Z fotela Łukasza Maciejewskiego: ORIANA – ONIRIA

TYSIĄC NOCY I JEDNA. SZEHEREZADA 1979”, REŻ. WOJCIECH FARUGA

Wolność nie może istnieć bez dyscypliny, raczej samodyscypliny. Nie ma praw bez obowiązków. Każde prawo niesie za sobą obowiązek, ten zaś, kto nie przestrzega swoich obowiązków, nie zasługuje na jakiekolwiek prawa” – pisała Oriana Fallaci. Wojciech Faruga w spektaklu „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, na podstawie tekstu Magdy Fertacz, pokazuje Fallaci bezwzględną, obowiązkową, świadomą swoich praw. Kolejny raz pyta o wolność i o cenę, którą za wolność trzeba zapłacić.

Przedstawienie „Tysiąc nocy i jedna…” wpisuje się w bliski Farudze tematyczny krąg duchowości w teatrze, którego najwybitniejszym, jak dotąd, spełnieniem była „Matka Joanna od Aniołów” wystawiona w ubiegłym roku w Teatrze Narodowym, a wcześniejszymi ogniwami między innymi spektakle „Wszyscy święci”, „Betlejem polskie” czy „Królowa Margot. Wojna skończy się kiedyś”. „Księga tysiąca i jednej nocy”, znana również jako „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”, to powstały w IX i X wieku, uznawany za arcydzieło światowego dziedzictwa kulturowego, zbiór około trzystu baśni i legend, dla których ramą jest opowieść o sułtanie Szachrijarze i jego żonie, Szeherezadzie. Pradawne legendy i podania arabskie, staroindyjskie, asyryjskie, wreszcie perskie, to kanon baśni, często prezentowanych również w polskich teatrze, przede wszystkim w teatrze dziecięcym. Dotychczas powstało kilkanaście spektakli na podstawie „Księgi…”, bazujących przede wszystkim na najbardziej rozpoznawalnych opowieściach z „1001 nocy” – o cudownej lampie Alladyna, pięknej Parysadzie, nocach Szeherezady, Sindbadzie Żeglarzu, czy o Alibabie i czterdziestu rozbójnikach. Baśń Farugi i Fertacz, piękna i okrutna baśń, wywiedziona z perskiej mitologii, zostaje jednak świadomie pozbawiona baśniowości, jak gdyby poniżona i urealniona, ale na pewno nie wyśmiana. Piękno (baśni) jest częścią szpetoty (świata). Stąd nawiązanie wprost, również w tytule przedstawienia, do rewolucji islamskiej z 1979 roku, która doprowadziła do przekształcenia Iranu z monarchii konstytucyjnej w republikę islamską, stąd Oriana Fallaci i jej legendarny wywiad z ajatollahem Chomeinim. Wywiad Fallaci, który zainspirował twórców spektaklu, wciąż jest znakomity. Fallaci jest w nim ostra, zimna, nieprzejednana. Pyta Chomeiniego wprost – dlaczego prześladuje rewolucjonistów, którzy obalili szacha, dlaczego dąży do tego, by zepchnąć Iran ponownie w mroki średniowiecza. Chomeini okazał się jednak, ku zdumieniu dziennikarki, godnym przeciwnikiem. Nie skompromitował się, po prostu nie odpowiadał na pytania. Po wywiadzie z ajatollahem, pisarka przyznała: „Być może jest to banalne stwierdzenie, ale prawda jest prosta – Chomeini to po prostu fanatyk. Zawsze uważałam i nadal uważam, że fanatycy są ludźmi mało inteligentnymi, muszę jednak przyznać, że on jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Sądziłam, że będę miała do czynienia z idiotą, tymczasem spotkałam bystrego człowieka”.

W spektaklu Farugi Fallaci grana przez Martę Konarską, jest także Szeherezadą – dzięki opowieści, dzięki słowu, sile słowa, ocala życie. A przecież ośmieliła się na więcej, niż jakakolwiek kobieta wobec ajatollaha. Wprawdzie wyraziła zgodę, żeby na rozmowę włożyć czador, ale w trakcie rozmowy, zdarła go z siebie, Chomeini wtedy wyszedł, nie mógł pozostać w jednym pomieszczeniu z kobietą z odkrytą głową, Oriana została, ponieważ nie zadała wszystkich przygotowanych pytań. Spotkanie w końcu odbyło się następnego dnia. Fallaci wspominała: „Następnego dnia, kiedy przyszedł Chomeini, spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam: »Teraz, imamie, rozpocznijmy od momentu, w którym przerwaliśmy. Mówiliśmy o tym, że nie jestem porządną kobietą. Chomeini zrobił wtedy coś niespodziewanego. On, który nigdy nie patrzy ludziom w twarz, trzyma wzrok wbity w ziemię, spojrzał prosto na mnie z uśmiechem rozbawienia! Był rozbawiony, ale nie mógł się śmiać”.

Pomysł tego przedstawienia narodził się w głowie Wojciecha Farugi podczas pobytu w Iranie, na festiwalu teatralnym w Hamadanie, niegdysiejszej stolicy państwa Medów. Na targu spotkał spowitą w czador kobietę, oglądającą na telefonie komórkowym telewizyjny program sprzed lat. Reżysera zaciekawił ten obrazek. Okazało się, że to było telewizyjne show, w którym występowała ta sama kobieta, wówczas młoda. Wyglądała jak Europejki, modnie ubrana, loki, makijaż. „Taka byłam wtedy, tak wyglądał Iran”. Faruga zaczął badać życie w Iranie przed Chomeinim, zaprosił to współpracy Magdalenę Fertacz, z którą pracował nad głośnym „Rosemary” w Teatrze Śląskim, wspólnie uznali, że najciekawszym plastycznie i literacko budulcem dla poprowadzenia tej historii będzie sięgnięcie po „Księgę z 10001 nocy”, a snującą opowieści Szeherezadę odnaleźli w Fallaci.

