Wśród znawców sceny coraz częściej daje się słyszeć grzmiące żalem
słowa: - Teatr TV umarł! Po tej złowieszczej deklaracji nie ma miejsca
na zwyczajowy ciąg dalszy: - Niech żyje Teatr TV! Bo i po co przyglądać
się czemuś, co z założenia (modne jest takie gadanie) nic nowego nie
powie, nie zrobi, niczego nie pokaże, będzie się taplało w wiecznie tym
samym bajorku przekleństw, używało lub nadużywało brukowego języka,
chcąc nie chcąc naśladując film, reality show czy teleturniej. Otóż
takie i podobne twierdzenia to moim zdaniem ślepa uliczka. Prawda,
pewne rzeczy (dramat, poezję, prozę) lubimy dopiero, kiedy się "uleżą,
ucukrują"; przedtem śmierdzą, pachnieć zaczynają potem, zwykle po stu
latach, gdy trafią do podręczników historii literatury. Czy jednak jest
to wystarczający powód, by jednym herostratesowym NIE pogrzebać wiarę w
szklaną scenę? Niezupełnie...
W czerwcu 2004 obejrzałem 15 konkursowych spektakli festiwalu "Dwa
Teatry - Sopot 2004". Powiem tak: po pierwszych kilku projekcjach
czułem się nijako, trochę smutny, trochę rozczarowany "sumą wszystkich
przekleństw", mocno zmęczony powracaniem tych samych motywów (śmierć,
samobójstwo, ludzka głupota, okrucieństwo, upadek wartości,
odczłowieczenie, strach, alienacja), zdecydowany, by po takiej dawce
odzierania ze złudzeń łapać pociąg i w te pędy wiać do domu. Na
szczęście po umownej chwili podjąłem walkę z samym sobą i...
przemyślałem sprawę "od podstaw". Polski Teatr TV, ewenement na skalę
światową, nie umarł. Raczej dostosował się do ducha czasów. Czytając
codzienną prasę, trafiam na te same wątki: śmierć, samobójstwo, ludzką
głupotę itd. Już Szekspir, którego wkładu w rozwój dramaturgii nikt nie
podważa, mówił na początku XVII wieku głosem Hamleta: "teatr to
streszczona, żywa kronika czasu" (akt II, scena 2). Upierać się przy
tym, że Szekspir zwariował, byłoby nieładnie... A tymczasem twórcy
szklanej sceny robią jota w jotę to samo - zapamiętują czas.
"Powtórka" Feliksa Falka w reż. Feliksa Falka to smutna opowieść o
dalszych losach byłych działaczy Solidarności. Nic nie jest tu
wyłącznie czarne lub tylko białe, dominują odcienie szarości, a wraz z
nimi - refleksja o tym, że jako ludzie, choćbyśmy mieli
najszczytniejsze ze szczytnych ideały, błądzimy. Lubimy kłamać,
donosić, tchórzyć, chodzić na ugodę z reżimem, wypierać się siebie.
Opozycjoniści, starzy kumple z celi, spotykają się po 20 latach w
więzieniu, by pogadać o dawnych czasach. Wielu się dorobiło.
Niegdysiejsi intelektualiści z brodą i gitarą, śpiewający Kaczmarskiego
czy Gintrowskiego, to dzisiaj ubrani w modne garnitury biznesmeni,
właściciele firm, pięknych samochodów i jeszcze piękniejszych żon.
Czuć, że ich świat stał się pusty. Że forma zastąpiła treść, a marka
modnego krawata wiarę w sens wspólnej walki. Czy jednak kiedyś byli
lepsi? Falk serwuje gorzką pigułkę. Na spotkaniu pojawia się
nieproszony gość, niegdysiejszy internowany, który rzuca kij w
mrowisko, mówiąc, że był w grupie internowanych donosiciel. Tym samym
urocza biesiada wspominkowa przeistacza się w sąd skorupkowy. Padają
podejrzenie za podejrzeniem, nagle okazuje się, że "przyjaźń" była
rodzajem "gęby", sztucznie doprawioną wartością, która między ludźmi
nie ma prawa zaistnieć. Być może donosił, kolaborował Jacek (znakomity
Krzysztof Kolberger), po 1990 roku szef ważnej gazety? Może ktoś inny?
To nie ma znaczenia. Ważne, że pojawiła się rysa na szkle, a legenda
stała się legendką, poszarpaną przez ludzkie ułomności.
