Fragment książki "Wspólnoty grand theatre" - w przygotowaniu.
Teatr ma dziwne właściwości: potrafi zarówno łączyć, jak dzielić, budować przegrody i wyzwalać poczucie wspólnoty.
Kazimierz Braun
"Myślę, że praca w teatrze to specjalne zadanie, specjalna służba
społeczna. Teatr jest misją, bo jest dziedziną sztuki, która nie
istnieje bez świadomości powołania, a ono wymaga wyrzeczeń i trudnych
wyborów. Z drugiej zaś strony sztuka powinna opierać się na warsztacie.
Ideałem jest integracja tych elementów. Reżyserię widzę jako proces
przygotowania do spotkania aktorów z widzami, do wzajemnego
obdarowywania się - w świetle sztuki. Teatr winien być otwarty na
widza, a jego zadaniem ma być powoływanie wspólnoty, która przekazuje
sobie wartości" - mówi Kazimierz Braun. To myślenie wywodzi się od
Adolphe'a Appi i jego wizji "katedry teatru", katedry, która ma główną
nawę, wiele kaplic, fresków, witraży, obrazów i figur, a budowana była
latami. Podobnie jest z teatrem, w którym zapisana została historia
przemian i stylów sztuki. Ale też od Juliusza Osterwy, który pierwszy
mówił o aktorze jako ofiarniku, a o widzu jako świadku ofiary. (...)
Aktor i widz w teatrze Brauna stają wobec siebie w nowej sytuacji;
jeżeli ją rozwiązali, znaczy, że osiągnęli porozumienie, że nawiązał
się między nimi żywy kontakt, że "we wzajemnym obcowaniu pojawiła się
mowa", jak mówił Zbigniew Górski, jeden z wiernych teatralnych
Pretorian Kazimierza Brauna, po Starej kobiecie Różewicza w Lublinie.
"Wszak milczenie i przemilczanie są częściami mowy - dopowiadał
językiem Norwida - Mam więc na myśli te etiudy, w których otwarte
gardło, oko, ucho, otwarta skóra, drgająca krtań stawały się częścią -
czego? Obcowania, mowy, współdziałania, współ-uczucia? Jest grupa
aktorów - twórców. Czym dysponują? Sobą. Swoim ciałem i swoim życiem,
swoją wyobraźnią, salą, sceną, przestrzenią. Każdy z tej grupy tworzy,
powiedzmy, spowiedź opartą na swoich aktualnych potrzebach twórczych.
Określa siebie poprzez etiudy, role, przedmioty, słowa. Wspólnota -
obcowanie człowieka z człowiekiem w jednym miejscu i jednym czasie". I
współuczestniczenie w jednym rytuale? Wspólne sacrum i katharsis
jednocześnie? "Teatr to proces ludzki" - powtarza Braun. Na wszystkich
etapach swego powstawania - dodajmy. To współbrzmi z głosem Tadeusza
Kantora, który głosił: "Nie dzieło - produkt jest ważne, nie jego
"wieczyste" i zesztywniałe oblicze - ale sam proces tworzenia, który
odblokowuje czynności duchowe i myślowe. (...) Chodzi o zupełnie nową
formę postępowania artystycznego. Chodzi o takie postępowanie i taką
jego strukturę, które nie kończą się i nie mogą się skończyć pointą
dzieła, lecz są wyłącznie procesem. (...) Elementem tworzenia staje się
sama realność. Przestaje nim być materiał, z którego dopiero coś się
robi, który się formuje, za pomocą którego wyraża się i przedstawia
jakąś realność. Operowanie jakąkolwiek rzeczywistością w teatrze, w
sztuce, jest jej anektowaniem, bo tej rzeczywistości, jaka jest realnie
można jedynie użyć. W teatrze powstaje nowa realność, między nią a
rzeczywistością wytwarzają się napięcia".
Kazimierz Braun stał się synonimem teatralnej awangardy w zawodowym teatrze. (...)
Dżuma na podstawie Alberta Camus, widowisko, które w czasie swego
istnienia już stało się legendą. "Pojawiło się przed nami pytanie, jak
to, co stało się w Polsce 13 grudnia 1981 roku, wyrazić w języku
teatru, w materii teatru? Jak o tym rozmawiać z widzami?" - wspomina
Braun. Z inicjatywy Andrzeja Falkiewicza, ówczesnego kierownika
literackiego teatru, w dyskusjach coraz częściej pojawiała się Dżuma.
Oczywiście, jako tkanka czegoś, co ma dopiero z tej materii powstać.
Kazimierz Braun sam napisał scenariusz, sam spektakl wyreżyserował.
Stan wojenny trwał, zaraza - dżuma trwała. Paralela była oczywista:
stan wojenny = dżuma. I tu i zasadniczym działaniem zarazy jest
odosabnianie ludzi, przecinanie więzi społecznych, środowiskowych,
rodzinnych. U Camusa miasto zostało zamknięte, telefony wyłączone,
komunikacja sparaliżowana, wprowadzono przepustki umożliwiające
przemieszczanie się z dzielnicy do dzielnicy, ludzi się internuje dla
ich dobra, by nie ulegli zakażeniu. Polski stan wojenny funkcjonował
dokładnie wedle tych samych zasad, takiego samego scenariusza. Tylko
przyczyna była inna. Chociaż... Przyczyną tego stanu rzeczy też była
swoista "dżuma", zaraza. Zbieżności są uderzające. Teatr w tej
zewnętrznej wobec siebie sytuacji nie mógł milczeć. Zwłaszcza taki
teatr, który wkroczył już na określoną drogę, podążał nią konsekwentnie
od kilkunastu co najmniej lat - drogę wpisywania się artystycznego w
nieartystyczną rzeczywistość, opisywania tego, co tu i teraz językiem
teatralnym. Każdy wobec dżumy, jak i wobec stanu wojennego, wojny jest
samotny. Jak tę samotność wyrazić językiem teatru?
