Z Krzysztofem Rauem rozmawia Klemens Krzyżagórski
- SCENA
DLA DOROSŁYCH stała się sprawdzianem i potwierdzeniem jakości zespołu
aktorskiego. Zostało to zauważone przez krytyków teatralnych
zajmujących się nie tylko lalkami. Bożena Frankowska napisała, że po
obejrzeniu Twojego Szukszyna zrozumiała, iż "można w lalkach
białostockich realizować każdy repertuar, dla dzieci i dla dorosłych,
klasyczny i współczesny, dramatyczny i należący do lalkowego kanonu
europejskiego".
SZKOŁA LALKARSKA
Wiem, że genezę białostockiej szkoły lalkarskiej
zapamiętaliśmy i rozumiemy inaczej. W swoim szkicu opublikowanym w
monografii "Warszawska Szkoła Teatralna" napisałeś, że prapoczątków
białostockiego szkolnictwa lalkarskiego należy poszukiwać w premierze
"Kartoteki", bo ona właśnie "stała się początkiem myślenia o
wzmocnieniu sił koniecznych na dalsze zamiary", więc o powołaniu
przyteatralnego studium aktorskiego.
Sądzisz, że było inaczej?
Subiektywnie było pewnie właśnie tak, jak napisałeś, bo ambitny artysta
ma przecież prawo mniemać, że wszystko, co się rusza, poczęło się
wpierw w jego osobistej głowie. Ale naprawdę pomysł i program
trzyletniego przyteatralnego studium lalkarskiego powstał we Wrocławiu
i został wpierw, w latach 1967-1970, zrealizowany przez Wrocławski
Teatr Lalek. Ten właśnie wrocławski program studyjnego kształcenia
lalkarzy został wetknięty w białostocką glebę, a że jest to gleba
muzyczna, został tu uśpiewniony i zinstrumentalizowany.
Nie
zapomniałem o doświadczeniu wrocławskim! W moim szkicu do monografii
"Białostocka Szkoła Lalkarska" napisałem, że "jeśli mamy robić własne
studium to trzeba nasze pomysły skonfrontować z programem studium
wrocławskiego", więc " jadę do Wrocławia, do Klemensa Krzyżagórskiego,
tam w jego mieszkaniu patrzymy w program wrocławskiego Studium
Aktorskiego Teatru Lalek i spieramy się na temat programu
białostockiego. Bo ma być inny. Białostockie studium ma, bowiem
przygotować aktorów dla konkretnego teatru i po spełnieniu swego celu
zostać rozwiązane".
No właśnie, a ta rozmowa odbyła się na długo przed premierą "Kartoteki"!...
Ale ja już wtedy o "Kartotece" myślałem, i myślałem o repertuarze dla
widzów dorosłych, a było jasne, że repertuar taki wymaga odnowienia
zespołu aktorskiego. Tę rolę miało spełnić nasze przyteatralne studium,
zgoda - wzorowane na wrocławskim, które zresztą zakończyło już swoją
misję.
Co działo się dalej?
Ponieważ pomagamy sobie w tej rozmowie naszymi tekstami napisanymi do
jubileuszowej monografii "Białostocka Szkoła Lalkarska", monografii,
która zresztą nie ujrzała światła druku, zacytuję teraz siebie.
Organizację nauczania w Białymstoku lalkarstwa opisałem tam tak:
"Twórcą białostockiego studium był Krzysztof Rau. On "regionalizował"
przywieziony przeze mnie z Wrocławia program SATL, wynajdywał miejsca,
gdzie można było nauczać, niektóre tak zdumiewające, jak kawiarnia
mieszcząca się w suterenie siedziby białostockich rzemieślników.
Angażował dydaktyków, którym zresztą nie było, czym płacić, więc
pracowali oni przez cztery miesiące bez żadnego wynagrodzenia i ponoć
nawet nadmiernie się go nie domagali. W dodatku wszystko to odbywało
się nielegalnie. Studium nie zostało, bowiem n i g d y powołane do
życia jakąkolwiek oficjalną decyzją... Sytuację uratował Tadeusz
Łomnicki, rektor PWST im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie.
Powiedział on kiedyś Krzysztofowi Rauowi: "Marczak-Oborski już dawno
zakończył pisać swoją historię teatru podziemnego, a pan ciągle bawi
się w podziemie". Usynowił Studium, bo gdy przyszła do niego, do
garderoby stworzonego przezeń Teatru na Woli, grupa białostockich
kandydatów na lalkarzy, przedstawił ich swoim współpracownikom: "To są
studenci mojej podziemnej białostockiej szkoły".
