TYLKO MUZY PODCZAS WOJNY MÓWIĄ LUDZKIM GŁOSEM
Prapremiera Szkła bolesnego - opowieści matki o Powstaniu Warszawskim
Kazimierza Brauna odbyła się 2 października br. w Teatrze Nowym w
Łodzi. Niemal równolegle, bo 3 października odbyła się amerykańska
premiera ww sztuki w Polskim Instytucie Teatralnym w Nowym Jorku.
Obydwie w inscenizacji autora sztuki Kazimierza Brauna.
Powstanie Warszawskie jako temat wydaje się dzisiaj mało interesujące,
bo cóż jeszcze nowego można o nim powiedzieć? A jednak. Braun w swoim
spektaklu i swoim scenariuszu przedstawił jakby inny punkt widzenia
spraw tak dobrze znanych, wstrząsających, strasznych. Przede wszystkim
w zupełnie innej płaszczyźnie ustawił myśl o Powstaniu, tę myśl
narodowo - społeczną, i wszelkie dociekania historyków, rozważania
strat i zysków. Powstanie dla milionów Polaków to „przetrwanie i
przechowanie Ducha” („Ducha nie gaście” - wołał swego czasu Jan Paweł
II). I na tej płaszczyźnie wszelkie spory są po prostu nieistotne.
Powstanie cel spełniło: „Trwać, jak zawsze. Po polsku”. Ofiara 20 000
powstańców i 200 000 cywilów nie poszła na marne. Tylko Muzy
przechowują taką pamięć, tylko Muzy nie pozwolą kolejnym pokoleniom
zapomnieć i „tylko Muzy podczas wojny mówią ludzkim głosem”. Ale Braun
- po raz pierwszy a propos Powstania - mówi jeszcze, co innego:
Powstanie Warszawskie to trójwymiarowa tragedia na miarę i wzór
tragedii antycznej: tragedia domowa, narodowa, społeczna. Musiało
wybuchnąć, musiało pochłonąć tyle ofiar, musiało przegrać, bo jak w
tragedii antycznej zadziałał tu mechanizm nieuniknionego Losu.
Na otwartej scenie ciemno. Stół, krzesła, w tle dwa wielkie ekrany,
z przodu fotel. Nastrojowa muzyka powoli „wydobywa” gdzieś z ciemności
odzianą w czerń starą kobietę i biało ubranego chłopca. Dziecko,
chłopiec to postać często przywoływana w spektaklach Brauna jako symbol
nadziei i dowód trwania z pokolenia na pokolenie. Tu także klamra
spinająca całość: chłopiec jest w Prologu i w Epilogu. Takie dzieci w
Powstaniu ginęły, ale i kolejne dzieci pozwalają trwać. Chłopiec -
czysta karta przyszłości, ale z wpisanym weń Duchem tego narodu. Czysta
karta, która - być może wreszcie -stanie się odrodzeniem? Oświeceniem?
Przebudzeniem? Przerwaniem chocholego tańca?... Bo przecież to
skarlenie i skalanie narodu, społeczeństwa, państwa nie może trwać
wiecznie. Tak. Nadzieja, ale... Dziecko w bieli jest niewinne i nieme.
Boi się słów jakichkolwiek, bo tak wiele już ich wypowiedziano w
obronie wartości, kraju, Polaków, patriotyzmu, historii... Jednak
niepewność, lęk kolejnej przegranej kolejnego pokolenia - ten wątek u
Brauna bardzo ostro występuje od czasu inscenizacji Dżumy. Tam symbolem
odrodzenia, trwania i nadziei były niemowlęce pieluszki wieszane na
kolczastym drucie... Więc dziecko, ale naznaczone piętnem tragizmu,
zapowiedź znaków zapytania, gdy pewne jest tylko jedno: trwanie, bo
kolejne pokolenie się przecież narodzi. I na pewno w wielkiej ilości
rzeczy złych przyniesie wielką ilość spraw dobrych, ważnych, mądrych.
Stoi w tle i nagle znika jak zjawa.
