Dnia 31 marca 2003 roku w programie
Pierwszym Telewizji Polskiej miałam przyjemność obejrzeć sztukę
Krzysztofa Bizio, w reżyserii Krystyny Jandy.
Ten na wskroś współczesny obraz ukazuje portret Polaków, nasze własne
problemy, a tym samym nas; bowiem bohaterowie przedstawienia młodego dramaturga
to współczesna rodzina, składająca się z matki, ojca i dorosłego syna.
Matka jest kobietą aktrakcyjną, lubiącą się podobać i zdobywać
mężczyzn. Pewnego dnia okazuje się, że ma raka piersi. Jest przerażona.
Pozostawiona w tej sytuacji, diametralnie zmienia swój stosunek do
życia. Problemy mają także najbliżsi.
Jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu można było wysłuchać opinii dwóch
osób: księdza Andrzeja Lutera i samej realizatorki pomysłu, Krystyny
Jandy. Ksiądz Andrzej nazywa sztukę "spektaklem chrześcijańskim", w
każdym razie nie uważa, że sztuka jest obrazobórcza: wprost przeciwnie,
zachęca on wszystkich do obejrzenia tego pasjonującego widowiska
właśnie w okresie Wielkiego Postu, gdyż uważa ten obraz za realistyczne
odwzorowanie cierpienia Chrystusa. Z opinią tą zgadzam się jak
najzupełniej, biorąc ponadto pod uwagę fakt, że w tle przez całą sztukę
przewijają się obrazy krzyżowej męki Chrystusa (których obecność
zawdzięczamy Ewie Wycichowskiej i prowadzonemu przez nią Teatrowi
Tańca). Niewątpliwie interesujące jest także zdanie samej Krystyny
Jandy. Tekst zafascynował ją "od pierwszego wejrzenia", jest dumna, że
pomimo niepewności ekipy co do jej poczynań, nie zmieniła nic w swoich
zamierzeniach i sztuka została oddana w ręce widzów w takiej formie,
jakiej oczekiwała autorka pomysłu; sama tak wypowiada się o swoim
dziele: "cieszę się, że się na nią odważyłam".
Jak już wspomniałam na początku, w spektaklu przedstawione zostało
kilka kadrów z filmu nazwanego życiem - pewna polska rodzina i relacje
między poszczególnymi jej członkami: matką, ojcem i synem; spójrzmy na
te postacie z bliska.
Zacznijmy od ojca (niestety nie poznajemy jego imienia, jak również
nazwiska, ale czy przez to postać nie nabiera cech Everymana?). Jest on
współudziałowcem firmy naprawczej, jego życie zmieniło się ostatnimi
czasy na gorsze, jednakże nie potrafi on podać konkretnej ku temu
przyczyny. Nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego nie ma ochoty zrywać
się rano do pracy, nie jest też pewien czy matka byłaby rzeczywiście
dumna z jego osiągnięć - nie rozmawia przecież z bratem, z kim
właściwie rozmawia? Z braku innych alternatyw dzwoni do kolegi z pracy.
Jego rodzina widocznie go opuściła. Ale czy on jest w porządku -
zdradza żonę, urządza przyjęcia nad jeziorem w oczywistym celu, jego
kochanka zachodzi w ciążę (nie z nim na szczęście). Tak samo samotna i
nierozumiana jest matka. Niesolidna okazuje się jej przyjaźń z Kaśką,
która nie odwiedza naszej bohaterki, gdy ta ociera się o śmierć w
szpitalu. A czemu miałaby to robić, skoro nie czynią tego nawet jej
bliscy? Syn, jedyne dziecko w rodzinie, można rzec oczko w głowie
rodziców - to nieprawda... A raczej szczera, zbyt szczera prawda. Paweł
czuje się w swojej rodzinie wyalienowany, równie samotny jak jego matka
czy ojciec; wypowiada podobne słowa jak pozostali bohaterzy: "zostałem
sam". Chłopak wydaje się być postacią o tyle interesującą, że nie
poddaje się bez woli. Mówi: "ja wiem jak ma wyglądać moje życie"
- nie chce iść w ślady rodziców, pragnie czegoś dokonać, być kimś. Ale
czy dlatego sam z początku ćpa, potem zaś staje się dealerem. Czy
dlatego też przymusza swoją dziewczynę do aborcji?
Więzy w tej rodzinie uległy rozluźnieniu, nawet rozmyciu - czy można tu
mówić o jakiejkolwiek rodzinie? Każdy żyje sam, sam boryka się z
problemami. Doskonale sytuację odzwierciedlają znane nam wszystkim
słowa: "być samotnym w tłumie ludzi". Nie potrafili poradzić sobie z
otaczającymi przeciwnościami, które narastały i powoli ich przerosły
niszcząc rodzinę, ich życie. Tego letargu nie można nazwać życiem! To
była tylko marna imitacja! Matka podczas kłótni wypowiada te oto słowa,
które są bardzo ważne dla właściwego zrozumienia i odebrania spektaklu,
dlatego też czasem warto zastanowić się nad ich treścią: "Ile czasu
będziesz udawać, że żyjesz?!"
