|
* Dziś jesteś znanym na całym świecie, powszechnie uznanym artystą, ale w
1966 r. – pamiętam to dobrze – wkraczałeś na KUL pełen kompleksów. Twoje
wcześniejsze podejścia do studiów, próby dostania się do Akademii Sztuk
Pięknych nie były udane...
To był totalny kłopot. Cztery razy podchodziłem do ASP, dwa razy w
Warszawie, raz w Krakowie i raz we Wrocławiu. Była pora letnia, na świecie
było pięknie, a ja jechałem po wyniki i patrzyłem, że mnie nie ma na liście.
To mnie dołowało.
Jak teraz bywam z wykładami w akademiach w Berlinie, Amsterdamie, Helsinkach
i poczuję terpentynę, przechodzą mnie dreszcze i zlewa pot. To się ciągnie,
wlecze za mną. Młodzież, którą tam uczę, tego nie wie, a ja stoję i uśmiecham
się do siebie. Jestem w akademii sztuk pięknych!
* Tak wielka była Twoja potrzeba zostania artystą malarzem?
Bardzo chciałem malować i chciałem robić tkaniny, a tkanina na
warszawskiej ASP była dopiero na trzecim roku i na egzaminach wstępnych
nikogo nie obchodziły moje prace tkackie, a mnie gubił wymagany na nich
rysunek.
* Właśnie, tkanina! Przypominam sobie, że to była Twoja fascynacja
wyniesiona z Liceum Technik Plastycznych w...
... Kielcach. Pięć lat uczyłem się tkaniny. To była pierwsza siła,
zaczep. Wstęp do sztuki. I pierwsze poszukiwania. Na przykład w 1964 czy 65
roku – a wtedy to było rewolucyjne – wprowadziłem do tkaniny zardzewiały
drut, wplotłem go w osnowę. Już chciałem coś burzyć. Zauważ, jak to tkactwo
obecne jest w moim teatrze. Jest w tytułach spektakli: „Włókna”, „Pętanie”,
„Kir”, „Całun”.
* Egzamin na KUL po nieudanych próbach dostania się na ASP był aktem
desperacji?
Zdawałem na historię sztuki i chodziło o to, żeby nie było to rolnictwo
lub nie była chemia, tylko żeby w nazwie studiów pojawiało się słowo
„sztuka”. Nie rozumiałem, co to za studia i chciałem na egzamin wejść z
obrazami, których po latach startów na akademie uzbierało się sporo, ale mgr
Zając, słynny kierownik dziekanatu Wydziału Humanistycznego mi zabronił. I
już byłem załamany. Stanąłem przed trzema profesorami S – Sułowskim,
Smoleniem i Sawickim, i tu szczęście spotkało mnie na KUL pierwszy raz. Ks. Smoleń
spytał o „Opłakiwanie” Marcina Czarnego z kościoła w Tarnowie. To mój
ulubiony obraz, który skopiowałem i miałem wśród prac przywiezionych do
Lublina. Wyleciałem z sali i ku osłupieniu komisji przyniosłem go. Nie
wiedziałem o nim nic, ale wiedziałem, po co go namalowałem. I jakoś zdałem
ten egzamin.
* W moim domu – nie będę krył, że jestem z tego dumny – wisi obraz z
wystawy, która odbyła się już w następnym, 1967 roku i okazała się przełomowa
w Twoim życiu.
Była to wystwa na tzw. korytarzu rektorskim na I piętrze KUL. Chciałem
bardzo mocno zaznaczyć, że jestem malarzem i pokazać swą fascynację ikoną, a
obraz, który dostałeś w prezencie, należy do tego ikonowego kręgu. I wtedy
szczęście spot-kało mnie po raz drugi. W tym czasie w Teatrze Akademickim KUL
słynna reżyser teatru rapsodycznego Irena Byrska robiła „Wandę” Norwida.
Scenografię miał przygotować Robert Rogowski, kolega z historii sztuki, i
wciąż zawalał. Byrska zobaczyła wystawę i wykrzyknęła:
– Znajdźcie mi tego człowieka!
Tak się zaczęła moja przygoda z tą materią. Ja, człowiek, który rok wcześniej
przyjechałem do Lublina z pierzyną na głowie i trafiłem do koloni
artystycznej na Nowogrodzkiej 10, tuż koło miejsca, gdzie miaszkam dziś z
rodziną, ja, któremu pojęcie scenografii było obce, zostałem scenografem.