Stara kobieta w czerni przegląda album ze zdjęciami. Żona, ale kobieta
wolna, bo wdowa, matka, ale bezdzietna, bo dzieci pochowała. Mąż
zginął, dzieci zginęły a ona trwa, żyje, jest. Tylko po to, by o
Powstaniu, o losie tych 20 000, opowiedzieć, by dawać świadectwo
prawdzie. Matka (Maria Białobrzeska) przegląda album. Za jej plecami w
ogromnym powiększeniu ukazują się zdjęcia tych, których fotografie
akurat trzyma przed oczami: mąż, córka, syn, synowa... Stara aktorka
bardzo oszczędna w gestach, słowach daje świadectwo. Tak zastygła już w
bólu, że bólu nie czuje, spokojnym głosem mówi o tym, czym dla niej
było Powstanie. Czym jest dla niej Powstanie. Maria Białobrzeska pełni
tu rolę szczególną: była uczestniczką Powstania: w VII Samodzielnym
Plutonie Saperów VIII Kompanii Batalionu „Kiliński”. Jej słowa płyną
spokojnie, jej twarz jest spokojna, jej oczy już nie mają łez. Dalszy
ciąg przedstawienia to historia jej życia.
Wojenna wigilia. Rolę przejmuje aktorka znacznie młodsza - Danuta
Rynkiewicz. Nie udźwignęła roli, choć wywiązała się z niej poprawnie.
Cóż, to rola na miarę Eichlerówny, która z zarysu literackiego, ze
szkicu zaledwie potrafiła uczynić prawdziwie przejmującą tragiczną
postać. Danuta Rynkiewicz miała jedną piękną scenę: nad zwłokami syna,
którego odnalazła w zimie na warszawskim Powiślu. Aktorka targnęła
wreszcie jakąś mocniejszą strunę, dotknęła bólu, ale nie
przeszarżowała, nie poszła w kicz dramatyczno - sentymentalny. To była
piękna scena, o dużym ładunku dramatyzmu, pełna napięcia, sugestywna.
Dwaj synowie, synowa. Nastrój świąteczny, trochę podniosły, trochę
śmiechem podszyty, nieco sentymentalny, z namiastką wigilijnych potraw,
wigilijną symboliką nieobecnych i zmarłych, życzeniami, szopką. Ot,
rodzinnie. Chociaż... Tam coś iskrzy, coś tli się, jakiś konflikt
gdzieś drzemie przytrzymywany za uzdę tylko dlatego, że święta, że
matka, że już zaginął ojciec, że zginęła siostra... Bracia nie mają
wspólnego języka. Jak w wielu rodzinach. Tyle, że w tamtych czasach
spory były ostrzejsze, bardziej wyraziste, bardziej dramatyczne, bo i
bardziej zasadniczych wyborów młodzież musiała dokonywać. „Szkło
bolesne” szczególne dla matki, bo jeden syn chce walczyć, drugi tylko
przetrwać, bo jeden jest tak bardzo bliski jej sercu, poeta, idący za
patriotyzmem ojca, siostry, drugi zaś dokonuje wyboru niezrozumiałego:
wszak cały dom był i jest głęboko patriotyczny, nawet ona przecież
nadawała komunikaty w nielegalnym radiu i ryzykowała życiem... I - jak
w prawdziwej tragedii - jest dramatyczny spór o rzeczy ważne i
najważniejsze, o wybory wielkie i mniejsze, o idee i ideologie, jest
miłość matczyna i kobieca, jest „trzeźwy głos” Alianta - angielskiego
lotnika zrzuconego nad Warszawą, losu wplątanego w los Powstania. W tle
wielkie fotografie zburzonej Warszawy, „zburzonych” ludzi, zburzonego
życia wielu Polaków z symboliczną Nike z Samotraki kończącą część
pierwszą. Płynie, leci, unosi się... Spada. I jest piękna scena ślubu.
Ślubu, który jak coś zupełnie nierzeczywistego, nierealnego pojawia się
na zgliszczach wszystkiego. Czysta poezja, czysta liryka. Bez słów.
Młoda para płynie w milczeniu, dyskretnie pobrzmiewa muzyka, w tle
ołtarz kościelny. Zburzony.
Przedstawienie wręcz pęka od symboli i symboliki, które wyłuskują z tej
wielości rzeczy najważniejsze: antyczną tragedię i celowość ofiary.
Także życie, które na tych zgliszczach wyrosło. Mirek (Łukasz Konopka,
student PWSTViT), starszy syn Anny Barskiej, przetrwał. Zgodnie z tym,
co sobie założył, w co uwierzył, bo przecież jego wiara w socjalizm,
partię, która ma odrodzić wszystkich i wszystko, jest szczera. No, może
była szczera, stała się wyrachowana, wykalkulowana. Przy grobie brata,
Jakuba, jego słowa są jakąś nutą nieszczerości podszyte, ale... W
interpretacji aktora jest coś jeszcze: poczucie klęski. Niby wygrał:
przeżył, jest konstruktorem mostów a jednak ma poczucie przegranej. Ma
w sobie tę gorzką świadomość, że tak naprawdę to wygrał jego brat.