Łomnickiemu zawdzięczamy przekształcenie nielegalnego przyteatralnego
studium w umocowany prawnie zamiejscowy Wydział Lalkarski warszawskiej
Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Nie
zdołamy opowiedzieć tutaj dramatyzmu naszych starań i wielkoduszności
oraz energii Jego poczynań w naszej sprawie, ale odnotujmy ich skutek:
w 1975 roku ci nasi słuchacze, którzy pomyślnie zakończyli dwa semestry
nauki w naszym studium, stali się studentami II roku uczelni, którą
rektor Tadeusz Łomnicki w Warszawie kierował.
Skutkiem
dalekosiężnym, dzisiejszym, jest następująca statystyka: białostocki
fakultet w czasie ćwierci wieku swojego istnienia wykształcił 336
lalkarzy, w tym - 34 reżyserów i 302 aktorów. W 1999 roku zbadałem
ankietą środowisko aktorskie polskich teatrów lalek. Okazało się, że w
liczącej 373 osoby grupie aktorów dyplomowanych - 236 osób, to
absolwenci szkół artystycznych, a w tej liczbie - 128 osób, to
absolwenci białostockiego fakultetu warszawskiej uczelni teatralnej.
Fakultet białostocki dostarczył teatrom lalek trzy razy więcej
wykształconych lalkarzy niż, dłużej przecież działająca, uczelnia
wrocławska. Teatry państwowe i komunalne - białostocki, lubelski,
poznański, toruński i warszawska Lalka - co najmniej połowę swoich
zespołów aktorskich zaczerpnęły w Białymstoku, teatr gdański,
olsztyński, szczeciński i warszawski Guliwer - więcej niż 1/3. A
ówczesne, w 1999 roku, teatry prywatne miały niemal wyłącznie
białostocki rodowód.
Przypomnijmy
teraz sformułowany przez Ciebie i cytowany przed chwilą punkt wyjścia:
"Białostockie studium ma... przygotować aktorów dla konkretnego teatru
i po spełnieniu swego celu zostać rozwiązane". Co sprawiło, że projekt
ten został tak radykalnie i tak skutecznie skorygowany? Właściwość
ówczesnego państwa?... Ambicja pobudzanego wówczas do życia regionu?...
Potrzeba wykształconych aktorów-lalkarzy, zgłaszana przez teatry, które
nie mogły liczyć na wrocławski Wydział Lalkarski, bo stamtąd tylko 12
procent absolwentów podejmowało pracę w wyuczonym zawodzie?... Upór
lalkarzy, którzy swym szkolnictwem i rangą dawanych przezeń stanowisk,
tytułów i dyplomów, chcieli dorównać kolegom z dramatu?... W każdym
razie w korygowaniu tego pierwotnego, skromnego projektu, Ty miałeś
udział najwalniejszy. Bo, łącząc kierowanie teatrem z organizowaniem
Wydziału Lalkarskiego, od początku byłeś członkiem władz uczelni.
Jakich? Kiedy?
Byłem prodziekanem Wydziału Lalkarskiego w latach 1975/76 - 1980/81. Przez dwie kadencje zastępowałem tam Jana Wilkowskiego.
Byłeś członkiem Senatu warszawskiej PWST. Kiedy?
W latach 1981/82 - 1983/4.
Byłeś prorektorem PWST. Kiedy?
W latach 1984/85 - 1989/90. Przez dwie kadencje.
Nauczałeś studentów. Kiedy? Czego?
Od początku. Wpierw na Wydziale Lalkarskim - elementarnych zadań
aktorskich; zadań aktorskich z przedmiotem; gry lalkami w różnych
technikach. Potem prowadziłem seminarium na naszym Wydziale Reżyserskim
i opiekowałem się małymi formami scenicznymi kandydatów na reżyserów
oraz ich spektaklami warsztatowymi. Na koniec, opiekowałem się
rocznikiem prowadzonym według mojego autorskiego programu kształcenia.
Mój etat profesora PWST wygasł z końcem roku akademickiego 1992/93.
