Off-teatr w Powszechnym
Sztuka Krzysztofa Bizia, Porozmawiajmy o życiu i śmierci,
pokazywana właśnie na mikroskopijne małej nowej scenie warszawskiego
Teatru Powszechnego, w tzw. Garażu Poffszechnym, to dramatyczne wołanie
o porozumienie, o rozmowę, zawarte już przecież w tytule.
Dramat wcześniej trafił do Teatru TV, gdzie swoją wersję przedstawiła Krystyna Janda (recenzję pióra młodej laureatki konkusu na recenzję publikujemy w nr. 1 Yoricka),
inkrustując spektakl scenami z widowiska pasyjnego - w ten sposób
wzmocniła metafizyczny sens utworu, opowiadającego o Golgocie
codzienności, którą przechodzi każdy człowiek albo z wyboru innych,
albo z własnego wyboru.
Spektakl w Poffszechnym zamierzony został o
wiele skromniej - już sama przestrzeń gry, którą jest salka byłej
pracowni krawieckiej na zapleczu teatru, gdzie aktor niemal fizycznie
obcuje z widzem, stwarza specyficzną sytuację. Z jednej strony zmusza
aktorów do niezwykłej koncentracji, każdy bowiem najmniejszy fałsz nie
ujdzie uwadze widza, z drugie strony stawia widza w mniej bezpiecznej
sytuacji niż na dużej widowni. Tutaj mieści się najwyżej czterdziestu
obserwatorów, postawionych w roli uczestników telefonicznej
psychodramy. Przecież niemal każdy z nich (tj. z nas) ma w kieszeni
telefon komórkowy.
Bohaterowie, nawet pozbawieni imion (Czerwona,
Niebieski i Biały), bo poniekąd identyczni i dlatego tak dla siebie
nawzajem nie do zniesienia, prawie nie komunikują się ze sobą,
wymieniając zdawkowe informacje. Wiele czasu natomiast spędzają na
rozmowach, a raczej monologach telefonicznych ze swoimi znajomymi -
wygląda na to, że to ich jedyny kontakt ze światem, w którym czują się
obco, nie na swoim miejscu. Bizio negliżuje ich skłamane życie, w
którym miłość zastąpił blady cień rutyny, a wszelkie uczucia ich wątły
ślad.
W spektaklu Tomasza Mana
poszczególne sceny - sekwencje rozmów telefonicznych, z których
dowiadujemy się, kim są, jakie mają pragnienia i co przeżywają
członkowie pozornie nadal istniejącej rodziny - dzielą przemarsze
matki, ojca i syna, którzy plączą się po korytarzu mieszkania niczym
doświadczalne zwierzęta w labiryncie. Mijają się bez słowa jak ludzie
sobie obcy, czasem tylko przystają, aby wymienić niewiele znaczące
komunikaty: Masz coś do mnie? I wznawiają marszrutę. Te „przemarsze” z
towarzyszeniem niepokojącej, hałaśliwej muzyki demonstrują ich obcość i
przerażającą samotność, o której tyle rozprawiają w rozmowach
telefonicznych. Czerwona (Ewa Dałkowska) szuka spełnienia w przypadkowej, występnej miłości, Niebieski (Kazimierz Wysota) jałowość życia daremnie próbuje maskować orgietką, Biały (Krzysztof Szczerbiński)
ucieka od odpowiedzialności, snując nierealne plany na przyszłość.
Wszyscy są więźniami zużytych ideałów wielkiej konsumpcji.
Skonfrontowani ze śmiercią, dostrzegają pustkę wokół siebie i moralną
katastrofę, której odwrócić już nie sposób.
Aktorzy grają jak
natchnieni. Zwłaszcza Ewa Dałkowska, żona wyzuta z małżeństwa, matka
wyzuta z macierzyństwa, dojmująco sama i bezradna. Kiedy na koniec już
wie, że jej życie okazało się pomyłką, z genialną intuicją,
uśmiechnięta na pozór rzuca swym mężczyznom w twarz: 20 zmarnowanych
lat!. Ten uśmiech boli mocniej niż krzyk czy uderzenia batem.
Trzeba koniecznie zajrzeć do Garażu, mimo że nie będzie to przyjemny
wieczór. Warto jednak przejść przez tę godzinę przestrogi przed życiem,
którego już nie da się złożyć do kupy.
Tomasz Miłkowski
Krzysztof Bizio, Porozmawiajmy o życiu i śmierci, reżyseria Tomasz Man, scenografia Magdalena Gajewska, muzyka Bracia K, Teatr Powszechny w Warszawie, Scena Garaż Poffszechny