Braun
zrezygnował - poza wyjątkami - z dialogów, z normalnej ludzkiej
komunikacji. Tym samym bardzo wyraźnie rozeszła się akcja i tekst:
akcja toczyła się osobno, tekst brzmiał osobno. Wspólna była
przestrzeń. Scenariusz Brauna składał się z szeregu monologów,
rozmawiali ze sobą jedynie ci, którzy walczyli z dżumą: lekarze,
pielęgniarki, nauczyciel. Kluczowym pomysłem było wprowadzenie na scenę
postaci szczurów. "Szukałem odpowiedzi, jak środkami teatralnymi, więc
aktorskimi, wyrazić charakter (esencja zła, totalna kontrola, choroba,
śmierć itd.), wszechobecność a zarazem "normalność" niejako
"rutynowość" dżumy - mówi Braun. - Pamiętam pierwszą próbę tekstową,
gdy Baumann, Blecki, Lulek i Wysota obsadzeni w rolach szczurów
przekonali się, że w ogóle nie mają tekstu. To jest odwieczna tradycja
i instynktowny wręcz odruch aktora, który mierzy wielkość roli ilością
tekstu. Tymczasem oni nie mieli ani słowa tekstu, a co gorsza, w
egzemplarzu, który przygotowałem bez didaskaliów, w ogóle nie było o
nich mowy! Zaczęli się boczyć i grymasić"... Po czym rośli, rośli,
rośli. Poczuli rzeczywistą wagę swoich ról, rozsmakowywali się w ich
kreowaniu. Dziwny, niesamowity był to czas - te próby Dżumy... Wszyscy
w teatrze czuli, że dzieje się coś bardzo ważnego. "Taak...
Przedstawienie rodziło się w trudzie, w autentycznie teatralny sposób -
wspomina Braun. - Jakby samo się odkrywało".
Braun dotknął tu
czegoś właściwie niemożliwego: samego procesu wspólnoty kreacji. Za
drzwiami teatru ponura rzeczywistość stanu wojennego, z cenzurą
ostrzejszą niż kiedykolwiek, ludźmi bardziej zagubionymi i
sfrustrowanymi niż kiedykolwiek. Każdy w tym czasie wnosił do teatru
swój kawałek rzeczywistości - w materiale sztuki twórcy znajdywali
coraz to nowe możliwości. Rzadko kiedy tak mocno sztuka splata się z
rzeczywistością, tak głęboko wchodzi w jej nurt, pozostając nadal
teatrem - nie agitacją, nie ilustracją. Premiera odbyła się 6 maja 1983
roku, stan wojenny zniesiono 22 lipca; represyjne praktyki i część
"wojennego" ustawodawstwa przetrwały do roku 1989.
Wróćmy do
szczurów. W powieści Camusa pojawiają się na początku i znikają. W
teatrze Brauna towarzyszą człowiekowi nieustannie zohydzając to
wszystko, co i tak z natury rzeczy ładne nie jest. Zatruwają jedzenie -
to najprościej, wystarczy dotyk, wystarczy być kelnerem, więc szczury
są kelnerami. Czynią życie społeczeństwa absurdalnym i tragicznym - to
nadzorcy, kontrolerzy, więc szczury są i nadzorcami i kontrolerami w
jednakowych uniformach. Z głośników na ulicach, z telewizorów płynęły
komunikaty o zarazie wzorowane na dziennikach stanu wojennego, w
prywatnych telefonach słyszeliśmy rządowe informacje... To wszystko
było wcześniej za murami Teatru Współczesnego i to było teraz w
teatrze. "Na początku był scenariusz, kierunek teatralny, rozwiązania
przestrzenne i zasady w zakresie treści i przesłania - wspomina Braun.
- Kolejne pomysły i znaczenia narastały w trakcie prób, a potem jeszcze
w kontakcie z widzami. W rytm upływu czasu zaczęło to pęcznieć,
obrastać ciałem i pierzem, dodatkowymi działaniami i akcjami. Te
potencje stwarzał materiał wyjściowy, a zarazem jej kopalnią była
otaczająca rzeczywistość. Ta praca była ukierunkowana na stawianie i
rozwiązywanie rzeczywistych problemów teatralnych i moralnych, na
porozumiewanie się z publicznością nie poprzez łatwe i tanie aluzje,
ale na głębokiej płaszczyźnie postaw, wyborów i wartości".
Jak to
więc było w teatrze... Układ heglowskiej triady. Pierwsza część
widowiska składała się z trzech części. W pierwszej - Wejście szczurów
- publiczność w układzie theatre en rond gromadziła się na scenie wokół
terenu gry, którym było mieszkanie dozorcy. Markowało je kilka
sprzętów: stół, kuchenka, dwa krzesła, stolik na naczynia. Jest pora
posiłku. Dozorca zasiada przy stole, żona go obsługuje. Nastrój
łagodny, spokojny, podkreślony idylliczną muzyką Zbigniewa Karneckiego.
Nagle wchodzi Doktor i mówi, że na klatce schodowej są szczury. Dozorca
wygłasza monolog o szczurach - szczury pojawiają się w kuchni i
wyręczając żonę dozorcy podają do stołu. Stają się coraz
agresywniejsze, w końcu rozsiadają się jak u siebie. Braun wyraźnie
rozdziela słowa i akcję. Dozorca opowiada o swojej chorobie, cierpieniu
i umieraniu w trzeciej osobie. Symultanicznie akcję zarysowaną w
monologu dozorcy rozwijają szczury; na zasadzie autonomicznego
działania, z własnym napięciem i linią rozwoju, nie zaś jako ilustrację
tekstu dozorcy. Pielęgniarka - śmierć "wyprowadza" zmarłego dozorcę z
terenu gry.
