Skąd się wziąłeś w tej profesji?
Rozglądając
się za jakimś nie kolidującym ze studiami na wydziale prawa
Uniwersytetu Poznańskiego źródłem zarobku natrafiłem na ogłoszenie
poznańskiego „Marcinka”. Szukali do zespołu aktorskiego kandydatów na
adeptów i trzeba było komisji coś wygłosić. Poszedłem i wygłosiłem
jedyny znany mi tekst, który mógł się na tę okazję nadać:„Co będzie, to
będzie/ Rzekła kura na grzędzie./ Na drugi dzień był rosół. /- Nie
prowokujmy losu!”. Przyjęto to, łagodnie mówiąc, bez entuzjazmu. Ale
robotę dostałem.
Po
terminowaniu w poznańskim Marcinku i gdańskiej Miniaturze, jesteś w
zespole artystycznym białostockiego Świerszcza i zdobywasz dyplom
aktora-lalkarza. Wielu adeptom starczyłoby to na całe życie. Ale Ty,
grając - równocześnie piszesz. W 1962 roku odbywa się w szczecińskiej
Pleciudze prapremiera twojej sztuki „Tomek w krainie dziwów”.
Nie widziałem tej inscenizacji. Cały spektakl przesiedziałem na widowni z zamkniętymi oczami.
Nie. Ze strachu.
W
roku następnym jest prapremiera Twojej „Zimowej przygody”. W latach
sześćdziesiątych weszła ona do repertuaru sześciu teatrów, w tym
jednego zagranicznego. Tak więc mogłeś sobie w tych latach powiedzieć,
że oto dokonała się już życiowa samorealizacja Krzysztofa Raua: uprawia
dwa teatralne zawody, każdy z powodzeniem, i teraz tylko - tak trzymać!
Tymczasem Ty w roku 1963 zapisujesz się na warszawską polonistykę. Po
co?
Pisałem. Chciałem reżyserować. W tym przydaje się wiedza.
Nominacja na dyrektora Świerszcza?
W 1969 roku.
Ale
w roku 1972, gdy od trzech lat byłeś już dyrektorem Świerszcza, teatr
poważył się na coś nieporównanie trudniejszego. W repertuarze znalazła
się „Kartoteka” Tadeusza Różewicza. I to była prawdziwa inicjacja sceny
„pomieszanych planów”, zaadresowanej do młodzieży szkolnej i dorosłej
widowni inteligenckiej. Dlaczego - „Kartoteka”?
Prawdopodobnie
na tej decyzji repertuarowej zaważyły moje studia polonistyczne. Ale
nie mniej zaważyła przekora wobec dotychczasowych realizacji tego
dramatu. Ja, bowiem nie czytałem w „Kartotece” frustracji pokolenia
Kolumbów, bo była to generacja nie moja, i już przemijająca. Natomiast
domyślałem się w niej ludzkiego uniwersum, a także pewnej nowej
polskiej aktualności.
„Kartoteka”,
chociaż taka trudna w odbiorze i w lalkach prekursorska, zdobyła
białostocką publiczność. Oczywiście - zdobyła jakością inscenizacji.
Ale także wskutek pewnego zabiegu socjotechnicznego. Wiem coś o tym, bo
właśnie wtedy - w czasie prób „Kartoteki” - zacząłem w teatrze
pracować. Ogłosiłeś w foyer, że sztuka będzie po spektaklu objaśniona a
jej inscenizacja - dyskutowana. Aktorzy wychodzili więc w strojach
cywilnych, siadali sobie prywatnie na stopniach proscenium albo wśród
widzów, a ja opowiadałem o awangardzie teatralnej lat pięćdziesiątych,
twórczości dramaturgicznej Różewicza, materii sztuki i - co właśnie
było najtrudniejsze do zrozumienia - o jej konstrukcji i teatralizacji.
Potem była przerwa i dyskusja o spektaklu. Najczęściej - była to
rozmowa o życiu, o tym, jakie ono jest i może być. Ale, że na spektakle
przychodziła młodzież licealna, która miała „Kartotekę” na liście
lektur fakultatywnych - dzieliliśmy się również wiadomościami
przydatnymi w szkole. Przydatnymi również do tego, i na tym polegał ów
zabieg socjotechniczny, żeby jakimś pytaniem z tej materii móc wprawić
w zakłopotanie nauczyciela... I oto, co się działo: nauczyciele, którzy
na normalnych spektaklach lalkowych siedzą zwykle w foyer, paląc i
gwarząc sobie półgłosem o sobie - tutaj byli wcale licznymi i bardzo
uważnymi spektatorami. Więcej - byli aktywnymi uczestnikami dyskusji.