Charakterystyce postaci poświęcam tak dużo miejsca, ponieważ jest to
nieodzowne przy ocenie ich kreacji. Nie jest to bowiem przeciętny
spektakl - jakaś komedia słów czy postaci, ale poważna sztuka oferująca
widzowi uniwersalne przesłanie dotyczące nie tylko naszego życia, ale
nas samych.
Nie będę ukrywać, że sztuka wywarła na mnie duże, jeśli nie ogromne
wrażenie. I nie chodzi tu tylko o grę samych aktorów, ale chwilowo na
tym się skupmy. Ojciec grany przez Jerzego Stuhra to postać, której nie
trzeba przedstawiać. Jego klasa jest wszystkim doskonale znana. W
spektaklu potwierdził ją dobitnie, choć nie można powiedzieć, aby dane
mu było zbyt wielkie pole manewru. Irytowała mnie tylko jego broda,
która psuła nieco wrażenie dobrze prosperującego biznesmena za jakiego
chciał uchodzić. Żona, grana przez Krystynę Jandę również odegrała
swoją rolę w sposób niezwykle interesujący. Przyznam, że scena w której
informuje przyjaciółkę o raku a potem siedzi samotnie bez niczyjego
wsparcia, sprawiła, że zrobiło mi się jej po prostu żal! Poza tym
pięknie płakała! Nie znoszę udawanych łez, chociaż biorąc pod uwagę, że
te też mogły być nieprawdziwe - to jednak nie umniejsza wagi faktu, że
Janda potrafiła wzbudzić w widzu poczucie solidarności z chorym na
nieuleczalną chorobę.
Paweł, zagrany przez Borysa Szyca również jest w moich oczach
współtwórcą sukcesu tego przedstawienia. Spodobał mi się zwłaszcza
sposób w jaki aktor głosem oddaje zdenerwowanie. "Zaciąganie"
niektórych liter i nagminne powtarzanie słów (właśnie, kurde)
uplastycznia bardzo graną postać. Czyni ją nam bliższą.
Spektakl wzbudził moje zainteresowanie w dużej mierze ze względu na
zawarte w nim szczegóły. Przykładem może być zegarek Pawła. W
scenie kulminacyjnej, gdy bohaterzy zostają postawieni wobec
nieuniknionego zmierzenia się z problemami, a w tle ukazywany jest
umierający Chrystus - jest na zegarku godzina 14.30. Interesujące,
zważywszy na fakt, że Chrystus umarł o 15.
Widoki nieba w tle pochodzą z mistycznych obrazów skompletowanych tu
komputerowo - to fascynujące, prawda? Gra czerni i bieli w niezwykły
sposób przykuła moją uwagę.
Na koniec pozostawiam deser. Sztuka zawsze jest sztuką, ale to co się
działo w tle - zwaliło mnie z nóg: w przenośni i dosłownie! Cudo, cudo
i jeszcze raz cudo! Dzieło Ewy Wycichowskiej woła o nagrodę! Sceny
idealne przeplatały się z akcją spektaklu. Do tej chwili kłębią się we
mnie emocje, po prostu brak mi słów. Wobec tego pozostawiam to bez
komentarza to najlepiej odda niezwykłość przedstawienia drogi krzyżowej
Chrystusa, dzięki której sztuka została nazwana chrześcijańskim
spektaklem.
Na zakończenie jeszcze raz polecałabym zastanowić się nad wymową
spektaklu. Jest przecież uniwersalny i dotyczy nas wszystkich. Przy jej
rozpatrywaniu należy uwzględnić trzy aspekty. Pierwszym z nich jest
obraz współczesnej drogi krzyżowej, dokonywanej poprzez czyny, słowa
myśli - bohaterowie powtórnie krzyżują Chrystusa. On jednak chce nieść
im zbawienie. Czy będą w stanie chwycić pomocną dłoń? Drugim aspektem
jest samotność - zasłonięta szerokimi kontaktami, ale podkreślam, tylko
zasłonięta, jest bowiem w utworze wszechobecna, że nie sposób jej
nie zauważyć. Symbolem samotności jest w spektaklu komórka - pozór
autonomicznej siły człowieka, który nie może, nie jest w stanie
spojrzeć już nikomu w oczy. Powoli zanika, czy wobec tego ciągle
pozostaje człowiekiem? Trzecim aspektem jest współczesne piekło. Mam na
myśli ostatnią scenę, w której przy stole siedzi Chrystus, za nim
mąż,żona, syn - nie zauważają go, skupieni na wzajemnych oskarżeniach.
Piekło to bowiem nieustające oskarżenia.
W zakończeniu zawarte jest jednak niedopowiedzenie. Nie wiemy, co
wybiorą bohaterzy: piekło czy niebo (należy przy tym zwrócić uwagę na
ich elegancki strój - czy może czekają na coś nowego, a może na
przyjście czegoś nowego?). Pozostaje bohaterom kwestia wyboru - my
jednak go nie poznajemy. Przyznam się, że takie zakończenia są nieco
irytujące, ale jakże przy tym silnie wpływają na naszą psychikę i
podsycają apetyt? Doprawdy interesujące.
Reżyser tego spektaklu stwierdza: "Mnie się udało, ale czy trafi?".
Każdy po obejrzeniu przedstawienia może to jednoznacznie stwierdzić -
pełen sukces. Gratulacje!
Anna Brzozowska, uczennica
II LO im. K.K. Baczyńskiego w Świdniku.