REMONTY I BUDOWLE
Wykład
inaugurujący studium przyteatralne został wygłoszony w suterenie Domu
Rzemiosł. Późniejsze zajęcia odbywały się m.in. w garderobach teatru,
ale tylko w czasie, gdy nie pracowali tam aktorzy. W takiej to sytuacji
nie była aż tak gorszącą opinia owego urzędnika ministerialnego, który
powiedział, że jeśli w Białymstoku miałaby powstać szkoła teatralna, to
w każdym pegeerze mogłaby powstać akademia rolnicza. Potem sytuacja
lokalowa poprawiała się, ale kłopoty trwały. Jakie?
Lektor z Akademii Medycznej, która przygarnęła studentów Wydziału
Lalkarskiego na naukę języków obcych, pytał czy nie mogliby oni
siadywać w sali seminaryjnej na krzesłach, a nie na podłodze? Pedagog
wojskowy z Politechniki Białostockiej, gdzie dopuszczono przyszłych
lalkarzy do nauk militarnych, prosił o nakłonienie studentki, żeby nie
nosiła w swym koku półmetrowej żerdzi, bo to w warunkach wojennych
mogłoby dezorientować sojuszników. Dyrektor internatu dla zamiejscowych
uczniów średniej szkoły muzycznej, gdzie nasi studenci uzyskali
schronienie, protestował przeciwko temu, że chodzą oni po korytarzach
nago.
Potrzebny był więc jakiś budynek, w którym pozujący na artystów studenci lalkarstwa poczuliby, że są u siebie. Jak go zdobyłeś?
Budynek po dawnej szkole muzycznej dostaliśmy bez wielkiej mordęgi.
Kłopot był z remontem. Gdy firma budowlana, zresztą bardzo sprawna,
wyburzyła wszystko, co konieczne, zostały tylko ściany nośne i z
parteru było widać niebo. Potem zaczęły się problemy z materiałami i
mocą przerobową, czego opowiedzieć się tutaj nie da. W końcu jednak
wypełniono bryłę stropami i ścianami działowymi, a było to tuż przed
początkiem roku akademickiego. Żeby zdążyć, do pucowania wnętrza
stanęliśmy wszyscy - wykładowcy, pracownicy techniczni i
administracyjni, którzy przynieśli ze swoich domów wiadra, szczotki,
myjki, odkurzacze. Ale przede wszystkim - stanęli do pracy studenci.
Beata
Rynkiewicz, która na Wydziale Sztuki Lalkarskiej, bo tak się ten
wydział teraz nazywa, napisała niedawno pracę magisterską o nim, tak
oto owe pucowanie zarejestrowała: " W szkole szorowaliśmy ściany,
czyściliśmy podłogi, zawieszaliśmy firanki... Wszystko naraz, świeże, n
a s z e ". Potem była inauguracja pierwszego w tym budynku roku
akademickiego. Kiedy?
Powinieneś pamiętać, bo miałeś tam wtedy wykład inauguracyjny o społecznych funkcjach teatru lalek ...
Nie
zapamiętałem czy zdążyliśmy z nową siedzibą szkoły na dzień 1
października? Chyba nie? Co zaś do wykładu, to inaugurował on rok
akademicki 1977/78 i był mówiony do studentów, którzy siedzieli w sali,
ale również do studentów, którzy w drugiej sali patrzyli w monitor, bo
było już w szkole coś nie z tej, nie z białostockiej ziemi - kamera. No
i wygłaszałem do ludzi w łańcuchach, bo na inaugurację siedziby
przyjechali z Warszawy senatorowie uczelni - rektor Tadeusz Łomnicki,
dziekan Andrzej Łapicki, docenci - Bożena Krzywobłocka, Jerzy Koenig,
Wojciech Siemion. Ale najwyraźniej zapamiętałem z tej inauguracji
przemówienie Jana Wilkowskiego. Miało ono tylko jedno zdanie. Wilkowski
zbliżył się do ściany, przyłożył do niej dłoń i policzek, powiedział:
"Witaj, Szkoło!". To było powiedziane do tego nowo wyremontowanego
budynku.
Nowy budynek szkoły scalił gromadę studencką...