Teraz terenem gry staje się szpital: te same sprzęty
pełnią nową rolę. Wystarczy, że stół przykryto białym prześcieradłem,
by stał się stołem operacyjnym - zagrała tu cała umowność teatru.
Lekarze przeprowadzający dwie operacje w dwóch różnych szpitalach w ich
trakcie odbierają telefony, rozmawiają, wymieniają informacje o
symptomach choroby. Nikt jeszcze nie mówi o epidemii. Wreszcie jeden z
lekarzy ma odwagę nazwać rzecz po imieniu: to dżuma. To słowo pada po
raz pierwszy. Po operacji, pielęgniarki (Maria Zbyszewska, Marlena
Milwiw, Grażyna Korin, Elżbieta Golińska) rozmawiają - jeden z niewielu
dialogów - o zarazie, o tym, jak ludzie reagują na totalne zagrożenia.
Cztery postacie szczurów jako uosobienia zła i cztery pielęgniarki,
które w całym tym szaleństwie zagrożenia wszystkich i wszystkiego są
sumienne, profesjonalne, uczciwe. Odbicie w tym samym i jakby nie tym
samym lustrze.
I znowu stół ze stołu operacyjnego przekształca się
w zwykły stół kuchenny. Trzecia scena pierwszej części rozpoczyna się
wejściem żony (Teresa Sawicka) zmarłego dozorcy. Siada naprzeciw
pustego stołu i pustego krzesła - ileż kobiet w Polsce wtedy tak
zasiadało do posiłków! Siedzi jak posąg, nieruchomo i wygłasza monolog
o tym, co dżuma robi z ludźmi, jak ich odosabnia, niszczy, zrywa więzi
międzyludzkie, prowadzi do całkowitej samotności. Na scenę wchodzą
szczury - jeden z nich siada na krześle dozorcy i spokojnie zjada
posiłek. Trzy szczury zaś wplątują się między publiczność i... węsząc
coś, dzielą ją na trzy grupy. Każda grupka widzów podąża za swoim
szczurem - przewodnikiem. Szczurołap z Hammelin miał za zadanie
wyprowadzić szczury z miasta. Tu szczury przewodzą...
Po przerwie
Wobec dżumy - druga część spektaklu. Znów podzielona na trzy
symultanicznie grane sceny: Walka z dżumą, Ucieczka przed dżumą, Opór
duchowy. Każda grupa publiczności przez swojego szczura wprowadzana
była do trzech różnych przestrzeni, w których stawała się świadkiem
trzech różnych scen następujących po sobie w różnej kolejności (każdy
więc widz obejrzał każdą sceną w innym czasie).
Walka z dżumą to
szpital urządzony na II piętrze budynku teatralnego. Teren gry otoczony
z trzech stron przez siedzącą na ławach publiczność, przez okna sączyło
się czerwone światło - pożaru? Cztery pielęgniarki, lekarz opowiadający
o nieudanej próbie ratowania życia dziecka, szczur symbolicznie
zabijający kolejnych chorych. Akcja toczyła się swoim trybem,
nabrzmiewała swoimi znaczeniami i napięciami. Słowa szły swoim własnym
torem. Szpitalne łóżka były puste - rytmicznie szczur, co jakiś czas
rozwalał na nich pościel, pielęgniarki ją zdejmowały i oblekały świeżą.
Lekarze (najpierw Andrzej Mrozek, potem Bogusław Kierc) to
profesjonaliści, zmaltretowani pracą, zestresowani masowym umieraniem
chorych, bezwzględnie uczciwi i odważni. W sukurs przychodzi im
nauczyciel (Andrzej Wilk) i razem tworzą drużyny sanitarne do walki z
epidemią. Tu kluczowy monolog nauczyciela o "takim" czasie w Historii,
w którym obstawanie przy tym, że dwa razy dwa jest cztery świadczy o
człowieczeństwie. Każdy sam musi mieć odwagę powiedzieć, że dżuma jest
dżumą. Słowa tekstu wygłaszane przez tego właśnie aktora (działacz
podziemnej Solidarności) za każdym razem brzmiały wstrząsająco. Życie i
poglądy aktora splotły się tu z teatrem więzią wyjątkową, i w życiu, i
na scenie Andrzej Wilk mówił głośno, że "to jest dżuma". Braun
niezwykle rzadko, także w swoich wypowiedziach teoretycznych na temat
teatru, mówi o aktorach. Nie znaczy to, że nie docenia ich wkładu, lecz
tak mocno są wpisani w teatr, tak oczywiste jest, że bez nich nie
byłoby teatru, że aż nie ma potrzeby tego dopowiadać. Zresztą,
najbardziej go interesuje to, co dzieje się "między": między nim a
aktorami, aktorami i aktorami, aktorami i scenografią muzyką
oświetleniem, wreszcie - najważniejsze - między aktorami i widzami. Tym
razem mówi o samym aktorstwie: "Motywacja osobista aktora była
identyczna z motywacją postaci. Motywacja działań postaci okazywała się
osobistą motywacją aktora. Jedność środków wyrazowych z
psychofizycznymi dyspozycjami aktora była zupełna. Było to aktorstwo
doskonałe: absolutnie osobiste, własne, a zarazem w pełni będące
artystycznym, pojemnym znakiem, symbolem. Aktorstwo funkcjonujące z
niezwykłą intensywnością jako wypowiedź aktora - człowieka i zarazem
jako wypowiedź postaci scenicznej. Aktorstwo absolutnej prawdy i
ogromnej energii promieniującej jednocześnie w planie rzeczywistości i
na płaszczyźnie struktury dzieła teatralnego. Mój ideał aktorstwa".