Zginął, ale wygrał. Jakub urósł, on skarlał. Był poetą, był ofiarą -
przetrwał pięknie jak wiersze Baczyńskiego, który - znowu symbolicznie
- użyczył sztuce Brauna tytułu. Jakub (Paweł Kropiński, student
PWSTViT) - młody człowiek, który pragnie zrozumieć postać, którą gra,
pragnie być nią choć przez chwilę, bo dostrzega nie tylko jej wielkość,
ale i piękno, bo jest w tej ofierze Kuby coś, co go fascynuje. Jest
jeszcze ów Anglik, John, (Przemysław Gąsiorowicz), który owe symbole,
obrazy, przegadania scala w jednorodną całość, spina klamrą: Powstanie
to trzy tragedie - mówi. - Na wzór tragedii antycznych. To tragedia
domowa, społeczna, narodowa. Każda w wymiarze i konstrukcji wielkiej
tragedii antycznej. Gąsiorowicz jest przekonywujący, rzetelny, uczciwy
w tym, co robi i mówi. Obcy, ale... Wziął udział w Powstaniu, by
niejako odkupić winę Aliantów. Po Powstaniu wrócił do Anglii, by tam
żyć, ale ta Polska utkwiła w nim mocno, więc jest tam polskim konsulem.
I jest jeszcze Ela, sanitariuszka, narzeczona i powstańcza żona
Jakuba - Julia Krynke. Na scenie to coś zjawiskowego, świetlistego. Tę
młodą aktorkę Kazimierz Braun wyłowił chyba przed dwoma laty, gdy był
przewodniczącym jury konkursu wyższych szkół teatralnych. Spadł na nią
wówczas deszcz nagród: uzyskała I miejsce w konkursie, nagrodę
dziennikarzy i nagrodę publiczności. W przedstawienie Brauna
wprowadziła coś dziwnego, coś, co - myślę - jest przeciw Braunowi, ale
spektakl - w moim przekonaniu - wielce na tym zyskuje. Julia Krynke ma
może ciut więcej lat niż Elżbieta. Takie dziewczyny brały udział w
Powstaniu, ginęły w Powstaniu. Wydawałoby się, że aktorka stworzy po
prostu tamtą postać, zagra tamtą dziewczynę, bardziej lub mniej
wyraziście, bardziej lub mniej głęboko, ale na spodziewanej przez
wszystkich nucie: patetycznego patriotyzmu i patosu ofiary. Tymczasem
Julia Krynke stworzyła coś zupełnie innego. Bardzo wyraźnie wprowadziła
dystans: ona nie jest Elżbietą z tamtych lat. Ona gra Elżbietę, ale nie
jest to postać ani jej bliska, ani dla niej zrozumiała. Można
powiedzieć, że ona ją czuje sercem, ale nie rozumem, że jest w niej
jakiś wewnętrzny sprzeciw przeciw takiemu właśnie narysowaniu tego
portretu. Bunt przeciw tak skonstruowanej historii? A może ta postać w
sztuce jest po prostu zbyt spłaszczona? Zbyt jednowymiarowa? Julia
Krynke nie chce tej swojej Elżbiety tak dalece rozumieć, by się z nią
utożsamiać. Ona jest młodą dziewczyną, dla której wojna, Powstanie to
historia. Ta aktorka ma wnętrze i niejednokrotnie gubiąc się w
meandrach warsztatu, próbach grania głosem jest na scenie...
Świetlista, zjawiskowa, wnosi coś promiennego i z... innej bajki. Dla
mnie to jej ogromna zaleta.
Spektakl poprowadzony czysto, logicznie, chwilami nieco przegadany
i przesymbolizowany, chłodny. Bardzo skondensowany myślowo, mądry,
pobudzający wręcz drapieżnie do refleksji, chwilami toczący się
nerwowym rytmem, chwilami stabilny jak zatrzymany w kadrze filmowym
fragment życia. Utrwalony tylko po to, by przetrwał w pamięci
potomnych. Pozbawiony żarliwości, pasji, może zanadto wychłodzony,
wystudzony emocjonalnie przemawia do naszego intelektu głównie tym, co
jest jakby już poza samą tkanką sztuki i przedstawienia. Nie porywa,
ale wymusza zadawanie pytań, rozważanie kwestii, myślenie. Nie pozwala
na jednoznaczne osądzanie. Dni Powstania były wypełnione wszystkim:
wojenną codziennością, tragizmem i dramatyzmem chwil, ale i miłością,
szczęściem, śmiechem - bardzo zabawna szopka wigilijna z lalkami:
Stalin, Hitler i... Anioły - normalnością, którą uczestnicy tragedii
tak pragnęli „ocalić od zapomnienia”.