Bardzo
scalił! Szczególnie przydał się jej w 1981 roku. Wtedy to rozdokazywani
kandydaci na lalkarzy przerwali naukę, drzwi budynku zamknęli na klucz,
i powiedzieli, że o coś im chodzi. Historycy, zwłaszcza ci, którzy
zostali w latach 1980-81 oszołomieni, twierdzą, że chodziło im o to,
żeby w kraju nie było tak, jak było wtedy, lecz żeby stało się tak
promiennie, jak jest teraz. Ale budynku tym strajkiem nie uszkodzono,
więc chciałbym Cię teraz zapytać: czym był on dla Ciebie? Jego remont?
Czy to była próba generalna przed budową nowej siedziby teatru?
Ależ nie! Pomysł, żeby w Białymstoku wybudować nowoczesną siedzibę dla
teatru lalek - nawiasem mówiąc, jedyną, jaka potem od fundamentów
powstała w Polsce, i bodaj jedną z dwóch-trzech w Europie - zrodził się
za dyrekcji Joanny Piekarskiej. Był to rok 1962, w Polsce funkcjonował
Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, który wypełnił już większość swych
zadań warszawskich, i teraz wspierał oświatowe i kulturalne inwestycje
prowincji. Obiecał wstępnie, że sfinansuje teatr białostocki i
zamówiono jego projekt w warszawskiej pracowni architektonicznej
>Wacław Kłyszewski - Jerzy Mokrzyński - Eugeniusz Wierzbicki<,
która to trójca zwana była "tygrysami", bo zdobywała za swe projekty
liczne nagrody, a za ich realizacje - tytuły "misterów", jakimi wtedy
nagradzano najbardziej udane budynki. Projekt powstał, ale dokumentacja
trafiła do szuflady, bo SFOS przeliczył się w swych możliwościach i na
obiekt tego rozmiaru nie starczyło mu pieniędzy, a niebawem został
rozwiązany.
Teatr pracował więc nadal w kilku punktach miastach,
próby i spektakle odbywały się w sali wydzierżawionej od białostockich
rzemieślników, ale realizacja " Kartoteki" i projekt SCENY DLA
DOROSŁYCH uświadomiły nam potrzebę przestrzeni. Zatem wiosną 1972 roku
wróciliśmy do projektu "warszawskich tygrysów", został on
zmodyfikowany, i po roku, dnia 2 maja 1973 roku, nowe założenia
techniczno-ekonomiczne zostały zatwierdzone przez Wydział Kultury
Prezydium WRN. Ale od tej regionalnej decyzji do decyzji państwowej o
wprowadzeniu teatru do planu inwestycyjnego była jeszcze długa droga.
Zwłaszcza, że z Warszawy nadeszła hiobowa wieść: dnia 1 czerwca 1974
roku premier Jaroszewicz postawi szlaban dla nowych inwestycji!
To
trzeba wyjaśnić, bo może być dzisiaj niezrozumiałe. Mniej więcej w
połowie "dekady gierkowskiej" ujawniło się przegrzanie gospodarki
inwestycyjnej, wynikłe z budowy nazbyt wielu, i nie zawsze racjonalnie
wykoncypowanych zakładów przemysłowych, a także nowych, dużych dzielnic
mieszkalnych, rozbuchało się też unowocześnianie infrastruktury
wiejskiej. Zaczęło więc brakować, nie tyle nawet pieniędzy, bo kredyty
płynęły jeszcze z zagranicy, ale materiałów budowlanych i sił ludzkich.
A gdy w pełni ruszyła budowa Huty Katowice, moce przerobowe wielu
regionalnych przedsiębiorstw budowlanych, wysyłających tam swoje
brygady, zostały wręcz zdruzgotane. Blokowano więc dostęp do
państwowych planów inwestycyjnych wszystkiemu, co dało się zablokować,
a budowę teatru można było do planu nie wpuścić, a nawet z planu usunąć
- najłatwiej.