Ucieczka przed dżumą rozgrywała się symultanicznie w pracowni pisarza.
Pisarz (Andrzej Bielski) przez dżumę cierpi na niemoc twórczą:
komunikaty płynące z głośników, telewizorów, telefonów ogłuszają go i
wytracają mu pióro z ręki. Znowu doświadczenie z rzeczywistości: wielu
naszych artystów nie było w stanie w tym czasie tworzyć, co spowodowało
niepowetowane straty w naszej kulturze. Podobnie pracownicy nauki.
Autorem komunikatów był Jarosław Szymkiewicz, krytyk teatralny,
dziennikarz, internowany w czasie stanu wojennego, po powrocie z
"internatu" kierownik literacki teatru. Groza świata zewnętrznego
wdzierała się w życie prywatne i zawodowe każdego. To w teatrze dawało
niesamowity efekt, w życiu stwarzało ogromne napięcia, stanowiło
dramatyzm dnia codziennego. Tu należy wspomnieć o sprawności
technicznej: komunikat telewizyjny w teatrze nagrało trzech aktorów
grających szczury (teatr miał swoją telewizję przemysłową), ten sam
aktor był w pewnym momencie "bytem" zwielokrotnionym: był na scenie, w
mieszkaniu pisarza jako szczur i w okienku telewizora.
Opór
duchowy, czyli trzecia scena symultaniczna drugiej części spektaklu
rozgrywała się w obozie dla internowanych. W czasie prób Dżumy i grania
spektaklu wielu ludzi siedziało w więzieniach i w "internatach".
Idealną przestrzenią teatralną dla obozu dla internowanych stało się
betonowe podscenie, wykorzystane już raz w wojennych Dziadach. Opór
rozpoczynała Msza św. czytaniem z Proroctwa Izajasza: "Biada
prawodawcom ustaw bezbożnych i tym, co postanowili przepisy krzywdzące,
aby słabych odepchnąć od sprawiedliwości..." Jeden z aktorów udających
widza (Edwin Pertrykat) czytał i śpiewał fragment psalmu Jak długo
Panie gniewać się będziesz... Potem było kazanie - kompilacja, dość
swobodna, tekstów ojca Paneloux (tu pod imieniem Gustaw), w którym była
mowa o tym, że dżuma to czas próby, a podczas najcięższych nawet prób
trzeba szukać nadziei, bo jak powiedział kiedyś prof. Julian
Aleksandrowicz: "nie ma nieuleczalnie chorych, a lekarz zawsze winien
dawać nadzieję".
Ostrym dysonansem było wejście szczurów - strażników obozowych, którzy rewidowali, rekwirowali znajdowane grypsy...
Pojawiał się też Dziennikarz (Maciej Reszczyński) - w różnych
miejscach, w różnych scenach, widzowie wręcz potykali się o niego. Coś
notował, opowiadał w trzeciej osobie, chciał się wydostać z miasta,
więc plątał się w poczekalniach urzędów, przejściach, także za kratami,
w więzieniu w ostatniej migawce.
Szczury swoje grupy widzów na zakończenie każdej sceny kierowali do foyer, gdzie się wszyscy spotykali i następowała przerwa.
Wielki spektakl Dżumy - to nazwa części III. Tu Braun sięgnął do swojej
ulubionej konwencji "teatru w teatrze". Jakiś zespół teatru
dramatycznego gra Uczone białogłowy Moliera. Jedna z młodych aktorek
podczas przedstawienia umiera na dżumę. Zapada kurtyna, dyrektor teatru
(Bogusław Abart) przeprasza widzów i za chwilę kurtyna się podnosi:
zmarłą amantkę gra aktorka "w leciech". Teraz umiera na dżumę druga
młoda aktorka i sytuacja się powtarza. "Dla mnie, młodej dziewczyny",
co mówiła młodziutka Elżbieta Golińska teraz wypowiada starsza od niej
o dwa pokolenia Maria Zbyszewska. Efekt jest tragikomiczny,
piorunujący: publiczność się zaśmiewa, śmiechem chwilami histerycznym,
ale spontanicznym i żywiołowym. Ale i stara aktorka umiera na dżumę.
Zrozpaczony dyrektor na scenę wprowadza... suflerkę. Na widowni zapada
cisza, jak makiem zasiał. Nie martwa cisza, lecz wibrująca, nabrzmiała
napięciem i... strachem. Tak, wyczuwało się tu obrzydliwy zapaszek
strachu. Narastającego strachu w miarę, gdy umierały kolejne
zastępczynie aktorek i w końcu na scenę weszły szczury, które odgrywają
pantomimicznie scenkę z komedii Moliera. To było śmieszne, ale... Nikt
się nie śmiał. Strach podszedł do gardła, teatr napęczniał tym
wszystkim, co każdy z aktorów i każdy z widzów wniósł ze sobą. Spętała
go codzienność.
Dobrze się bawiły jedynie szczury. W końcu i one
miały dość i zaczęły dewastować dekoracje, burzyć teatr. Taki był finał
pierwszej sceny trzeciej części. "To było o nas, o naszym kraju, ale i
o naszym teatrze - mówi Braun. - Teatr Współczesny we Wrocławiu był
zagrożony, atakowany i inwigilowany, a my usiłowaliśmy dalej pracować,
grać".
W pustce zburzonego teatru szczury budują nową
rzeczywistość. Aktorzy pod nadzorem szczurów teren gry otaczają drutem
kolczastym oddzielając nim scenę od widowni. Widz znowu stawał się
tylko świadkiem. Szczury rozsiadały się w swojej przestrzeni i kazały
obsługiwać społeczeństwu. Te inspiracje pochodzą ze scen orgii i uczt w
zadżumionym mieście opisanym przez Daniela Defoe. Dyrektor teatru
molierowskiego gra rolę kelnera...Jak - niejeden idący na pasku
hańbiącej służby...