Owszem,
aktywnymi. Niekiedy tak bardzo, że wynikały z tego incydenty. Pamiętasz
swoją opowieść o marynarzu płynącym do Singapuru?... Było tak. Po
spektaklu wstała purpurowa z oburzenia polonistka i oznajmiła: „ Ja
protestuję!!! Nie po to przychodzimy do teatru, żeby oglądać tu
niemoralne sytuacje i słuchać ulicznych, niemoralnych słów. Teatr ma
pielęgnować obyczaje i piękno języka polskiego! Bo jeśli nie, to nie
będzie nam potrzebny!”.
Odpowiedziałeś mniej więcej tak: teatr oczywiście chce być świątynią
moralności i piękna, a teatr lalkowy czyni dla tego celu szczególnie
dużo. Ale nie może zamykać okien, by całkowicie odizolować się od gwaru
ulicy, stamtąd zaś wpadają do sztuki różne słowa. Nie należy jednak
podejrzewać każdego niemiłego nam słowa o niemoralne znaczenie. Może o
tym zaświadczyć sprawozdanie marynarza z rejsu do Singapuru.
Relacjonował on tak: wypłynęliśmy, kurwa, z Gdyni, a tu, kurwa, sztorm,
potem sztorm za sztormem aż do Singapuru. Ale warto było dopłynąć, bo
tam miasto, kurwa, nie do pojęcia, świateł, kurwa, a świateł, w
światłach latarnie, a pod latarniami stoją - panienki lekkich
obyczajów! Tak więc uliczne słowo rozpoczynające się na literę „k” nie
oznacza w tym sprawozdaniu kobiety sprzedajnej, ani nawet kobiety o
nieustabilizowanym życiu seksualnym; jest tylko pomocne w narracji,
posiłkowe, takie, jak kiedyś „panie dziejku” lub „mocium panie”, znane
nam z dostojnych realizacji fredrowskich.
Skutek
tej perswazji był zaś następujący: przyszła do mnie delegatka
nauczycieli z postulatem organizacyjnym, żeby zrobić spektakl tylko dla
nich, bez udziału młodzieży, bo młodzież skrycie chichocze, zamknięty,
ale z pełną prelekcją i możliwością zadawania pytań.
Potem SCENA DLA DOROSŁYCH zmieniła się, bo pojawiła się tam nowa generacja realizatorów. Kto?
Wojciech
Szelachowski, który w 1984 roku wyreżyserował tu swój scenariusz „ Pan
Fajnacki”... Piotr Tomaszuk, który w 1987 roku zainscenizował prozę
Morcinka „ O Medyku Feliksie, co był Śmierci chrześniakiem”, a
inscenizacja ta, prezentowana u nas, ale i gościnnie w Hiszpanii,
otrzymała pierwsze nagrody, za reżyserię, scenografię i muzykę, a także
zespołową nagrodę aktorską, na Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Lalek w
Opolu... Tadeusz Słobodzianek, który wystawił u nas Białoszewskiego
„Osmęduszy”, Calderona „Wielki Teatr Świata” oraz swoją „ Historię o
biedaku i osiołku”... I znowu Piotr Tomaszuk, reżyserujący na naszej
scenie Mrożka „Polowanie na lisa”, nagrodzone potem na wrocławskim
Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych. Tutaj także odbyła się
prapremiera jego autorskiego „Turlajgroszka”, który później,
reinscenizowany w Wierszalinie, stał się spektaklem tak obficie i
prestiżowo nagradzanym, a szerszej publiczności udostępnionym przez
telewizję.
Jana Wilkowskiego „Dekameron 85”, zrealizowany w 1986 roku, przywrócił temu wybitnemu twórcy, inscenizatorowi niegdysiejszego „Zwyrtały”, traconą z latami reputację artysty „dla wszystkich” - nie tylko dla dzieci. A Twoja inscenizacja tekstu Wasilija Szukszyna „Nim zapieje trzeci kur...” zrobiła na mnie w 1983 roku tak duże wrażenie, że po jej obejrzeniu powiedziałem Ci, że jest najważniejszą w Twej biografii artystycznej, i, nawiasem mówiąc, nadal mi się ona taką wydaje.





