„Jubileusz” w Teatrze Druga Strefa to takie odsłanianie „bebechów”, tego, co chciałoby się przemilczeć, zatrzeć, zagubić, co wpisuje się w historię, ale tą niezbyt chlubną. Bardzo daleką od aureoli, więc odpychaną z odrazą, przyswajaną niechętnie i z wielkimi oporami.
Sztuka George`a Taboriego wpisuje się w różne konteksty Holocaustu. I w
różne jego obrazy. Nie jest ilustracją – tych znamy aż nadto. Nie jest
też rozpamiętywaniem i opisywaniem martyrologii – tej też odczuwamy już
nadmiar. Czym więc jest? Groteską. Groteską tego, co miażdżące
człowieka w swym okrucieństwie i okropieństwie, ale i wtopionego w nurt
życia, w którym miłość i przyjaźń sąsiaduje ze śmiercią, w którym
jubileusz może być jubileuszem zaszczytnym i haniebnym, w którym
Wszystko się dzieje niemal na jednej płaszczyźnie i miesza ze sobą w
jakimś chocholim tańcu życia. Ludzie w tym „widowisku” coś tam grają,
żyją życiem własnym i narzuconym przez okoliczności, odprawiają jakieś
„gusła” i „czary”, by powstrzymać uderzenie złego losu, wspinają się na
szczyty liryzmu i spadają na samo dno człowieczeństwa i upodlenia lub
po prostu są. Tylko tyle i aż tyle. Groteska wszystko wyostrza. A
osadzenie w specyficznym przez przypadek, ale jednak, rzeczywistym
kontekście te wyostrzenia czyni tym dramatyczniejszymi i wiele
mówiącymi.
Rzeczywistość osadziła „Jubileusz” Teatru Druga Strefa w dość
wyjątkowym klimacie. Otóż premiera odbyła się 28 maja 2006. Dziś już
nikt tego nie pamięta, ale był to dzień wizyty papieża Benedykta XVI w
Oświęcimiu. Był to też czas, w którym przygotowywana do druku książka
Jana Tomasza Grossa „Strach” stała się głośna i szeroko dyskutowana.
Przedstawienie Sylwestra Biragi wpisało się idealnie w ten kontekst. I,
co interesujące, od tego czasu nadal wpisuje się w inne, ale stale
próbujące zedrzeć patynę „świętości” z martyrologii II wojny. To znaczy
próbujące pokazać dwa oblicza, zapewne prawdziwe: to bohaterskie i
pełne poświęcenia, ratowanie życia drugiemu człowiekowi bez względu na
to, czy był on Żydem, Polakiem, Cyganem. I to nie przynoszące nikomu
zaszczytu, ale przecież istniejące, wypełnione donosicielstwem, walką o
przetrwanie za wszelką cenę itp. Nie uciekniemy od tego obrazu, bo
przecież jest to obraz zwyczajny. Ludzki. Nie ma samych bohaterów, jak
nie ma samych złoczyńców.
Sylwester Biraga, reżyser przedstawienia, poszedł tu trop w trop za
tekstem i tym, co ten tekst niesie. Na szczęście, instynkt teatralny
uratował go przed ilustracyjnością, płaskością i jednowymiarowością,
deklaratywnością, stereotypem. Groteskę literacką, w niektórych
momentach wręcz z maestrią (dzięki aktorom), przełożył na groteskę
teatralną. Stworzył spektakl nie tylko o czymś istotnym, ale
poruszający dramatyzmem stricte teatralnym, uzyskanym artystycznymi
środkami. Można mu zarzucić pewne nad-domówienia, dopowiedzenia takie
do końca, aż do bólu, ale... No, takie, że właśnie już tego bólu w tym
nie ma. Można mu zarzucić pewien naturalizm, który nie wznosi się w ów
nad-naturalizm, ale pozostaje naturalistycznym obrazem. Są to jednak
jedynie momenty. Może nie do końca precyzyjnie przemyślane reżysersko i
aktorsko, ale umiejętnie skontrastowane z ową wspomnianą groteskowością
ujęcia problemu. Bo tu groteską jest śmierć i zniewolenie, groteską są
różne pojawiające się jak leitmotiv jubileusze, groteską jest miłość,
zdrada, nadzieja, wreszcie Holocaust i komory gazowe, obozowe apele i
orkiestry. Groteską, nie wyśmianiem, ośmieszeniem czy zminimalizowaniem
ich makabryczności.