Oczywiście, były chwile buntu, natychmiast
tłumione, były wielkie słowa, ze sceny padało wyklęte wówczas słowo:
"solidarność". I w tym momencie następowało całkowite zespolenie sceny
i widowni, powstawała wspólnota myśli, reakcji, emocji, absolutne
zjednoczenie sceny i widowni. Trwało to chwilę, ale była to chwila
niezwykła.
Szczury grały w karty, w końcu rozpoczynały miedzy
sobą bójkę. Mgiełka nadziei, że to wszystko się kiedyś rozpadnie? Że
zło samo od środka się rozsadzi i pęknie? Szczury znikały, na scenie
pojawiała się młoda robotnica (Halina Rasiakówna) i na kolczastych
drutach rozwieszała pieluszki. Obojętnie opowiadała o tym, jak dżuma
wycofała się z miasta. Znak nadziei. Znak gorzki i dwuznaczny, bo
jeżeli na drutach kolczastych rozwiesza się pieluszki, to oznacza, że
jakoś się w tej rzeczywistości zadomowiło. Drut kolczasty nie pękł, był
nienaruszony, trwał i oplatał... "Niemniej pieluszki stanowiły akcent
nadziei" - podkreślał Braun. Czy dla tej sztuki i jej konstrukcji,
struktury Braun mógłby znaleźć lepszy czas i lepsze miejsce na Ziemi?
Może nie lepsze, ale równie dobre na pewno. Dżuma mogłaby otrzymać
każdy kostium, każdy czas, każdą lokalizację, mogłaby być (po drobnych
retuszach) rozegrana w prawie każdym punkcie globu ziemskiego i w
dowolnej epoce. Jest niby lustro, w którym przeglądając się nie ujrzymy
nic - albo prawie nic - pokrzepiającego. Dżuma była, jest i będzie i
zawsze i wszędzie będzie kradła tlen, zawsze jej echem będzie fatum. I
zawsze jednak, na przekór wszystkiemu, będzie w niej tliła się iskierka
nadziei, bo... póki życia, póty nadziei. Brzmi jak slogan? Tak, bo
Braun sam tego nie jest tak do końca pewny. Te pieluszki - owszem. Ale
i drut kolczasty. Braun, chociaż w wyobraźni, przenośni, symbolu chciał
zasygnalizować społeczeństwo, w którym jednostki będą wolne, a
nienawiść, chęć zysku i zazdrość oraz nadużywanie władzy znikną, bo nie
będzie nic, z czego mogłyby wyrastać. Prawda mu na to nie pozwoliła,
więc te pieluszki wiszą na drucie kolczastym. Ci drepczący, których
swego czasu namalował Vincent van Gogh (Koło skazańców) też mieli
nadzieję na cud, na odzyskanie wolności i praw, chociaż w istocie mają
prawo tylko do hańby i śmierci.
Tak wiele o Dżumie. Tak, bo było to
nie tylko szczytowe osiągnięcie reżyserskie i teatralne Brauna, ale i
niezwykłe wydarzenie teatralne, jedyne tak nasiąknięte rzeczywistością
a przy tym o tak mocnym wyrazie artystycznym. Teatr, który nie tylko
się oglądało, w którym nie tylko byliśmy świadkami czegoś wyjątkowego,
ale staliśmy się ofiarnikami i ofiarami jednocześnie. To był teatr,
który bolał, dotkliwie ranił, ale i jednoczył obolałych i poranionych.
Często na końcu, po długotrwałej owacji, widzowie i aktorzy przez te
kolczaste druty spontanicznie wyciągali do siebie ręce, ściskali
dłonie. Przez druty... To był fenomen wytworzenia się aż tak silnej
wspólnoty. Wspólnoty ludzkiej, ale jednak teatralnej, wykreowanej
stricte teatralnymi środkami. To zaś, co działo się poza teatrem wokół
Dżumy było... dżumą właśnie. W najostrzejszym stadium choroby.
Dżuma to był teatr absolutnej prawdy - jedyny tak integralnie
współgrający z przeszłością, teraźniejszością i - jak się okazuje -
przyszłością spektakl w dorobku reżyserskim Kazimierza Brauna. Była w
nim niezwykła żarliwość twórcy i człowieka. Widz został tu zanurzony w
okrutną partyturę spektaklu. Okrucieństwo polegało na tym, że twórcy
nie chcieli kłamać a jeżeli nie kłamiemy natychmiast stajemy się
okrutni - to nieuniknione w takim spektaklu. Czy Braun wówczas
przewidział, przeczuł, że dżuma będzie trwała nadal? Chyba tak. Wszak
pieluszki rozwieszone były na kolczastym drucie, w którym nie pękło
nawet jedno ogniwo...(...)
Po Dżumie Braun sam stanął w szeregu
ówczesnych "zadżumionych": na ogólnopolskiej naradzie teatralnej cała
"wierchuszka" Ministerstwa Kultury i ideologów KC, wszystkich KW,
sekretarzy POP rozstawiła polskie teatry po kątach: dostało się trzem
teatrom warszawskim - Narodowemu za Śpiewnik domowy w reżyserii
Hanuszkiewicza (został już zwolniony), Dramatycznemu za Księdza Marka
Słowackiego i Mord w katedrze Eliota (Holoubek - dyrektor teatru już
został zwolniony), Powszechnemu za Wyzwolonego Brejdyganta i Upadek
Griega, Teatrowi Współczesnemu we Wrocławiu za Księdza Marka,
Wyzwolonego, Dziady i Dżumę. Podczas przerwy w obradach Braun
przechadzał się samotnie - napiętnowany, zadżumiony. Bezpieczniej było
go omijać.(...)
