AICT Polska

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

"Ubu król", czyli trzej obrazoburcy w Warszawie

Email Drukuj
Kiedy pisałem tę operę, wydawało mi się, że piszę dzieło aktualne. Dzisiaj widzę, że po 10 latach ona jest jeszcze bardziej aktualna. Tak skwitował Krzysztof Penderecki swoje dzieło - operę „Król Ubu" - po premierze w warszawskim Teatrze Wielkim, przedstawieniu w 70 rocznicę urodzin kompozytora i 50-lecie jego pracy artystycznej. Sądząc z tych słów - świat się cofa, gdyż dzieło 15-letniego Jarry’ego, autora sztuki, na kanwie której Krzysztof Penderecki (i nie on jeden) napisał operę, powstało w 1888 r. I zamiast dziś trącić myszką - jest coraz bardziej aktualne! Paradoks? Co takiego zawarł Jarry w owym sztubackim utworze, że od ponad 120 lat wywołuje niezmiennie wrażenie, że autor opisuje współczesność każdej epoki? Wszak minęły, co najmniej 4 pokolenia śmiejące się gorzkim śmiechem przeglądając się w lustrze podsuniętym nam przez Jarry’ego! Wygląda na to, że tajemnica popularności dzieła tkwi w Gogolowskiej mądrości wyrażonej słowami Horodniczego: Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!
Kiedy po 41 latach od premiery sztuki ukazało się jej polskie wydanie, jego tłumacz, Tadeusz Boy-Żeleński zauważył, iż zawiera kontrast między wielkością dziejów, a pospolitością tych, którzy je nieraz tworzą. Alboż nie było na tronach przygłupów, wariatów, lub też zabijaków węszących za krwią na prawo i lewo? Ubu to władza, która zgłupiała. A ponieważ polityka obchodzi każdego z nas prawie tak samo jak medycyna, nic dziwnego, że budzi namiętności - nawet, jeśli jest to tylko (?) teatr.

Satyra literacka

Libretto sztuki jest banalne: oto w jednej (kobiecej) głowie lęgnie się zupełnie abstrakcyjny pomysł, aby obalić istniejącą władzę (króla) i przejąć rządy (analogia do „Makbeta"). Wyłącznie dla chęci zysku i zaspokojenia swoich ambicji. Pomysł wydawałoby się idiotyczny, absurdalny i bez szans powodzenia. Ale żyjemy w takim świecie (i nie dotyczy to tylko postmodernizmu - wszak sztuka powstała w 1888 r.!), że każdy, nawet najbardziej absurdalny pomysł można wcielić w życie. Tak się też i dzieje: idee, odpowiedzialność za państwo, przestają się liczyć, zwycięża chamstwo, bezideowość, pazerność, awanturnictwo i wszelkie inne paskudne cechy człowiecze. Nie wierzycie, że to możliwe, że tak się może dziać tu i teraz? To popatrzcie wokół siebie - mówi i autor sztuki, i każdy z reżyserów, którego to dzieło zafrapowało. Nie ma żadnych zasad, autorytetów, żadnych konwencji - pokazuje Jarry nie tylko w treści „Króla Ubu", ale i w jego dramatycznej i teatralnej formie.
Ale pamiętajmy, że w czasach Jarry’ego nikomu jeszcze nie śniła się taka awangarda. Prawie do końca XIX w. w Europie teatry grały głównie pompatyczną klasykę, wiele melodramatów, fars, komedii i wodewili. Teatr przez pewien czas jakby nie zauważał nadejścia nowych czasów, wieku pary i elektryczności, epoki industrialnej, w której przewartościować trzeba było wszystko: ideologie, obyczaje, stosunki społeczne, technologie. Malarze mieli już swój impresjonizm, literaci - naturalizm, teatr - wkraczał dopiero w wiek modernizmu ze „sztukami brutalnymi", m.in. dramatami Ibsena. Taką „brutalną sztuką" stał się także „Król Ubu albo Polacy" („Ubu roi ou les Polonais") wystawiony w Théâtre de l’Oeuvre 10.12.1896 r. I napisany zgodnie z manifestem ówczesnych twórców: w dramacie musi być pokazana natura człowieka, owa „bestia ludzka" oraz społeczeństwo z całą jego brzydotą i zgnilizną, we wszystkich aspektach egzystencji. Czy taki dojrzały manifest mogło świadomie przetworzyć w sztukę dziecko bohemy, lubujące się w absyncie i głupich dowcipach, jakim był 15-letni Jarry? Wątpliwe, zwłaszcza, jeśli się weźmie pod uwagę, że „Ubu" był początkowo szkolnym żartem wymierzonym w nielubianego nauczyciela Jarry’ego, Héberta. Niemniej i mimo to, Jarry napisał satyrę na francuską burżuazję, jej chciwość i żądzę władzy, a jego sztuka dała początek nowym prądom teatralnym: dadaizmowi, surrealizmowi. A także teatrowi absurdu.