Biegałem wtedy po urzędach, tłumacząc,
że przecież wydano już pieniądze na modernizację projektu "tygrysów", i
grozi nam ich zmarnotrawienie, bo dokumentacja budowlana ma swój czas
ważności. Ponadto plac budowy był już opalikowany i Roman Kosiński,
dyrektor Podlaskiego Kombinatu Budowlanego, mógł tam w każdej chwili
wprowadzić koparki i murarzy, a jak będzie z tym za rok lub dwa - nie
wiadomo. W odruchu rozpaczy poszedłem więc do Zdzisława Kurowskiego, I
sekretarza KW PZPR, niedawno tu przybyłego, młodego, ambitnego, który
chciał się w tym regionie wykazać sukcesem. Ten zatelefonował przy mnie
do wojewody Zygmunta Sprychy, który kluczył, ale obiecał, że zrobi co
może, by teatr obronić przed skreśleniem z projektu planu
inwestycyjnego. Z kolei Kurowski przyrzekł mi, że - w razie potrzeby -
użyje do tej obrony swoich kumotrów warszawskich. Zreferowałem to
Romanowi Kosińskiemu, a ten powiedział: podkładki na to nie masz, ale
ja zaryzykuję - wchodzę na plac budowy! Pamiętam tę datę, bo jest jedną
z najważniejszych w moim życiu: dnia 13 maja 1974 roku na opalikowany
plac w parku wjechały spychacze i koparki. Zrobili wykopy, wylali
fundamenty, przerób wynosił już 800 tysięcy ówczesnych złotych, a
kombinat nie mógł tych pieniędzy dostać, bo budowa nie została
wprowadzona do planu. Ministerstwo Budownictwa zorientowało się w 1975
roku i, żeby zażegnać aferę, uznało dotychczasowe wydatki i dodało do
tego 400 tysięcy złotych - na stropy, którymi miano zamknąć piwnice, a
budowę, tak, jak wówczas niejedną - zatrzymać. Ale Kosiński powiedział:
dostaliśmy pieniądze, więc budujemy dalej, idziemy w górę! Gdy zaś w
wydzieloną nam działkę parku wbudowane już były cztery z
preliminowanych trzydziestu milionów złotych, Kosiński powiedział:
teraz już tego nikt nie zatrzyma!... I rzeczywiście - w 1976 roku
weszliśmy do planu, i dalej rzecz toczyła się już normalniej.
Normalniej,
jak na ówczesne standardy. Ale na nasz dzisiejszy gust - nadal dziwnie.
Kiedyś szedłem świtem przez park i zobaczyłem Cię na tej budowie w
kasku.
Ja tam chodziłem codziennie o siódmej rano, bo
bywało to przydatne budowlańcom. Pewnego dnia, gdy od tygodnia
czekaliśmy na cegłę z Pisanicy, cegielni spod Ełku, podjechały dwie
ciężarówki i kierowca pierwszej zapytał: czy to są garaże KW PZPR? Po
sekundzie wahania powiedziałem: tak. Kierowca ucieszył się: szukamy was
od godziny, jak głupi kręcimy się po mieście; wyładować! Kierownik
budowy podpisał im odbiór cegły i spytał, prawdę mówiąc, nieco
przestraszony: co teraz będzie? Powiedziałem: nic; powiemy, że nie
dosłyszeliśmy pytania; a garaże KW mają priorytet, dostaną więc swoją
cegłę po pierwszym telefonie sekretarza. Z czasem nasza budowa stała
się czymś akceptowanym również społecznie i dla mieszkańców ważnym.
Spytałem na niej młodego inżyniera, który miał żonę i dwoje dzieci, a
nie miał mieszkania, czy nie szkoda mu wydatkowanych tu "mocy
przerobowych" - wszak mogłyby one posłużyć do budowy bloków
mieszkalnych. Odpowiedział: mieszkanie za rok-dwa dostanę, a teatr, to
jest teatr; on nas przeżyje. Miałem przygodę z wicewojewodą Leopoldem
Rybakiewiczem, któremu podlegały inwestycje w województwie. W czasie
pierwszej naszej rozmowy, gdy zorientował się, że budujemy nielegalnie,
wyrzucił mnie z gabinetu. Ale pod koniec, gdy trzeba było doprowadzić
do budynku wodę i ciepło, a zabrakło pieniędzy na wykopy, zaproponował:
zrobimy to w Czynie Pierwszomajowym. Ogłosiliśmy apel w prasie, i
pierwszy na plac budowy przyszedł z osobistą łopatą Rybakiewicz,
dołączyło do niego kilkudziesięciu nie znanych nam mieszkańców miasta,
odrobili tu swoje praktyki robotnicze studenci. Ciepło dopłynęło.