Niewiele
ciekawszy jest obraz Polski futurystycznej roku 2007, przedstawiony w
"19 południku" Juliusza Machulskiego (tekst i reżyseria). Po wyborach
prezydenckich do władzy dochodzi koszmarny, prymitywny, posługujący się
językiem jegomościa spod budki z piwem populista Bartosz Czop. Nie
tylko pluje na historię (stosunek do prezydenta poprzednika,
intelektualisty Czechmeszyńskiego - Jan Machulski), również nic sobie
nie robi z wszelkich wartości. Kara śmierci? Ależ wprowadzić! Co
więcej, zrobić z niej medialny spektakl, egzekucje pokazywać "live" w
godzinach najlepszej oglądalności! Przepełnione więzienia? Osadzonych
wywieźć busem za miasto i rozstrzelać, zgładzić bombą, a potem zwalić
na niefortunny zbieg okoliczności! Kobiety? Do kuchni! Żydy, pedały,
Ruskie i Niemcy - do gazu! Człowiek, na kaganiec, żeby był posłuszny
jak pies i za bardzo nie mędrkował. Słowem - przestraszyć, uciszyć,
usadzić, rządzić i dzielić. Świetny w roli prezydenta chama Andrzej
Grabowski ubawił mnie skakaniem po kanapie wespół w zespół z liczącymi
się politykami (powiało Gombrowiczem), ale i przeraził, bo przecież
takich ludzi już mamy, posiadają oni mandaty poselskie i rosnące
poparcie elektoratu. W tym wypadku kronika czasu jest aż nazbyt
aktualna...
Mniej wspólnego z Polską i jej historią ma "Martwa
Królewna" Nikołaja Kolady w reżyserii Piotra Łazarkiewicza. Wypada
pamiętać, że Polska to nie wszystko. Gdzieś obok jest "cały świat", a
ten ma się kiepsko... O ile kiedyś istniały lub starały się istnieć
wiara, nadzieja, miłość, teraz - nie ma nic. W ruskiej wiosce żyje
Rimma (nagroda za najlepszą rolę kobiecą dla Marii Peszek) -
dziewczyna, która jest trzeźwa tylko, kiedy pije. Wrażliwa,
niewątpliwie inteligentna (zna na pamięć wiersze Puszkina, w tym ten
najważniejszy, o martwej królewnie), z wyglądu bardziej ono niż ona,
szalona, trochę kloszardka, a trochę osoba zwyczajnie pozbawiona
złudzeń, rządzi w swoim małym, pijackim królestwie. Odwiedzająca ją
koleżanka Nina (Maria Seweryn), nie może pojąć, dlaczego ktoś, kto się
tak "dobrze" zapowiadał, godzi się na życie w klinice weterynaryjnej
niedaleko jednostki wojskowej. Jednak dech zapiera jej dopiero, gdy się
okazuje, jak bardzo Rimma kocha "stworzenie". Człowieka, psa, kota -
wszystkie jednako. A ponieważ posiadła coś w rodzaju wglądu w bezsens
istnienia, wie, co robić, żeby tę swoją miłość zamanifestować... Otóż
tytułowa Martwa Królewna morduje z litości, poraża prądem wszystkich
czworonożnych podopiecznych oprócz ukochanego psa. Gdy ten - jedyny
dostarczyciel "ludzkiego" ciepła - umiera, zaczyna uśmiercać
przedstawicieli gatunku homo sapiens, a na koniec - poraża prądem
siebie. Prawda, do ostatniej chwili czeka na Puszkinowskiego królewicza
z bajki, który pocałunkiem wyrwie ją ze snu śmierci. Ale czasy
królewiczów się skończyły, nie ma nadziei na wyjście z marazmu i
niewiary... Rimma ratuje siebie w inny sposób. Na jednej z pijackich
nasiadów opowiada przypadkowym gościom swoją historię. Prosi, by ją
zapamiętali i przekazywali dalej, każdemu, kogo spotkają... Właśnie:
opowiadali historię pewnego bezsensu, jak teatr, który - choć zbrzydł i
przypomina Martwą Królewnę - chce mówić. Nie ważne przy tym, czy to, co
powie, spodoba się ogółowi. Ważne, żeby historia poszła w świat.
Już w "Martwej Królewnie" smutek jest nie do załagodzenia. Bezsens i
nieczułość współczesnego świata widać również w zdobywczyni
tegorocznego Grand Prix, spektaklu Sławomira Fabickiego "Łucja i jej
dzieci" (autor: Marek Pruchniewski). Ten tekst pojawił się w antologii
najnowszego dramatu polskiego "Pokolenie Porno i inne niesmaczne utwory
teatralne". Czy jest niesmaczny, nie wiem. Oszczędny w słowach,
bardziej milczeniem niż krzykiem opowiada historię matki, która -
zniewolona przez grubiańską teściową - morduje nowonarodzone dzieci.
Nie czyjeś, ale swoje własne. Bo co? Bo nie ma pieniędzy, bo wstrętne
bachory płaczem zakłócają "święty spokój" wszystkowiedzącej matrony, bo
synowa jest głupia suka, a w związku z tym rodzi same durne szczenięta,
bo... zabić jest o niebo łatwiej niż wychować. Same rozsądne argumenty
nie do odparcia. Gdyby ktoś powiedział, że taki teatr to kpina z
najlepszych tradycji, warto przypomnieć, że to nie teatr, lecz życie.