To wszystko już było. I „czucie i wiara” i „mędrca szkiełko i oko”
i „rachunki krzywd” zapłacone po latach (Muzeum Powstania
Warszawskiego). Nie było spojrzenia na Powstanie Warszawskie przez
pryzmat antycznej tragedii, umieszczenia tego polskiego exodusu w tym
wymiarze.
„Szkło bolesne” jest dramatem opartym o fakty historyczne i o losy
prawdziwe - losy ludzi, którzy naprawdę żyli: Jadwigi z Niklewiczów
Romockiej, matki poległych Powstańców: Andrzeja Romockiego (pseudonim
„Morro”) i Jana Romockiego (pseudonim „Bonawentura”), którego wiersz
„Modlitwa” został wpleciony w tekst sztuki.
Od wojny, nędzy i głodu,
Sponiewieranej krwi narodu.
Od łez wylanych obłąkanie
Uchroń nas, Panie.
Od niepewności każdej nocy,
Od rozpaczliwej rąk niemocy,
Od leku przed tym, co nastanie
Uchroń nas, Panie.
Od bomb, granatów i pożogi,
I gorszej jeszcze w sercu trwogi,
Od trwogi strasznej jak konanie
Uchroń nas, Panie.
Od rezygnacji w dobie klęski,
Lecz i od pychy w dzień zwycięski,
Od krzywd - lecz i od zemsty za nie
Uchroń nas, Panie.
Uchroń od zła i nienawiści
Niechaj się odwet nasz nie ziści,
Na przebaczenie im przeczyste
Wlej w nas moc, Chryste.
Wizja pokoju pomiędzy ludźmi i narodami. Po Jadwidze Romockiej, która
mieszkała w małej kawalerce przy ulicy Okolskiej 3a m.1 został zeszyt.
Zeszyt wypełniony jej listami do synów, pisanymi już po ich śmierci.
Ból i ofiary zapisane na rachunku narodu.
Justyna Hofman - Wiśniewska
Kazimierz Braun, „Szkło bolesne. Opowieść matki o Powstaniu
Warszawskim”, pprem. 2. X. 2004, Teatr Nowy w Łodzi; reżyseria:
Kazimierz Braun, scenografia: Krzysztof \tyszkiewicz, oprac. muzyczne:
Teresa Stokowska - Gajda
Gwoli przypomnienia: Kazimierz Braun jest profesorem uniwersytetów we
Wrocławiu, Santa Cruz, Nowym Jorku i Buffalo - State University of New
York. Od 1975 do 1984 roku kierował wrocławskim Teatrem Współczesnym.
Po Edmundzie Wiercińskim był to niewątpliwie najlepszy okres tego
teatru. Teatr Współczesny wielokrotnie z przedstawieniami wyjeżdżał za
granicę, brał udział w międzynarodowych i krajowych festiwalach
teatralnych, na których zdobywał nagrody. Do najwybitniejszych
przedstawień Brauna w Teatrze Współczesnym zaliczano: Annę Livię
Jamesa Joyce'a, Operetkę Witolda Gombrowicza, Białe małżeństwo, Przyrost naturalny i
Pułapkę Tadeusza Różewicza, Dziady Adama Mickiewicza, Dżumę Alberta
Camusa. Współpracował z Teatrem Telewizji oraz teatrami w Niemczech,
Irlandii i USA. Zrealizował wiele sztuk Norwida, Różewicza, Ionesco i
Witkacego. Napisał wiele książek o współczesnym teatrze (30 oraz 300
artykułów z dziedziny historii i zagadnień teatru). Jest laureatem
krajowych i zagranicznych nagród teatralnych, literackich i naukowych.
Od 1985 roku na stałe mieszka i pracuje w Buffalo. Ostatnie lata
Kazimierza Brauna we Wrocławiu to historia zmagań reżysera i dyrektora
artystycznegoz władzą i inscenizowanie - jakże wówczas potrzebnych i
aktualnych sztuk. Były to m.in. Dziady Mickiewicza wystawiane w piwnicy
teatru - więzienie (naród) i w salonie - scena teatralna (kolaboranci).
Była to także Dżuma wg Camusa - aluzja do stanu wojennego, która
wywołała burzę zarówno wśród widzów, jak i władz. Ceną, jaką Braun
zapłacił za przekonania było odwołanie go przez władze ze stanowiska
dyrektora, a w konsekwencji właściwie zmuszenie do opuszczenie kraju,
gdyż tu miejsca dla niego zabrakło. I, co dziwniejsze, nadal go
brakuje...





