Fragment powieści w przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej
Tworzenie gospodarki ZSRR rozpoczęło się wolno, niezauważalnie, jakby
drżąc od północnej wiosny, która z trudem wyciska pączki przez
oblodzoną gołą skórę gałęzi. Jeśli mnie pamięć nie myli, zaczęło się od
belek, które ludzie zaczęli sobie wzajemnie wyjmować z oczu. Wcześniej
nie chcieli w nich zauważać nawet drzazg, ale potrzeba czyni czujnym:
prędko zapas belek wyciągniętych poprzez źrenice na zewnątrz był już na
tyle wystarczający, by przystąpić do budowy; na obrzeżach miasta, to
tu, to tam, zaczęły się pojawiać niewielkie domki z belek, spółdzielnie
mieszkaniowe i sprawa w ogóle zaczęła się porządkować.
Przystąpiono do sadzenia na bulwarach drzew - po starych zostały tylko
pniaki: przy tym przyjął się prosty, ale sprytny sposób przyśpieszenia
ich wzrostu - do wkopanego w ziemię pnia drzewka przywiązywano linę,
linę przerzucano przez blok i ciągnięto drzewo w górę, dopóki nie
osiągnęło podwójnej wysokości. W ten sposób w dwa, trzy tygodnie gołe
bulwary pokryły się cienistymi drzewami, które przywróciły ulicom ich
poprzedni zagospodarowany wygląd.
Mnóstwo plakatów, rozklejonych na wszystkich ścianach i płotach,
obdarzało przechodniów praktycznymi radami, jak na przykład: „Skoro
ryba psuje się od głowy, jedz ją od ogona”, lub - „Jeśli chcesz
uchronić zelówki, chodź na rękach”. Wszystkiego nie da się spamiętać. Z
plakatami korespondowały teatralne afisze, anonsujące wielkie
realizacje i widowiska narodowe. Zauroczony ich falą, nie mogłem
pozostać obojętnym widzem i też zaproponowałem pewne projekty i
systemy: tak więc, konsultując pewnego moskiewskiego reżysera,
doradziłem mu wystawienie gogolowskiego „Rewizora” w mojej skali, po
münchhausenowsku, odwracając wszystko od tytułu poczynając. Sztuka, tak
jak my ją zaprojektowaliśmy, powinna nosić tytuł „Trzydzieści tysięcy
kurierów”; centrum akcji przenosiło się z jednostki na masy; bohaterami
sztuki okazywało się 30 000 biednych pracowników, służących jako
kurierzy u okrutnego eksploatatora, petersburskiego dostojnika,
Chlestakowa; ganiał ich, a pakiety jak deszcz sypały się na kurierów,
dopóki ci, zorganizowawszy się, nie postanawiają strajkować przestając
nosić przesyłki. W tym czasie Chlestakow ma romans z przepiękną... nie
pamiętam, jak to tam u nich, gorodniczychą czy ogroniczychą: jednym
słowem, Chlestakow wysyła do niej pierwszym kurierem list, wyznaczając
spotkanie wieczorem w ogrodzie (u Rosjan to przyjęte); ale strajkujący
kurier nie zanosi listu pod wskazany adres; Chlestakow, przeczekawszy
całą noc w ogrodzie, zirytowany, wraca do departamentu i wysyła drugi
list, tej samej treści i na ten sam adres, następnym kurierem; rezultat
ten sam - drugi, i trzeci, i tysięczny, i tysięczny pierwszy kurier nie
wypełnia polecenia. Chlestakow przez trzy lata chodzi ukradkiem nocami
do ogrodu bez skutku, ciągle jeszcze nie tracąc nadziei na zdobycie
serca niedostępnej piękności; postarzał się i schudł, ale nadal śle
coraz nowych i nowych kurierów: 1450, 1451, 2000. Epizody po epizodach.
Wytrawny biurokrata w miłości nie cierpi biurokracji. Zaniedbał
wszelkie swoje sprawy i pisze każdego dnia, już nie po jednym, ale po
dziesięć, po dwadzieścia, po sto listów, nie wiedząc, że wszystkie są
zanoszone do komitetu strajkowego. W tym czasie ogrodniczycha, która
wcale nie jest nieprzystępna, także całymi latami czeka od wybrańca
choćby na linijkę; jej ogród zwiądł i zarósł krzakami. I oto wśród
strajkujących znajduje się łamistrajk: to akurat ostatni, 30 000.,
kurier, który nie wytrzymuje strajkowego napięcia i odnosi list pod
właściwy adres.
Po tym wydarzeniu, z szybkością spadającego kamienia - ku katastrofie.