(...) Styl Brauna raz ma cechy teatralnej poezji,
jak w przypadku inscenizacji sztuk Norwida i teatralnej "poezji
realistycznej" w przypadku sztuk Różewicza. W inscenizacjach
pozostałych te formuły występują w różnych wariantach i konfiguracjach
wobec siebie. Jednej zasady Braun jednak starał się nigdy nie złamać:
poezja - rozumiana teatralnie, a więc znacznie szerzej niż wiersz tylko
czy utwór poetycki - jest u niego budowana na zdarzeniach teatralnych,
na działaniach aktora i na uczynkach widza. I zawsze składa się z dwóch
zespołów elementów: z jednej strony - poezja, metafora, symbol,
uniwersalizm, transhistoryzm, mit, uogólnienie, czyli "zawsze i
wszędzie", z drugiej strony - konkret, realizm, dosadność, doraźność,
aktualność, lokalność, sprawdzalność i stosowalność "tu" i "teraz".
Przedstawienie to obszar wypełniony przestrzenią pomiędzy tym, co się
śni i marzy, co jest ideą, wizją, pomysłem, potrzebą, brakiem,
cierpieniem reżysera - a przeżyciem, odbiorem, reakcją, refleksją
widza. Obszar wypełniony przestrzenią ruchliwą, wibrującą napięciami. W
kreowaniu takiej przestrzeni niezbędni są ci, którzy ją tworzą i ci,
którzy w niej uczestniczą jako odbiorcy. Oczywiście, tym "narzędziem"
sprawczym tak pojmowanego teatru jest reżyser, czy inscenizator. Braun
częściej jest inscenizatorem niż tylko reżyserem posiadającym określony
zasób umiejętności, wiedzy i technik, by z tekstu wysnuć spektakl
teatralny. Rzadko tworzy "tylko" przedstawienie, "tylko" spektakl -
najczęściej jest to cały teatr. Niekoniecznie zaraz "teatr ogromny",
jak u Leona Schillera, ale zawsze teatr, bo jest to przedstawienie
wchodzące w wyższe obszary niż spektakl jako taki. Nawet w
najmniejszych jego widowiskach drzemie "coś" ponadwymiarowego, jakaś
nadbudowa przenosząca się przez rampę. Może to polega na choćby
draśnięciu duszy widza? Przynajmniej wtedy, gdy nie wciąga go fizycznie
w teatr? A może właśnie na umiejętnym akcentowaniu, że "teatr to proces
ludzki, że przedstawienie teatralne to proces ogarniający zarówno
aktorów, jak i widzów, to proces międzyludzki kształtowany
artystycznie"? Sądzę, że właśnie dlatego, że w każdym przedstawieniu
Braun jakoś tę duszę widza draśnie czy zahaczy, a w wielu wręcz dotknie
niemal namacalnie, że właśnie to buduje ową nadbudowę nad spektaklem i
czyni zeń teatr nawet wtedy, gdy aktora i widza bardzo zdecydowanie
oddziela rampa. W tym teatrze ponad rampę przenoszą się nie tylko
napięcia ze sceny, ale i napięcia płynące z widowni. Nie tylko się więc
owe wzajemne emocje i reakcje przenoszą, ale i wzajemnie są w siebie
wchłaniane. I to w sposób także fizycznie odczuwalny. Reżyseria jest
dotykaniem tajemnic i ich stwarzaniem; jej jądrem jest metafizyka i
poszukiwanie absolutu, a twórczość reżysera to drążenie ciemności, ku
światłu, jak mówi Braun. Reżyserowanie jest aktem artystycznej kreacji,
w której tekst bądź inny materiał służący jako tworzywo zostaje
przekształcony w widowisko. Tak więc zostaje wykreowana nowa
przestrzeń, czas otrzymuje nową strukturę. Rodzi się - na oczach widzów
- nowa rzeczywistość, w której działania ludzi - widzów i aktorów -
nabierają znaczenia symbolicznego, transhistorycznego, stają się
wielowymiarowe a słowa zyskują ogromną wieloznaczeniowość.
Wrocławski Teatr Współczesny od 1975 roku miał dwóch Guru: Andrzeja
Falkiewicza i Kazimierza Brauna. Braun wyciska swe piętno na miejscu,
czasie, ludziach. Tak było w teatrze lubelskim, wrocławskim Teatrze
Współczesnym, tak - zapewne - jest w teatrze uniwersyteckim w Buffalo.
U wszystkich, którzy się z nim zetknęli na dłużej w teatrze pozostawił
swój ślad. Intelektualny i artystyczny ślad. I ślad człowieczy. Nie
żyjący już Jarosław Szymkiewcz mówił: "Teatr, który kreuje Braun, jest
teatrem przepełnionym pytaniami. Teatrem, który stawia widza trochę pod
ścianą, bo po co przychodzi widz do teatru? Pośmiać się, odetchnąć,
odreagować, popatrzeć na sztuczny, wymyślony świat. Tymczasem w teatrze
Brauna widz musi współuczestniczyć w tworzeniu rzeczywistości, od
której właśnie tak pragnął się oderwać. I po opuszczeniu go stwierdza,
że ta rzeczywistość na zewnątrz jest gorsza niż myślał. Wymaga nie
tylko współuczestnictwa, ale zmusza do refleksji, porównań, szukania
odpowiedzi na - zwykle trudne -pytania, których często wolelibyśmy
sobie nie zadawać, dokonywania wyborów, określania postaw". Braun
dogrzebuje się do tego, co nazywamy sumieniem człowieczym, a to jest
bardzo niewygodne.
Dzisiaj tak samo jak zawsze na scenie teatr
potrzebuje żywych rytuałów. U ich podstaw muszą jednak lec żywe formy.