Pomagałem budowlańcom, jeżdżąc do zupełnie dla mnie egzotycznych
instytucji. W teatrze lalek musi być sprawna zapadnia, a ta porusza się
przy pomocy śrub wielkich i bardzo wymyślnych, jakoś specjalnie
gwintowanych. Coś takiego robiła bodajże huta Baildon na Śląsku, ale
tam wszyscy mieli na głowie budowę huty Katowice. Pojechałem więc do
Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni. Przyjął mnie jakiś bardzo ważny,
bardzo ozdobnie umundurowany człowiek, i zacząłem mówić, a on nie
przerywał. Po kwadransie skończyłem, a on nadal milczał. Mówiłem więc
dalej. Wreszcie odezwał się: niech pan przestanie, bo już zrozumiałem -
te śrubki to jest najważniejsza dla obronności kraju sprawa... Na kiedy
musicie je mieć? Śrubki zdążyły na czas, i dnia 19 grudnia roku 1979
weszli do teatru pierwsi widzowie, minęli sgraffito na frontonie,
zaprojektowane przez sławnego Tadeusza Dominika, zasiedli w 242
fotelach i ze sceny zaczęły płynąć - polityczne aluzje. Wystawiliśmy na
inaugurację teatru sztukę Ernesta Brylla "Słowik", a tam było m.in. o
tym jak to władza wysyła na placówki zagraniczne, zbędnych już
cesarzowi, bo nad wyraz głupich funkcjonariuszy.
Nie wyrzucili Cię za to z roboty?
Myślę, że znowu uratował mnie Tadeusz Łomnicki. Siedział obok ministra
kultury i sztuki, który też się chyba wówczas na placówkę zagraniczną
wybierał, i po każdej aktualności politycznej ostentacyjnie bił brawo.
A że był przecież członkiem KC PZPR - jego zachowanie wyznaczało
standard prawidłowej reakcji na spektakl. Więc afery nie było. Ale
minister kultury i sztuki, żegnając się chłodno i nie wspominając o
spektaklu, przekazał mi swoją dyrektywę: dyrektorze, więcej dla dzieci!
Jednakże odznaczenie państwowe, wręczane zwyczajowo po zakończeniu takiej inwestycji, jakoś dziwnie Cię ominęło?
Nie bolałem nad tym. Budowlańcy przyznali mi, bowiem swoją najwyższą, złotą odznakę - ZASŁUŻONY DLA BUDOWNICTWA.
FINAŁ
To jest już koniec naszej rozmowy, więc wróćmy do jej początku. Rodzice?
Matka przeprowadziła się z Wrocławia do Białegostoku i tutaj zmarła w
1992 roku. Co do ojca... Gdy w 1955 roku zaczęła się odwilż polityczna,
rozpoczęliśmy jego poszukiwanie przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż.
Przychodziły odpowiedzi enigmatyczne: że chyba żyje i mieszka w
Australii, ale tam nie ma obowiązku meldunkowego, więc nie mogą podać
adresu. W czerwcu 1989 roku napisałem do MCK, że - jeśli ojciec nie
żyje - proszę o adres miejsca, gdzie został pochowany. W październiku
[K1]odezwał się telefon, ojciec zadzwonił z Hobartu w australijskiej
Tasmanii. Powiedział, że ci dwaj mężczyźni, którzy wywołali go z
pociągu, jakim w 1947 roku wracał do kraju, ostrzegli go: Informacja
Woskowa wie, że jedzie, i - czeka. W Polsce odcierpi za pracę w Dwójce,
a ucierpi także rodzina. Byli godni wiary, więc wysiadł, wyjechał na
inny kontynent, zatarł za sobą ślady. Teraz jednak sądzi, że już nic
nam z jego powodu nie grozi, więc dzwoni. Wymienialiśmy listy, były
dalsze rozmowy telefoniczne. Zmarł w 1997 roku.
Ty?
Ja żyję.
To
bardzo dobrze, bo mam jeszcze kilka pytań biograficznych. W
monografiach Krakowskiej Szkoły Teatralnej i jej fakultetów
wrocławskich można przeczytać, że "Wydział Lalkarski w Białymstoku
startował z bardzo mocnej pozycji. Wtedy mówiło się o niej: >
jedynie słuszna < ". Pozycja ta ponoć sprawiła również powstanie w
Białymstoku wydziału reżyserskiego PWST, a miała wynikać z faktu, że
"K. Rau był potentatem, zwłaszcza, gdy został członkiem KC i
wiceprzewodniczącym dwóch ważnych komisji". Co tu jest prawdą, a co
artystyczną nonszalancją wobec faktów? Białostocka uczelnia powstała,
bo Ty byłeś członkiem KC PZPR?
