Powoływanie się na tradycję należy do rytuału teatralnego. Yorick
odnotowuje to na przykład przy okazji jubileuszu Andrzeja Łapickiego.
Z tym większym zdumieniem zauważa, że nie zawsze słowom towarzyszą
czyny. Zapewne za sprawą przeoczenia albo poczucia, ze coś jest
oczywoste i dlatego nie trzeba o tym mówić. Otóż trzeba! Dzisiaj nawet
w szkołach teatralnych spotkać można studentów, którzy nigdy nie
słyszeli o Kurnakowiczu czy Woszczerowiczu. Dlatego Yorick się denerwuje, kiedy o tradycji się zapomina lub ją waży lekce.
Oto „Demony” Johna Whitinga
wróciły na scenę Teatru Ateneum po upływie 40 lat - ściślej rzecz
biorąc w ogóle trafiły na polską scenę powtórnie po długiej przerwie.
Lata temu, czyli właśnie owe czterdzieści lat wcześniej w kluczowej
roli Matki Joanny od Aniołów wystąpiła Aleksandra Śląska
- recenzenci uznali spektakl za jej indywidualny sukces, a postać
Joanny została wpisana na stałe do osiągnięć artystki. Warto dodać, że
reżyserował ten spektakl Andrzej Wajda, scenografia zaś była dziełem Ewy Starowieyskiej i reżysera.
Yorick przypomina o tym głównie dlatego, że w teatralnym programie próżno by szukać wiadomości, że polska prapremiera „Demonów”
miała miejsce na deskach tego samego teatru, w dodatku nad sztuką
pracowali tak wybitni artyści. Chociaż nie są to informacje tajne,
mniej dociekliwy widz może odnieść mylne wrażenie, że ma do czynienia
ze znaleziskiem dramaturgicznym, z utworem nigdy nie granym i w Polsce
nieznanym. Trudno dociec, czym kierowali się autorzy programu, bo nie
sądzę, aby kryła się za tym intencja unikania porównań.
Skoro jedna już o porównaniach mowa... Nowa inscenizacja „Demonów”
nie przekracza ram poprawności. Są w niej zadatki na wielkie kreacje i
na spektakl gorący, całość jednak grzęźnie w odgrywaniu obłędu (Maria Ciunelis
jako Matka Joanna nie potrafi widowni „zarazić” trucizną nienawiści -
gra „tylko”dobrze, a to za mało, aby wyzwolić gorączkę emocjonalną).
Teatrowi, oczywiście, należy się dobre słowo za odwagę podjęcia tematu
w czasach nasilania się niebezpiecznych skłonności do polowania na
czarownice. Krzysztof Gosztyła
w roli egzorcysty sieje strach, ale mimo to zespół nie potrafi wyzwolić
atmosfery terroru, który powinien narastać i wszechogarniać, aby
szaleństwo zakonnic uczynić gra na granicy ostatecznego ryzyka - tu
naprawdę musi chodzić o życie i śmierć, na koniec przecież zadana
Urbanowi Grandier (Bartosz Opania),
księdzu, który miał nieszczęście wykazać nadmierną samodzielność
poglądów. Spektakl dobrze rymuje się ze współczesnością, rozmaitymi
zagrożeniami życia publicznego, a zwłaszcza pełzającą chorobą
nietolerancji i ksenofobii. Szkoda jednak, że zabrakło w nim siły
ducha, czegoś, co ze spektaklu czyni wydarzenie.
Yorick