Satyra muzyczna

Tym burzącym ustalone normy i konwencje tropem idzie też kompozytor opery stworzonej na kanwie sztuki, Krzysztof Penderecki. Traktuje - jak sam mówi - swoje dzieło prześmiewczo. Tak, jak dla Jarry’ego nie było żadnych autorytetów, tak i dla mnie nie było żadnych świętości. /.../ Kpię z klasyków, ale i z samego siebie. /.../ Wyśmiewam się z całej muzyki awangardowej. Żongluję konwencjami. Sięgnąłem pełną garścią do historii opery i nie tylko opery. Błazenada Jarry’ego zostaje tym samym wzmocniona błazenadą muzyczną, w której wytrawny słuchacz dostrzeże i ślady (acz nie cytaty) Haendla, i Rossiniego, Verdiego, Wagnera (m.in. motyw wędrówki bandy Ubu „Heja hej" przywołujący pieśń żeglarzy z „Holendra tułacza"), Strawińskiego, czy songów Kurta Weilla (piosenka o wymóżdżaniu). Jednym słowem: postmodernizm, czyli chaos, ale i pragnienie zabawy konwencjami, technikami.
Zabawa kompozytora z utworem Jarry’ego polega nie tylko na miszmaszu stylów i technik, ale i przekornym przeciwstawieniu formy muzycznej treści poszczególnych scen. Np. makbetowska scena namawiania przez Ubicę króla Ubu do zbrodni ma odpowiednik w walcu. Nie brakuje też kpiny z utartych stereotypów kulturowych i artystycznych: bitwie Polaków z Rosjanami towarzyszy fuga, dwór króla Wacława opisany jest polonezem, a synowie króla (dzieci!- choć duże...) śpiewają sopranem. Nie mówiąc już o pieśni armii rosyjskiej, do złudzenia przypominającej repertuar i wykonanie słynnego chóru Aleksandrowa. Jednym słowem - wielkie poczucie humoru, kpina ze stereotypów, wyświechtanych poglądów estetycznych, i ...duża zabawa.