Chlestakow śpieszy do ogrodniczychy; wreszcie! Ale komitet strajkowy
też nie śpi: łamistrajka wykryto, jednak list nr 30 000 już nie trafił
do rąk strajkujących. Wówczas otwierają 29 999 nie dostarczonych
przesyłek. Wyobraźcie sobie efektowność sceny, gdy 30 000 rozerwanych
kopert leci w powietrze białymi prostokątami opadając na głowy widzów.
Chór gniewnych głosów - tak dotarliśmy do kolektywnej deklamacji -
czyta 30 000 niemal identycznych tekstów i przez salę, kołysząc
ścianami i sklepieniem, dudni: „Przyjdź do ogrodu”. I 30 000 powstaje i
równymi szeregami idzie do ogrodu, by rozprawić się z dygnitarzem -
uwodzicielem. Para szepcąca pod ogrodzeniem próbuje uciekać, ale ze
wszystkich stron kurierzy - kurierzy - kurierzy. Noc staje się jasna
jak dzień od 30 000. białych kartek podetkniętych pod oczy dostojnika.
Jego życie wisi na włosku. Ofiarna ogrodniczycha gotowa oddać się
wszystkim 30 000., aby tylko uratować tego jedynego. Kurierzy,
zawstydzeni, są gotowi skryć się wewnątrz kopert. Wówczas skruszony
Chlestakow publicznie wyznaje, że wcale nie jest dygnitarzem, lecz
swoim bratem, radcą tytularnym, takim samym człowiekiem pracy, jak
wszyscy. Pojednanie. W 30 000. dłoni łopaty; przy dźwiękach narodowej
pieśni „Na każdy owoc przyjdzie czas” szpadle uderzają w ziemię,
spulchniając zarośnięty ostami ogród. Jaśnieją purpurą zorze. Ocierając
z czoła znojny pot, Chlestakow wyciąga rękę na spotkanie nadchodzącego
dnia: „Zasłona spadła mi z oczu”. W ślad za zasłoną opada kurtyna.
Dobre, co?
Rozpoczęły się już próby, ale wówczas natknęliśmy się na nieoczekiwaną
przeszkodę: do 30 000. ról zaangażowano dwie dywizje z bliskich Moskwy
okręgów, ale władze, zapewne obawiając się przewrotu wojskowego,
sprzeciwiły się wprowadzeniu takiej ilości wojska do stolicy. Niebawem
wyjechałem, prosząc reżysera, w przypadku, gdyby realizacja mimo
wszystko doszła do skutku, o nie ujawnienie na afiszu mego incognito.
Sądzę, że dotrzyma obietnicy.
Podczas mego pobytu w Moskwie starałem się nie przegapić ani jednego
wykładu naukowego. Ogólne ekonomiczne ożywienie w kraju odbiło się jak
najkorzystniej na tempie naukowych prac i poszukiwań. Za państwa
pozwoleniem, panie i panowie, postaram się zreferować tematy dwóch
ostatnich wykładów, w których udało mi się uczestniczyć.
Pierwszy był poświęcony zagadnieniu prarymu: lektor, zasłużony
akademik, który poświęcił się etymologii słowiańskiej, zadał sobie
pytanie o pierwszy rym, jaki zadźwięczał w języku staroruskim.
Wieloletnie badania doprowadziły go do dziewiątego wieku naszej ery:
okazało się, że twórcą rymu był Święty Wałdimir, który zrymował słowa
„byti” i „piti”. Od tego prarymu, dowodził elokwentny wykładowca,
rozpoczęła się, doskonalona stopniowo, cała ruska wersyfikacja; ale
odejmijcie od niej „piti”, a nie będzie miała do czego rymować swojego
„byti”, i naruszona baza stanie się chwiejna oraz wszelkie jej
nadbudowy i dom z książek stanie nie bardziej trwały od domku z kart.
Na zakończenie lektor zaproponował odświeżenie terminologii, dzieląc
poezję nie na lirykę i epikę, jak czyniono to wcześniej, a na samogonną
i rektyfikowaną.
Drugi wykład, wchodził w cykl zorganizowany przez Instytut Niwelowania
Psychik i urzekł mnie już samym swoim tytułem: „Po obu stronach
przedziałka”. Sędziwy fizjolog zademonstrował prace Instytutu dotyczące
niwelacji w dziedzinie elektryfikacji myślenia; okazuje się, grupie
pracowników naukowych Instytutu udało się dowieść, że prądy nerwowe
wnikając w mózg, podobnie jak prąd elektryczny, rozprzestrzeniają się
tylko po powierzchni półkul, które są jedynie biegunami
elektromyślenia. Potem już tylko sprawą działań czysto technicznych
było podniesienie myślenia jeszcze o dwa, trzy centymetry w górę,
lokalizując je na powierzchni czaszy mózgowej; przewód, poprowadzony od
czoła do potylicy, rozdzielał procesy myślowe na lewo i prawo, udatnie
imitując projektowanie na powierzchnię sferyczną półkuli mózgowej; nie
trzeba, oczywiście, specjalnie tłumaczyć, że w tym śmiałem dowodzie
włosy zastąpiły przewody przesyłające myśli w przestrzeń drogą radiową.