Marek Pruchniewski napisał "Łucję" po przeczytaniu reportażu Lidii
Ostałowskiej i Wojciecha Cieśli "Worek", w którym rzecz całą opisano
jako autentyczną. Polska bieda, a w niej zagubiona kobieta, mordująca
własne potomstwo, bo tak jej kazano. Koszmar.
Krok za krokiem,
spektakl za spektaklem, sopocki festiwal rozwijał się w stronę
makabrycznego Totentanzu, powtarzając przy zmieniających się
dekoracjach te same motywy - śmierć, samobójstwo, ludzka głupota,
okrucieństwo, upadek wartości, odczłowieczenie, strach, alienacja... O
tym wszystkim był przecież i "Wampir" Wojciecha Tomczyka (reż. Maciej
Dejczer) o seryjnym mordercy kobiet, i "Hamlet" Szekspira (reż. Łukasz
Barczyk), niby starodawny, ale przecież skórzaną kurtką duńskiego
księcia wyraźnie nawiązujący do czasów współczesnych, i "Toksyny"
Krzysztofa Bizio (reż. Anna Augustynowicz, ze świetnym Sławomirem
Orzechowskim). Niewiele więcej przestrzeni dla nadziei pozostawił
"Przypadek Klary" Dei Loher (reż. Magdalena Łazarkiewicz) z Marią
Seweryn w roli młodej buntowniczki - eksperymentatorki, która do tego
stopnia ma dosyć życia, że - po licznych zakończonych niepowodzeniem
próbach dostosowania się - postanawia oddać ciało medycynie. Je jedno
można jeszcze kroić i kaleczyć, dusza od dawna jest martwa.
Najlepszym,
nagrodzonym wyróżnieniami spektaklem tegorocznego konkursu okazał się
dramat Ingmara Villqista "51 minut" (pierwotnie "Bez tytułu") w reż.
Łukasza Barczyka. Jest w nim zarazem potworna alienacja
skazanego na śmierć za życia mężczyzny chorego na aids, jest jednak i
coś o niebo ważniejszego - miłość. Zobaczyć to uczucie na festiwalu tak
bezwzględnie odbierającym nadzieję, to sprawa wyjątkowa. Bohater, Jerg
(Adam Woronowicz), w którymś momencie mówi: - Nigdy już nie popełnię
żadnego dobrego uczynku. Cóż, śmierć nie ustąpi miejsca czynom. Tak
naprawdę mogliby jednak podpisać się pod tymi słowami wszyscy
bohaterowie spektakli - Jacek, Czop, Rimma, Hamlet, Klara, Łucja i jej
dzieci. Różnica polega na tym, że Jerg, kiedy nie zostało nic oprócz
konieczności zejścia ze sceny, spotyka matkę (Stanisława Celińska, w
ubiegłym roku w plebiscycie Telemaski otrzymała za tę rolę główną
nagrodę). Jest inna niż pozostali - czuje (kocha), płacze, cierpi
wyraźnie i bez kokieterii. Szkoda, że nadzieja, coś prawdziwego,
wiecznego pojawia się w takim momencie... Teatr TV sezonu 2003/2004
oferuje miłość w kilku jeszcze odsłonach. Po swojemu kocha
karykaturalny Albinus Wagner (Jan Peszek) w "Śmiechu w ciemności"
Vladimira Nabokova (reż. Filip Bajon). Tyle że jest to miłość w ciasnym
gorsecie obyczajowości, bojąca się samej siebie i nieuchronnie
prowadząca do zagłady, gdyż obiekt uczucia (tępa dziewucha, Margot
Peters - Karolina Gruszka), nie potrafi go docenić. Tak samo
niemożliwa, a przez to kończąca się tragedią, jest miłość "Fryzjera"
Karola (Krzysztof Pieczyński) ze spektaklu autorstwa Macieja Pieprzycy
i Bartosza Kurowskiego. O ile w "Śmiechu w ciemności" ginie kochający,
o tyle tu - na śmierć zostaje skazana zbyt mocno kochana.
Tak toczy
się światek współczesnego teatru TV. Kiedyś nosił maskę farsy, komedii,
tragedii, zawsze jednak pozostawiał miejsce dla nadziei. Dzisiaj mówi
nowym językiem, dla wielu niemożliwym do strawienia, cóż dopiero
zrozumienia. Stare chińskie porzekadło głosi: "Obyś żył w ciekawych
czasach". Co zastanawiające, kierowano te słowa głownie do wrogów.
Nasze czasy są, jakie są, szklana scena przegląda się w nich jak w
zwierciadle, a widz - być może to on jest wrogiem, którego trzeba
przestrzec przed samym sobą? Czyżby martwa królewna telewizyjnej sceny
nawiązała dialog z Łucją i wszystkimi jej dziećmi?
Maciej Misiorny