A tych stale szukamy wsłuchując się zachłannie w echa dawnych tradycji,
literatury. "Straciliśmy wszelkie poczucie rytuału - pisał Brook -
obrzędu, ceremonii - bez względu na to, czy związany jest z Bożym
Narodzeniem, urodzinami czy pogrzebem - ale pozostały słowa, a dawne
odruchy stale nas niepokoją. Odczuwamy głód celebracji, rytuałów,
magii, ale znamy i lubimy poczucie uczestnictwa w obrzędzie. I teatr
nam ten oddech daje" . I jeszcze jedno: Braun jest "chory na teatr",
więc przekonuje nas, że nic ważniejszego nad teatr nie ma. Dlaczego? To
proste: na scenie, w teatrze świat widać mądrzej, rozległej i głębiej
niż na ulicy. W teatrze wszystko widać wyraźniej, bo wszystko staje się
pewnego rodzaju klasyką: jest wystawiane z takim zapleczem
intelektualno - estetycznym, by widz nie tylko dostrzegł w nim to, co
było dawniej czy widział już w tym teatrze wcześniej, ale i to, że w
tym teatrze, "tu" i "teraz" poszukuje się rozwikłania - razem z nim -
zagadki ludzkiego losu usiłując rozszyfrować znaki przeznaczenia. A
jednocześnie stara się dookreślić nasze miejsce w tym społeczeństwie,
tym kraju, tym narodzie, którego dzieje i losy, także codzienność
przesądza o "tu" i "teraz" każdego z nas. Dlatego sięga po teksty
Norwida, Mickiewicza, Joyce`a, Różewicza, Witkacego, Wyspiańskiego,
Brechta, Konwickiego, Andrzejewskiego, Camusa, Becketta.
Nie
żyjący już pisarz, Andrzej Szczypiorski, swego czasu na pytanie:
"Dlaczego nieustannie wraca do Polski i wadzi się z tą Polską?"
odpowiedział: "Polskość to istota, to sens mojego życia. Jestem
Polakiem, jestem polskim pisarzem, moją ojczyzną jest mój język polski,
moja polska tradycja, polskość. Polska to okropny, ale mój jedyny kraj
na świecie. Mnie polskość boli. Nie wyzwolę się z niej. Ja chcę być
właśnie tutaj: w tym brudzie, zakłamaniu, w tej głupocie, w tym kraju
niedomytych i zawistnych ludzi. I w tej całej wspaniałości, tradycji
ducha narodu". Brauna też ta polskość nieustannie boli, doskwiera mu -
niezależnie od miejsca, w którym przebywa. Dlatego w teatrze
nieustannie powraca jak stały leitmotiv. Szczypiorski mógł w tej Polsce
mieszkać, żyć. Brauna od niej odcięto. Ale i tam, za oceanem jest
polskim reżyserem, polskim inscenizatorem, polskim twórcą teatru
wspólnoty, którego także podstawowym zadaniem jest teatralne opisanie
ludzkiego losu.
Sprawą sztuki teatralnej jest odwoływanie się do
tradycji, by zobaczyć "dzisiaj". To wzajemne oświetlanie się i
dopełnianie - także sceny i widowni. W awangardzie szuka nie tylko
nowej przestrzeni, którą można związać z ewolucją form, sposobów
ekspresji, ale przede wszystkim wiecznie aktualnych problemów,
"człowieczej kondycji", śladów nawiązywania do korzeni nie tylko
naszych, ale kultury europejskiej, nawet światowej. Stąd takie właśnie
a nie inne penetracje literacko-estetyczne. Oscylowanie pomiędzy
"zawsze", "dawno" i "teraz. Pomiędzy "wszędzie" i "tutaj". Uniwersum i
absolut a "sprawy polskie"? Ależ tak. W strukturalistycznym spleceniu
tych obszarów, ich wzajemnym dopowiadaniu i oświetlaniu. Głęboka
jedność kultury i zanurzone w niej polskie i Polaków "tu" i "teraz" i w
tej strukturze teatralnego świata wspólnoty powracające pytania
egzystencjalne: o wolność jednostki, sens człowieczeństwa, sens
egzystencji, relacje wolności i konieczności.
Nieustannie w
teatrze podejmuje trud uobecniania tradycji. Postacie w jego teatrze,
także z dramatu współczesnego, są zanurzane w źródłach europejskiej,
ale i światowej myśli i sztuki, doświadczenie współczesności czyta
bohaterów dawno umarłych światów, jak Norwida, Mickiewicza,
Wyspiańskiego, Szekspira. Bo sprawą teatru jest odwołać się do
tradycji, by spenetrować "dzisiaj", bo teatr to proces ludzki i
międzyludzki.
Braun w swoim teatrze wspólnoty, w swoim widzeniu i
rozumieniu teatru nie odkrywa świata na nowo, nie głosi objawień.
Ukazuje jedną z dróg porozumienia z człowiekiem na drodze sztuki.