Ja nie. Członkiem KC
PZPR był rektor Tadeusz Łomnicki. Jemu oraz senatowi Jego Uczelni
zawdzięczamy powstanie białostockiego fakultetu lalkarskiego. Mówiliśmy
już o tym.
Ale nie
mówiliśmy o Twojej działalności partyjnej. Członkiem KC PZPR zostałeś -
przed powstaniem białostockiego fakultetu lalkarskiego?... Przed
powstaniem tu lalkarskiego wydziału reżyserskiego?... Przed
wyremontowaniem dla tych fakultetów siedziby, ich sceny i mieszkalnej
oficyny?... Przed zbudowaniem teatru w parku przy Kalinowskiego?...
Członkiem Komitetu Centralnego PZPR zostałem wybrany na X Zjeździe PZPR, który odbył się w 1986 roku.
Więc nie, "przed", lecz raczej - "w nagrodę za"?
To Twoja interpretacja.
Moja. Co teraz porabiasz?
Reżyseruję gościnnie. W Kaliszu, w Teatrze Dramatycznym im. Wojciecha
Bogusławskiego, wyreżyserowałem "Szewczyka Dratewkę" Kownackiej. W
Katowicach, w Teatrze Dramatycznym im. Stanisława Wyspiańskiego,
wyreżyserowałem "Kartotekę" Różewicza. W Toruniu, w Teatrze
Dramatycznym im. Wilama Horzycy, wyreżyserowałem "Prezydentki" Schwaba.
"Prezydentki" zostały zrealizowane dopiero, co były już wprawdzie
pozytywne recenzje, ale jeszcze tam jadę, na kosmetykę po premierze,
potrzebną przed toruńskim "Kontaktem".
W Białymstoku?
Tutaj też reżyseruję gościnnie. W Białostockim Teatrze Lalek robię, na
pięćdziesięciolecie tej sceny, "Spowiedź w drewnie" Jana Wilkowskiego.
O czym jest ta sztuka?
O artyście ludowym, który wykrawa z drzewa lipowego figurki Świętych
Pańskich, ale serce ciągnie go do figury Kaśki, wiejskiej dziewuchy,
która, gdy szła drogą, tak gibała się w biodrach, że oczu nie można
było oderwać. Wykroił ją w drewnie, ale się nie giba. Więc oskarżył
Boga: wprawdzie dałeś mi talent, ale dlaczego taki mały?!
Owszem,
o tym. Ale jest to również sztuka, najmądrzejsza w dorobku
Wilkowskiego, o alienacji. O tym, że to, co człowiek stwarza, wyosobnia
się, wyobcowuje, staje się mechanizmem, który obraca się przeciwko
niemu, godzi weń - czasami śmiertelnie. Przecież to właśnie spotyka
bohatera "Spowiedzi" - bunt figurek, który go zabija. Przypomnieliśmy w
naszej rozmowie, że to dzięki wielkoduszności i determinacji Tadeusza
Łomnickiego nasze nielegalne przyteatralne studium stało się
przedsionkiem dzisiejszego białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej
Akademii Teatralnej w Warszawie. Ale Łomnicki miał, prócz swoich
kreacji aktorskich, jeszcze jedno bardzo osobiste dzieło: ogromnym
organizacyjnym wysiłkiem stworzył Teatr na Woli. I oto pewnego dnia
jego wytwór, sformowany przezeń zespół artystyczny, solidarnościowo,
jazgotliwie, wyrzucił go z roboty w tym teatrze. A później odmówiono mu
istnienia w innych warszawskich teatrach, tak, że umrzeć musiał
gościnnie, na scenie poznańskiej. Jan Wilkowski był współtwórcą i
członkiem kierownictwa białostockiej uczelni lalkarskiej. Kto i jak go
tego pozbawił? Pozbawił, bądź - co tu na jedno wychodzi - zmusił do
rezygnacji z kandydowania w wyborach do władz uczelni?
Stworzone przez nas gremium dydaktyków. W tajnym głosowaniu.
Ciebie udziału w kierownictwie uczelni, bądź możliwości kandydowania do jej władz pozbawił - kto i jak?
Stworzone przez nas gremium dydaktyków. W tajnym głosowaniu.
Klemens Krzyżagórski
Warszawa, maj 2003 roku; pierwsza cz. rozmowy w nr 1 Yoricka, maj 2004





