Teatr na Woli od kilku lat organizuje wiosną przegląd „Małych sztuk z
wielkimi aktorami". To dzięki niemu przyjechała do nas z Krakowa Danuta
Michałowska.
Historia nie dała nigdy Warszawie szans, by tę gwiazdę Teatru
Rapsodycznego lepiej poznać. Należę już chyba do nielicznych, którzy
mogli oglądać „Eugeniusza Oniegina", kiedy źle widziany przez ówczesne
władze zespół Mieczysława Kotlarczyka zjechał tu na Festiwal Sztuk
Radzieckich, w roku bodajże 1949. Zapamiętałem, że prezentowali
drażniąco inny rodzaj mówienia wiersza, niźli ten, którego nas uczyli w
szkole teatralnej Wyrzykowski z Kreczmarem. W tej swojej inności
wydawał się on aż manieryczny. Dziś 80-letnia Michałowska zachwyca
prostotą wypowiadanych fraz. Wtedy zdobyła nagrodę za Puszkinowską
Tatianę, teraz przygotowała dwugodzinną opowieść o prototypie swej
bohaterki, tj. o księżnej Marii Wołkońskiej. Przez 28 lat ta piękna i
młoda kobieta towarzyszyła dobrowolnie mężowi - dekabryście na
syberyjskiej katordze. I tam przeżyła miłość życia do innego mężczyzny.
Obie sytuacje ekstremalne - dla Wołkońskiej obie zdają się być czymś
naturalnym. Pogodzona z przeznaczeniem, czy podejmująca z nim grę? - to
pytanie staje się dla Michałowskiej leitmotivem całej
monodramy.<br> Jej Maria nie ma w sobie nic z poetyczności
Tatiany. Opanowana, rzeczowa. Jeśli ciut egzaltowana, to w granicach
stylu epoki. Głos podnosi w ciągu tych dwóch godzin zaledwie raz -
relacjonując dawny spór, jak to mąż nie akceptował wyboru narzeczonego
dla córki, o której nie wiedział, że nie jest jego dzieckiem. Miało
się, zresztą, okazać, że narzeczony to szuja. Ech! Wszystko tu ociera
się o melodramat. Wszystko! Nawet opis codziennego życia na zesłaniu.
Tyle, że Michałowska nie gra melodramatu. Co więcej - ona w ogóle nie
gra! Ona streszcza nam życiorys swojej bohaterki. I oto staje się cud:
widownia słucha tej monotonnej chwilami opowieści w przejmującej ciszy.
Czeka na odpowiedź, której zresztą nie otrzymuje...<br> Ja
również nie umiem odpowiedzieć sobie na inne z nasuwających się pytań:
czy charyzmatyczny kunszt Danuty Michałowskiej jest echem magicznych
doświadczeń legendarnego zespołu, o którym dzisiejsi krytycy wiedzą już
tylko, że to tam uczył się sztuki władania słowem Karol Wojtyła? Nie
umiem, nie wiem. Wiem, że przez dwie godziny odbyłem dzięki
Michałowskiej podróż w czasie. Do teatru, jakiego dziś nie ma...