Myślę, że po tych wszystkich przeżyciach z akademiami i nieudanymi egzaminami
Byrska mnie uratowała. Przez cztery lata, do powstania Sceny Plastycznej,
pracowałem z nią, potem z Kotlarczykiem przy spektaklu „Amor Divinus —
Tryptyk staropolski”, wreszcie w Gongu 2 z Rozhinem przy fragmentach
„Everymana”, „Testamencie” Villona i „Kongo Millerze – Wyznaniach mordercy”.
Aha! Na KUL z Januszem Bachmińskim robiłem jeszcze „Odjazd za godzinę” Bölla.
* Jak w Tobie dojrzewała myśl do tego, żeby stworzyć własny teatr
plastyczny?
Już na Studenckiej Wiośnie Teatralnej w Chatce Żaka w 1967 r., na której
Teatr Akademicki KUL wystawił „Wandę” Norwida, przeżyłem szok, że nagrody nie
dostała Byrska, tylko przypadła ona mnie. Zacząłem dumać: – To znaczy, że ta
scenografia jest bardzo istotna. Słowem, czy ze scenografii nie można zrobić
teatru.
* Zawsze myślałem, że ostatecznego kopniaka dostałeś po tym, jak
obejrzeliśmy we Wrocławiu w 1969 r. na Festiwalu Teatru Otwartego spektakl
legendarnego amerykańskiego Bread & Puppet Theater Petera Schumanna.
On niewątpliwie na mnie bardzo wpłynął i ten wpływ wlókł się za mną,
ciągnął do „Wieczerzy”. Ale ostateczny kopniak to było „Apocalipsis *****
figuris” Jerzego Grotowskiego, na które pojechaliśmy do Wrocławia z prof.
Ireną Sławińską i prof. Stefanem Sawickim. Oni – stara szkoła teatralna –
trochę wybrzydzali, a ja, co do motywacji i do zawierzenia teatrowi,
przeżyłem wtedy katharsis. Trzeciego kopniaka, jeśli już tak mówimy, kopniaka
co do języka i formy teatru dostałem, gdy za jakiś czas w warszawskiej
Galerii Foksal zobaczyłem „Umarłą klasę” Tadeusza Kantora.
* Ale ona miała premierę w 1975 r. Twoje „Narodzenia” powstały wcześniej.
Pierwszego spektaklu „Ecce Homo” jeszcze nie reżyserowałem, bo się tego
bałem i zrobił to Joachim Lodek. Drugi, „Narodzenia”, to był chyba pierwszy
autorski spektakl w Polsce, bo „Umarła klasa” była później. I to mnie bardzo
cieszy.
* Wróćmy jednak jeszcze do „Ecce Homo” inaugurującego działalność Twojej
Sceny Plastycznej...
Wiele zawdzięczam ludziom, którzy się zaangażowali w robotę. Przecież oni
przechodzili z Teatru Akademickiego, teatru słowa, do teatru bez słów. To
było z ich strony ogromne ryzyko i poświęcenie. Spektakl miał mieć tytuł
„Życie ukrzyżowane” i cenzura przy ówczesnych zawirowaniach politycznych na
to się nie zgadzała. Profesorowie Sławińska i Sawicki interweniowali u posłów
katolickich i nic nie pomogło. Cenzura chciała też, żeby każda scena była
wytłumaczona na papierze. Byłem bezradny wobec zmian. Czepiali się ciemności,
mówili, że zwolnione nagranie to głos prymasa, że embrion na jednym witrażu
to nawiązanie do – jak to nazywali – koncepcji kobiet-trumien ks.
Wyszyńskiego.
Mam zachowane te witraże malowane w domu na Poczekajce tuszem na kalce. Nie
wiem, czy pamiętasz, ale miał być tylko jeden spektakl na dziedzińcu, bo one
na finał miały tam spłonąć, ale rektor na to się nie zgodził. To najlepszy
dowód, że ja nie myślałem o teatrze, tylko o jednorazowym wydarzeniu!
* Ten dom obrósł z czasem legendą.
Zanurzony w sadzie, z niezwykłymi sąsiadami jak Michał Chojecki. Tam
malowałem na podłodze witraże do „Ecce Homo”, a że były czterometrowe, to
musiałem malować fragmentami i zwijać kalkę. Tam była też słynna studnia, w
której z Michałem nagraliśmy pogłos w „Isabelle” Aznavoura, mej wielkiej
miłości, piosence, którą wykorzystałem jako fragment ilustracji muzycznej do
tego spektaklu. Studnia była słynna, bo syn gospodarza, prof. Bogdan
Adamczyk, fizyk i terapeuta jąkania, stworzył dzięki niej metodę „echo”.
|