Buduje swój teatr na znanych i trwałych fundamentach tradycji. Nie
buduje na gruzach - co najwyżej są to "gruzy" jego koncepcji, które w
praktyce teatralnej zawiodły - sezonowych "świątyń teatru" ani pustych
gmachów bez Boga. Nie wędruje szlakiem wielkich widowisk typu
Schillerowskiego. Jego "grand theatre" ogarnia ludzi - aktorów i widzów
- wspólną przestrzenią i wspólnym czasem. Jego spektakle nie są
wielkie, ale rosną przy współudziale widzów w wielki, wszechogarniający
teatr. Na pierwszym planie w jego "grand theatre" i wszystkich
pozostałych spektaklach zawsze jest człowiek - aktor i widz - słowo i
to, co najistotniejsze - gra napięć między wszystkim elementami we
wspólnej przestrzeni. Toteż jawi się nam ten teatr jako miejsce
zbiorowych spraw, natchnień, pytań i refleksji. Na pozór
nieskoordynowane elementy Braun potrafi zgarnąć nagle w klarowną całość
- Dziady (wrocławskie), Dżuma czy Anna Livia tak, by widz
niespodziewanie przeniesiony w inny wymiar odkrył nowy, metaforyczny
sens sztuki, która niesie teatr ku uogólniającej rzecz przypowieści czy
prawdzie. Pułapka, Stara kobieta wysiaduje, Przyrost naturalny,
Kartoteka - teatr, który stawia człowieka w kluczowym spięciu ze
światem i samym sobą. Słowo zostało w jego teatrze wyzwolone ze
wszystkich pęt, dialog, monolog funkcjonuje jako nieprzerwana gra
zwrotów znaczeniowych. Słowo wyzwolone, bez zobowiązań, poszukuje na
nowo odniesienia do osób, do aktualnej sytuacji, do świadomości i
nieświadomości widzów. Nie ma takiego znaczeniowego kontekstu, by tak
rozumiany dialog nie mógł się w jakimś momencie włączyć, ale nie ma i
takiego, od którego nie mógłby się w każdej chwili oddalić. Idee
wyrażane w teatrze są głównie natury metafizycznej. Z metafizyki
pochodzi poetycka wielkość i konkretna skuteczność idei. Nie można
rozdzielić ich duchowej głębi od formalnej, zewnętrznej harmonii
obrazu. Jest więc w teatrze idea Stawania się, Dziania się, jest idea
Przeznaczenia, idea Chaosu, Cudowności i Równowagi. Jest także idea
niemocy, niedoskonałości i niewystarczalności Słowa.
Może właśnie
dlatego tak bliski stał się mu Różewicz? Jego forma otwarta, jego teatr
otwarły, słowo otwarte? Swobodnego dialogu teatralnego nie obowiązuje
arystotelesowskie prawo stale wzrastającego napięcia. Czy nie dzięki
takiemu właśnie ustawieniu Braun wskrzesza poczucie tragizmu rodem z
dramatu antycznego, w którym konflikt jest co prawda gwałtownie
zakończony, ale w istocie pozostaje nierozstrzygnięty i potencjalnie
może być kontynuowany w nieskończoność we wszelkich konfiguracjach
teatralnych?
Braun w swoim teatrze wspólnoty szanuje inność i
odrębność widza, jego indywidualizm i tworzy strukturę otwartą, dając
mechanizmy pozwalające na wyłanianie się znaczeń. Może dlatego jego
teatr nie rozgrzewa widza emocjonalnie, ale intelektualnie doprowadza
niemal do wrzenia? Od samych bohaterów ważniejsze w jego teatrze stają
się relacje między bohaterami, czyli to, co ze zbioru jednostek czyni
wspólnotę, co ponad nimi przerzuca sieć uchwytnej spójni. Sam
inscenizator, reżyser właściwie jest w tym niewidoczny, jakby tylko zza
kulis dominuje w tym świecie - we wzajemnych spięciach i napięciach,
rytmach powołanej przez siebie do istnienia rzeczywistości. Zza kulis
precyzyjnie porusza mechanizmami ludzkich myśli, emocji i uczuć.
Demiurg? W pewnym sensie tak. Stwarza teatralną rzeczywistość,
strukturę "tu" i "teraz", w której przenikają się wszystkie składniki
sztuki teatru, działają na zasadzie wewnętrznych napięć i sprzeczności
jednocześnie chłonąc chciwie wszystko, co niesie współczesny rozwój
techniki i co wnoszą inne sztuki i każdy człowiek indywidualnie.
Realizacja artystyczna scenicznego dzieła ma prometeuszowy charakter
przemiennego procesu polegającego na nieustannym przegrupowywaniu się
składników i zamazywaniu granic.
Na zakończenie jeszcze raz
przywołajmy słowa Petera Brooka: "Teatr ma pewną cechę specyficzną:
może wciąż zaczynać od nowa. W życiu jest to tylko mit: w
rzeczywistości codziennej do niczego nie możemy powrócić. Liście nie
zwijają się w pąki, zegary nie idą wstecz, nigdy nie zdarza się nam
druga taka sama okazja. Teatr natomiast - to tablica, która zawsze
można zetrzeć do czysta" . Spotkanie widza z aktorem w teatrze nigdy
jednak nie jest takie samo, nawet na tej samej sztuce, nawet wieczór po
wieczorze. I tę z kolei istotę codzienności Braun stara się uchwycić w
swoim teatrze. Nie utrwalić, lecz właśnie uchwycić.
I jeszcze
jedno. Braun odwołuje się do tradycji: teatralnej, literackiej,
kulturalnej. Przywołuje korzenie, buduje swój grand theatre wspólnoty
na zrębach czasu zdecydowanie określonych i przywoływanych. Ale...
Jednocześnie mocno tkwi w czasie teraźniejszym, w czaso- i
przestrzeniocodzienności. W sieć sztuki teatralnej łapie wydarzenia
swojego czasu. Jego teatr to jakby powiedział poeta, Andrzej Beuermann
- Legiecki, "chleb owinięty w tytuły wydarzeń" a poezją, myślą,
refleksją, wielką metaforą oprawiony. W istocie rzeczy spod tej
teatralnej wewnętrzno - zewnętrznej konstrukcji wspólnoty, gdzie
zasadzkom, nastawionym na pojutrze, popękały sprężyny wyziera wiara w
lepsze jutro a spod słów wygląda intelektualista - ironista. I mimo
wszelkich zapisów realności poczucie względności świata i rzeczy. W
końcu przemienność teatru i jawy jest niemal obsesją u Brauna. I wcale
nie jest powiedziane, że to jawa ma rację.
Justyna Hofman - Wiśniewska, fragment książki "Wspólnoty grand theatre" - w przygotowaniu





