
Jest
to dla mnie prawdziwy zaszczyt, ogromna satysfakcja i autentyczna
radość, że mogę otworzyć dzisiejsze spotkanie, na którym Klub Krytyki
Teatralnej – polska sekcja AICT – wręczy Panu Ignacemu Gogolewskiemu Nagrodę im. Boya przyznawaną od 1956 r.
Zaszczyt,
ponieważ wyróżniliśmy człowieka, któremu niezależnie od mód sezonowych
i środowiskowych werdyktów należy się tytuł Artysty Teatru.
Satysfakcja,
ponieważ wielokrotnie pisałam i mówiłam o rolach Ignacego
Gogolewskiego, nawet wtedy, gdy wielu nadgorliwych, a opiniotwórczych, krytyków raczej milczało, albo wiedziało lepiej.
I wreszcie radość, ponieważ widzę w tej sali grupę prawdziwych entuzjastów tego rodzaju aktorstwa.
Proszę
Państwa – dorobek dzisiejszego laureata jest najwyższej rangi. Tylko
pobieżny przegląd ról, realizacji teatralnych, telewizyjnych filmowych
wykroczyłby nieprzyzwoicie poza granice czasowe wieczoru. Ignacy
Gogolewski należy bowiem do ludzi sceny w każdym wymiarze. Reżyserował,
dyrektorował, opisywał, nauczał, działał społecznie, ale przede
wszystkim grał i gra.
W
swojej twórczości nieraz musiał się wadzić, a nierzadko stawiać czoła
ekonomii, polityce, rozmaitym etykietom, nawet… straży pożarnej. Idąc
tymi śladami można by napisać niejedną teatrologiczną rozprawę,
socjologiczne studium oraz – uwagę adresuję do przyjaciół Artysty –
niezwykle barwną obyczajową powieść. Ale nie tędy będę dziś Państwa
prowadzić. Chciałabym z bogactwa faktów i zdarzeń wydobyć jedynie
niewielki, choć znaczący ułamek.
Zacznijmy od kwestii rozległej edukacji artystycznej. Wychowanek Zelwerowicza, Krasnowieckiego, Romanówny, Wyrzykowskiego, Kreczmara trafia w 1953 roku na scenę Teatru Polskiego. Z dyrektorem Bronisławem Dąbrowskim spotyka się przy adaptacji „Lalki”. Tu otrzymuje rolę-legendę w „Dziadach” Bardiniego.
Gustaw-Konrad wynosi, wybacz Laureacie, 24-letniego smarkacza na
szczyty. I spektakl, i rola obrosły wieloma komentarzami. Natomiast
dziś podkreślmy nie tylko szkołę romantyzmu, ale i lekcję tradycji,
traktowanego z estymą zawodu oraz praktykę u wielkich solistów.
Wszystkie te szczeble młody Gogolewski przerabia właśnie w Teatrze
Polskim. Lecz odkrywa też inne rejony wyobraźni. Sezon 1959/60
rozpoczyna na deskach Dramatycznego u Mariana Mellera. Pracuje m. in. z Ludwikiem René, Konradem Swinarskim, Bohdanem Korzeniewskim, Wandą Laskowską. Bierze udział w inscenizacji Sartre’a, Dürrenmatta, Witkacego, Millera.
Kolejny etap stanowią występy w Teatrze Narodowym pod dyrekcją Kazimierza Dejmka.
Nadchodzi czas kontrowersyjnego Kordiana, ale i czas interesujących
prób szekspirowskich. Czas Racine’a i czas Szaniawskiego. Po gościnnych
występach we wrocławskiej realizacji Skuszanki Stanisława i Bogumiła
Marii Dąbrowskiej wraca do stolicy. Tym razem na scenę Współczesnego.