Satyra inscenizacyjna

Dziełem dyryguje Jacek Kaspszyk. Reżyser, Krzysztof Warlikowski, znany bardziej z dramatu niż z opery, wraz ze scenografką, Małgorzatą Szczęśniak i reżyserką świateł, Felice Ross, stworzyli dzieło na wskroś aktualne. Z założenia odpowiadające drugiej części tytułu sztuki Jarry’ego, czyli odnoszące się do Polski (która w owych czasach nie istniała). W dodatku Polski tu i teraz. Nie ma w nim miejsca na metaforę, wszystko jest jasno wyłożone, bez niedomówień. Mamy więc mieszczański dom AD 2003, czyli mieszkanie w bloku z wersalką, nad nią - zawieszony oleodruk „Chrystus w łodzi", obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, stół przykryty kolorową ceratą, stale włączony telewizor, małą łazienkę i sąsiadów w dresach. Czyli serial „Kiepscy". Prawie dosłownie, bo całość tego salonu - niczym w reality show - jest filmowana. Jest też sala sejmowa (ale bez krzyża!), tradycyjna polska gościnność (czyli obfitość potraw prowadząca do niestrawności) i jako jedyna - metaforycznie przedstawiona wojna polsko - rosyjska (znakomity pomysł z kulkami papieru, stolikami i komputerami), w której reżyser obśmiewa stare i niestety, nieprzemijające stereotypy Polaków i Rosjan.
W tej scenografii - nawiązującej formą do wystawionej w 1929 r. w Dreźnie „Opery za trzy grosze" w scenografii Ernsta Preussera - będącej montażem relikwii mieszczaństwa - wszystko jest groteskowe i... jakże prawdziwe. Ta prawdziwość, aktualność obyczajowa, społeczna i polityczna inscenizacji warszawskiej może jednak obrócić się przeciw niej. Bo choć chamstwo, prymityw, tupet i inne cechy „ludzkiej bestii" są ponadczasowe, to już za jakiś czas król Ubu w krawacie w skośne paski może nie wywoływać żadnych skojarzeń, podobnie jak Ubica z „nerwikami w oczach", czy hrabia Starachowic, nie wspominając już o aluzji do losów kompozytora (Słyszałem więcej, wracam wprost z Krakowa: że urzędnicy potracili głowy, albo, że tam na wielkich ludzi robią polowania) - bo o aktualność postarali się także autorzy libretta. Ta doraźność (m.in. wyświetlanie czołówki programu telewizyjnego „997", cheerleaderki, etc.) jest zabawna, ale ryzykowna w przypadku każdego dzieła sztuki. Zwykle z czasem traci ono swoje atuty, o czym publiczność Teatru Wielkiego mogła się przekonać kilka lat temu na przykładzie baletu „Dziadek do orzechów" w choreografii Andrzeja Glegolskiego. Dziś ten spektakl byłby zupełnie nieczytelny. Nadanie ponadto utworowi charakteru publicystycznego, osadzonego w lokalnych realiach (tytuł odnoszący się do Polski trzeba jednak traktować metaforycznie, bo nie tylko u nas Król Ubu jest „ciągle żywy") rozmywa jego głębszą treść, wymowę filozoficzną. Możliwe, że takiego losu unikną inne realizacje tej sztuki, jakie pojawiły się ostatnio: film Piotra Szulkina, który według reżysera ma być komentarzem świata oraz francuska realizacja z Opery Komicznej, dzieło kompozytora Vincenta Bouchata do skróconej wersji „Króla Ubu", opracowanej dla teatru marionetek (Jarry napisał cztery wersje „Ubu Rex"). Ta ostatnia, z muzyką o charakterze heterogenicznym, ma nawiązywać do tradycji wielkiej opery (oraz XIX-wiecznej operetki) i parodiować Verdiowskiego „Makbeta". Popularność „Ubu króla" (obecnie wystawiany jest także w operze w Taszkiencie), któremu historia dopisuje ciągle nowe znaczenia, skłania jednak do smutnej refleksji: niedaleko odeszliśmy od tego, z czym walczyliśmy przez ostatnie ponad sto lat. Pazerność, chciwość, mieszczański kołtun, prymityw, stereotypy - to cechy, które będą piętnować i wyśmiewać artyści niejednego jeszcze pokolenia. Także kompozytorzy, choć Krzysztof Penderecki wyraźnie odżegnał się od takiej postawy: Kiedyś wierzyłem w sens angażowania się artysty w naprawę świata/.../ Teraz zupełnie w to nie wierzę. Nie uważam, żeby można było naprawić cokolwiek, uzdrowić człowieka, czy go zmienić poprzez obcowanie ze sztuką./.../ Ciągła aktualność „Króla Ubu", niestety, potwierdzałaby prawdziwość poglądów kompozytora. Na szczęście, nie wszyscy artyści tak uważają!

Anna Leszkowska

PS. Warszawski Teatr Wielki, niestety, także nie wierzy w siłę sprawczą sztuki, ani w powodzenie wystawianych oper. Przedstawienie „Króla Ubu" w ciągu trzech miesięcy (premiera 2.10.03.) grane było tylko trzy (sic!) razy, co stawia pod znakiem zapytania sens zachęcania czytelników do obejrzenia opery i posłuchania dobrych głosów, jakie nadają dziełu dodatkowego blasku. Anna Lubańska (Matka Ubu), Izabella Kłosińska (Królowa Rozamunda), Paweł Wunder (Ojciec Ubu), Józef Frakstein (Król Wacław), Mieczysław Milun (Car) - śpiewem i aktorstwem dodali blasku premierze, podobnie jak i pozostali śpiewacy (obsada Króla Ubu liczy 20 solistów, oprócz nich - chór i balet, nie licząc orkiestry). A swoją drogą: czy opłaca się wystawiać kosztowne dzieło operowe tylko kilka razy w sezonie?


Poprawiony: czwartek, 23 września 2004 20:13