Po krótkim wykładzie teoretycznym uczony przystąpił do demonstracji: na
podium wprowadzono mężczyznę w naciągniętym po same uszy, zagłuszającym
mosiężnym kasku. Kask zdjęto i wszyscy ujrzeliśmy akuratny, prosty
przedziałek i gładkie, jakby wprasowane w czaszkę - z prawa w lewo i z
lewa w prawo - włosy. Eksperymentator, ująwszy w ręce szklany wskaźnik,
zbliżył go do lewej półkuli głowy badanego:
- Idea „państwo” lokalizuje się w danym obiekcie o, tutaj, na końcu
włoska w lewo od przedziałka. Punkt zaznaczono czerwoną kropką: proszę
krótkowidzów o podejście i sprawdzenie. Teraz uwaga: naciskam „państwo”.
Szklany szpic dotknął kropeczki, przez przyrząd z prawej w lewo
przemknęła iskra i szczęki obiektu, rozwarły się, oświadczając:
„Państwo jest zorganizowanym społeczeństwem...”. Dłoń ze szklanym
wskaźnikiem usunęła się: szczęki, kłapnąwszy zębami o zęby, się
zamknęły. Naukowiec dał znak asystentowi:
- Proszę przeczesać przedziałek na lewo. O tak: teraz widać, że
czerwona kropka przeniosła się na prawą stronę przedziałka. Kontakt.
I znów - szkło czubkiem w kropkę, iskra z lewa na prawo, szczęki otwierają się i: „Państwo jest niezbędnym etapem drogi do...”
- Resztę zostawmy za zębami - eksperymentator skinął pałeczką. Szczęki
się zatrzasnęły i na miejsce odreagowującego obiektu wprowadzono inny.
Ten miał wygląd nastroszony i niepokorny: czterech dozorców z Instytutu
z trudem wtaszczyło go na estradę, ze sterczących włosów z suchym
trzaskiem sypały się iskry, a konwulsyjnie ściągnięte usta były
zakneblowane.
- Włączcie słowa - zarządził eksperymentator. Knebel usunięto i
bryzgnęły słowa, które wśród licznego audytorium wzbudziły ciche
komentarze: „kontrrewolucja”, „biała ideologia”, „stuprocentowy
burżuj”, „rewolucja w niebezpieczeństwie”, a ktoś, zrywając się z
miejsca, krzyknął: „Za coś takiego pod ścianę”.
Jednak uczony wyciągnął ręce uciszając tę falę:
- Obywatele, spokój. Proszę nie przerywać eksperymentu. Maszynka numer zero.
Asystent rzucił się do instrumentarium - i zwyczajna fryzjerska
maszynka do strzyżenia, tylko z nieco wydłużonymi rączkami w szklanych
uchwytach, zaczęła się ślizgać po czaszce eksponatu pospiesznie goląc
mu myślenie. I w miarę tego, jak żelazne ząbki, ogałacając czaszkę,
przetaczały się tam i z powrotem przez ciemię, wypowiedź
kontrrewolucjonisty gubiła słowa, bladła i plątała się. Maszynka
kończyła swoje dzieło i dozorca miotłą wymiatał ostrzyżony
światopogląd. Ręce przesłuchiwanego obwisły jak pętelki, ale język
monotonnie, jak zawieszona u krowiej szyi drewniana kołatka,
kontynuował wystukiwanie, wciąż na nowo powtarzając jedynie dwa słowa:
„wolność słowa - słowo wolność - słowo wolności - słowo...”
Eksperymentator, wyraźnie zatroskany, zbliżył się do obiektu i uważnie
obejrzał ogoloną czaszkę. Nagle twarz naukowca rozjaśniła się i
wyciągnął dłoń z rozstawionymi palcami do ciemienia pacjenta:
- Tu zostały jeszcze dwa włoski - zwrócił się w kierunku audytorium i
przytykając dwa kwadratowe paznokcie do czegoś niewidocznego, coś
wyrwał - teraz czysto. Ani chuchu!
Uczony dmuchnął sobie na palce i wszedł na katedrę. Dozorca, kończąc
sprzątanie, zamierzał psychiczne śmieci wymieść za próg. W tym momencie
gdzieś w tylnych rzędach rozległ się cichy dźwięk: ni to ziewnięcie, ni
to głuchy spazm. Robiąc długą pauzę, uczony groźnie omiótł okularami
przycichłe rzędy i powiedział:
- Spokojnie. Przypomnijmy rosyjskie przysłowie: „Ścięte włosy po głowie nie płaczą”.