Takie są konkrety, ale „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979” w Teatrze im. Słowackiego jest przede wszystkim snem, śnieniem. Tym, co przyśniło się Orianie, co mogło przyśnić się kobiecie, od momentu przerwania wywiadu, aż do wznowienia go w dniu następnym. Oriana – Oniria, oniryczność. Nawet słowotwórstwo pomaga, ale jeżeli oglądamy sen Oriany, nie jest ów sen na pewno pokrzepiającą drzemką, nie jest również, na co wskazywałaby międzynarodowa recepcja wywiadu z Chomeinim, sukcesem reporterki. Katarzyna Borkowska – autorka scenografii, kostiumów, reżyserka światła, przywraca urodę perskiego dziedzictwa. Nie potrzeba pychy, przesady, rozpasania, wizualnego i scenograficznego. Potęga perskiej kultury jest w spektaklu symboliczna. Pasolini szczerzy szczerbaty uśmiech w stronę Paradżanowa. Gra skojarzeń, metafora, gra światłocienia. Plastyka przedstawienia, wzmacniana jeszcze muzyką Bartosza Dziadosza, jest nie tylko komplementarna wobec słowa, ale wychodzi często na plan pierwszy. Oba teatralne żywioły współgrają ze sobą. Na planie pierwszym Oriana Fallaci grana przez Martę Konarską. Aktorka gra Orianę w drodze, postać w przemianie. Jest kimś innym podczas wywiadu z Chomeinim, kimś innym we śnie. Przyjmuje odwiedziny duchów zmarłych ofiar rewolucji, przywołuje postaci ofiar własnej biografii: nienarodzonego dziecka, śmierci ukochanego, odejścia matki. Odwiedza ją wielbicielka, homoseksualny fryzjer, lewicujący pisarz. Opowieść Oriany staje się metaopowieścią. Żelazna dama dziennikarstwa, zrzuca kolejne czadory chroniące jej „kapelusz cały w czereśniach” – strach, bezdziedność, nieprzerobione traumy. I słowa, i opowieści. I świat, który był. Wielkie kulturowe dziedzictwo, z którego, gdyby nie rewolucja irańska, moglibyśmy czerpać do dzisiaj. Nie ma takiej możliwości. Ta plaga idzie dalej. Nie potrzeba już zbrojnych rewolucji, wystarczy zaszczepione raz w umysłach zło, przemoc, żądza władzy. I przekonanie, że władza daje prawo do decydowania o losie nie tylko zbiorowości, ale pojedynczych osób. Prawo do decydowania, co może kobieta, mężczyzna, dziecko. W tym aspekcie „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979” Wojciecha Farugi i Magdy Fertacz, pesymistycznie wpisuje się w społeczną i kulturową narrację ad 2021. Brak zaufania do świata, przemoc prowadząca do potężnego kryzysu wartości, wreszcie pandemiczna niepewność jutra. Wystarczy jeden strzał, albo – celowo teraz upraszczam – jeden nietoperz na targu w Wuhan, żeby zmienił się świat. Zmienił na zawsze. Oriana Fallaci, Szeherezada staje się w tym kontekście przegraną Kasandrą. Ma dla nas tylko opowieści, niesie przesłanie, może proroctwo. Mało kto tego wysłucha. Za długie, za nudne. Pewnie fake news.

Z jednej strony siłą, z drugiej intelektualnym unikiem spektaklu, jest wypośrodkowana ocena bohaterów. Ani za, ani kontra. Zabieg jest politycznie poprawny, co sztuce rzadko sprzyja. Fallaci to osobowość kompulsywna, irytująca, postać o poglądach więcej niż kontrowersyjnych. Chomeini w interpretacji Andrzeja Grabowskiego (Grabowski gra tę rolę na zmianę z Tadeuszem Ziębą) – posągowy, budzący strach i szacunek, ale i tyran, religijny radykał, niszczyciel. A wokół parada doradców, hipokrytów, karierowiczów, postaci ze snu i z realności – jak wyróżniające się w obsadzie studentka Neda grana przez Karolinę Kazoń, czy zwolenniczka Szacha, reżyserka Leila w interpretacji Hanny Bieluszko. Nie tylko zatem wierchuszka, przywódcy, z którymi Fallaci była kojarzona, ale prości ludzie, mieszkańcy Iranu, z którymi musiała się przecież stykać. Wszędzie jednak to samo: nie ma zła, nie ma dobra, autorzy nie wskazują winnych, nie wywyższają zwycięzców. Przyglądają się im, przyglądają nam. Baśń z 1001 nocy w tym teatralnym śnie staje się przypowieścią z niejednego koszmaru. „Czy moje opowiadanie ma sens, jeśli świat się zmienia i wciąż pozostaje taki sam?” – pyta w spektaklu Fallaci. Opowiadanie jak teatr. Słowo ma sens.

Łukasz Maciejewski

* Cytaty z wypowiedzi Oriany Fallaci pochodzą z książki Cristiny de Stefano „Oriana Fallaci. Portret kobiety”, przekład Alina Pawłowska-Zampino, Sonia Draga, Katowice 2014

[Tekst recenzji publikowany w miesięczniku „Teatr”]

Leave a Reply