatycznym tonie, abym „załatwił to sobie we własnym zakresie”. Oczywiście wiedziałem, jak się zamawia dobę hotelową. Ale nie wiedziałem, który hotel wybrać i zdecydowałem się zmartwiony na niezbyt komfortową, wieczorno-nocną podróż do stolicy. Niezależnie od tego, chciałbym gorąco podziękować Teatrowi za umożliwienie obejrzenia wzmiankowanego w tekście komediowego przedstawienia pt. „Ciało i krew albo niewypowiedziane” na scenie w Domu Machin. A jest za co …
Spektakl był wyśmienity pod każdym względem: wyreżyserowany i zagrany znakomicie przez cztery bardzo dobre aktorki, opowiadające otwarcie i dowcipnie, ale w sposób wyważony o krwawych przeżyciach z końca okresu dziewczęcego, a następnie o urokach panieńskich oczekiwań, tudzież o małżeńskich i rodzicielskich uwikłaniach oraz zwiastunach nadciągającej kobiecej starości, poruszając częstokroć w sposób bezpośredni kwestie, które niegdyś, były uznawane za tematy tabu. Obecnie stanowiły źródło inspiracji komediowych, niezależnych od siebie, przeplatających się wypowiedzi czterech intrygujących pań, nasyconych ze wszech miar pociągającą kobiecością. Nie tworzyły one spójnych ze sobą dialogów, tylko krótsze lub dłuższe, wielokroć ekspresyjne i dynamiczne monologi – zwierzenia, wyznania – rozbawiające widownię, mimo częstokroć poważnych i drażliwych akcentów.
Widzowie bili brawo na stojąco. Ja wśród nich – najgłośniej.
Słowacki – do zobaczenia
Jerzy Kosiewicz
Sekcja Krytyków Teatralnych
Związek Artystów Scen Polskich
A propos z Internetu dowiedziałem się:
że podstawę spektaklu pt. „Ciało i krew albo niewypowiedziane” stanowił tekst autorstwa Anny Basnajniższy głos męski; także solista obdarzony takim gło... More i Iwony Kempy,
– że wyreżyserowała go Iwona Kempa,
– a dramaturgią zajęła się Anna Bas,
– że za muzykę i śpiew odpowiadał – jak przekazano – kompozycyjnie i wykonawczo: Zespół folkowy „Chłopki”,
– a wystąpiły (i zagrały swe role koncertowo – moje) Dorota Godzic, Martyna Krzysztofik, Anna Tomaszewska i Katarzyna Zawiślak.
Głównym i jedynym mankamentem spektaklu było to, że zakończył się po 85 min., a powinien być dłuższy … o niebo dłuższy… z ewentualną kontynuacją w zaświatach, nie koniecznie w niebiańskim nastroju.
Ponadto, rozbawiło mnie to, że długo nie mogłem ustalić za pomocą Internetu oficjalnej nazwy tej sceny i widowni, gdzie – tak jak inni – naonczas bawiłem. Pomogło biblijne: szukajcie, a znajdziecie.
Mniejsza o to, zwłaszcza że spektakl zasłużył na nominację (za całokształt) do nagrody na poziomie ewentualnego teatralnego Oscara tak w wersji polskiej, jak zagranicznej.
Jerzy Kosiewicz
[Fot. Regina Zawadzka-Bigaj/ Teatr Słowackiego]
Przypisy
- Polskie Zjazdy Filozoficzne to cykliczne, ogólnokrajowe konferencje integrujące środowisko akademickie, organizowane są od 1923 roku (I Zjazd we Lwowie). Stanowią najważniejsze forum wymiany myśli, prezentacji badań i dyskusji o kondycji filozofii. Ostatni, XII Polski Zjazd Filozoficzny, odbył się w 2023 roku w Łodzi, a kolejny, XIII, planowany jest w 2027 roku w Warszawie.
- Przedstawienia kabaretowe prowadził lekko i początkowo stremowany oraz zaszczycał zarazem przeuroczą, stricte kabaretową – częściowo improwizowaną – spektakularnie rozbudowaną konferansjerką: legendarny Piotr Skrzynecki (reżyser i scenograf). Współzałożył on był „Piwnicę pod baranami” wraz z Bolesławem Chromym i Krzysztofem Pendereckim w 1956 r.