Pobyt u Axera owocuje rysem wyciszonej psychologicznej charakterystyki
przedstawianej w repertuarze Zapolskiej, Szaniawskiego, Williamsa. Następne sezony wyznacza znów Dramatyczny – dyrekcja Jana Bratkowskiego. Okres intensywnych doświadczeń aktorskich – Szekspir, Wyspiański, Anderson. W Sali Prób reżyseruje debiutancki spektakl Śnieg
Przybyszewskiego – premiera, jesień 69 roku. Trzy lata później obejmuje
pierwszą dyrekcję Teatru im. Wyspiańskiego w Katowicach.
Coraz
więcej programów, coraz więcej batalii o zespoły, coraz więcej
reżyserii, ale i kolejne wyzwania aktorskie. Przypomnijmy tylko kilka
tytułów. Śląskie Kroniki królewskie – reżyseria i rola Zygmunta Augusta. Śląski Świętoszek – rola Tartuffe’a. Lubelski Fantazy – reżyseria i rola tytułowa. Lubelski Iwanow – reżyseria i rola tytułowa.
Dyrekcję
katowicką i lubelską przedzielają aktorskie sezony na Karasia
1975-1980. Nowe projekty szekspirowskie. I wreszcie ostatnia dyrekcja:
warszawskie Rozmaitości – Wyspiański, Gogol, Iwaszkiewicz, Szaniawski.
Przyjmowana z entuzjazmem przez Polonię amerykańską i kanadyjską Gałązka rozmarynu.
Można
by długo wyliczać premiery, cytować role, lecz najważniejszy dla
naszego spotkania jest plan kierunków, przestrzeń, wśród której
zaznacza swoją obecność Laureat. Ignacy Gogolewski wciąż poszukując
własnego tonu, coraz uważniej obserwuje otoczenie. To bardzo istotna
perspektywa jego aktorstwa. Osobisty rys i otwarcie. Niechże
świadectwem takiej postawy będą dwie role z ostatnich aktorskich
sezonów – teatry Polski i Narodowy. Krzesła Ionesco – scena na Karasia, oraz Na Czworakach – scena Narodowego. W przedstawieniu Krzeseł - reżyseria Maciej Prus - Gogolewski tak zaistniał, przy niewątpliwej kreacji Niny Andrycz
(a jest to już był sam w sobie wyczyn kaskaderski), że widz mógł
śledzić strategię podwójnego kreowania świata. Każdy gest prowokował
ripostę. Każde słowo wywoływało organiczną reakcję. Z podobną precyzją,
balansując równocześnie pomiędzy deformacją, autoironią i diagnozą
artysta portretował Laurentego w głośnym spektaklu Kazimierza Kutza. Pospieszny recenzencki osąd uznał tę postać za swoisty „dubel” Szarma z Operetki.
A przecież wspólny rys „wyleniałego koguta” stanowi zaledwie fragment
Różewiczowskiej postaci. Gogolewski rozszyfrowywał tam własne i
niewłasne teatralne fotografie. Cytował, przedrzeźniał, epatował
narcyzmem, aż sięgnął do tragicznej syntezy. Był w tym ascetyczny,
wstrząsający, wyzbyty formy na jakąkolwiek pozę.
Cenią Go profesorowie - znany z surowych ocen romanista prof. Maciej Żurowski, dostrzegł w katowickim Tartuffie niezwykle wytworny gest kłamcy - uwielbiają kobiety, kochają widzowie.
Leonia Jabłonkówna analizując w 1963 roku rolę Janka z Mostu,
wprowadziła znamienny przypis: „miałabym ochotę rozpisać się szerzej o
tej roli i sypnąć jeszcze więcej pochwał pod adresem wykonawcy, ale
boję się uroczyć.
Wybitny
Laureacie, Wspaniały Artysto, groźba złych uroków minęła. Wciąż nas
zadziwiasz odczytywaniem teatru, stale czegoś szukasz. Wybacz więc, że
kończąc, bezczelnie sparafrazuję słowa poety:
Za urok Twój
i za ... Twój wdzięk
ja ofiaruję Ci dziś pęk
CZERWONYCH MELANCHOLII