Przez scenę nie-scenę w Teatrze Drugiej Strefy przepływają,
przechodzą, przesuwają się w jakimś dance macabre umarli, zamęczeni,
kochani i zakochani, pełni zwyczajnej żądzy i impotenci, rozpaczający
po stracie, cierpiący i umęczeni. Spektakl pokazał nam, że król,
człowiek jest nagi. Że przywdziewa maski – piękne, szlachetne i
wstrętne, a gdy się zedrze pozostaje nagi, bezbronny, chłonący wszystko
zmysłami. Gdy rozum śpi, budzą się demony. Ależ tak! Bo właśnie w
takich chwilach człowiek jest wydany na pastwę demonów.
Najróżniejszych. Nie zawsze tych najgorszych, nie zawsze tych
najlepszych. Drzemią one w każdym człowieku we wszystkich odcieniach
czerni, bieli i szarości. Gdzieś nad tym spektaklem, w teatralnej jego
przestrzeni zawisło pytanie o człowieka prawdziwego. I pozostało bez
jednoznacznej odpowiedzi. Niewypowiedziane zadrgało też pytanie o
ocenę. Tu też nie padła żadna odpowiedź, bo formułować oceny jest
bardzo łatwo, natomiast samemu przeżyć piekło, ból, cierpienie, miłość
– trudno. Tak samo trudno jest wyzwolić się z pewnego pancerza –
Gombrowicz nazwałby to Formą – codzienności. Tej codzienności, w której
egzystujemy w warunkach ekstremalnych, jak wojna czy obóz, i w
warunkach normalnych, zwyczajnego życia dzień po dniu. To, co określamy
życiem Emilia Krakowska nazywa, bardzo trafnie, żyćkiem. Poddani
codzienności fundujemy sobie „wewnętrzne codzienne umieranie”. Nawet
wtedy, gdy gonimy za coraz to nowymi doznaniami i przeżyciami, bo
chcemy ich namacalnie dotknąć. Co wobec tego jest tym prawdziwym
życiem? Kto i kiedy jest prawdziwym człowiekiem? Na te pytania widzowie
mają odpowiedzieć sobie sami. Przedstawienie stwarza ku temu świetne
podłoże słów, obrazów, myśli, refleksji. W nasyconej, chwilami
przesyconej, przestrzeni zawisa pytanie: czy tylko rozkosz i ból są
miarą, czy dowodem, pozostania wewnątrz żywym...? „Zbrodniarze wracają
zwykle na miejsce swoich zbrodni. Niekiedy także ich ofiary. Każde
życie ma swój początek, środek i koniec, choć niekoniecznie w tej
kolejności.” – pisze Georgy Tabori
Bardzo chłodna, powiedziałabym, reżyseria i scenografia Sylwestra
Biragi i dobre aktorstwo – poza tym, co już powiedziałam wyżej –
stanowią o sile tego przedstawienia. O sile tego teatru, bo „Jubileusz”
to coś więcej niż tylko spektakl zagrany w określonym dniu o określonej
porze. To teatr, w którym jako widzowie chcąc nie chcąc, uczestniczymy
ze wszystkimi tego konsekwencjami, czyli na tyle mocnego uderzenia w
naszą wrażliwość, że czujemy się porażeni własną człowieczą nagością.
Tego nie da się odbierać naskórkowo. Ani też wyłącznie intelektualnie.
To przedstawienie budzi nasze zmysły i nasze emocje z letargu. I
drażni, niepokoi, wścieka chwilami umysł. Dlatego jest teatrem.
Jak powiedziałam mocną stroną tego teatru jest aktorstwo. I po
mistrzowsku wręcz skomponowane i zagrane niektóre sceny (np. „koncert”
na szklaneczkach – możemy czasem takich szklankowych grajków spotkać
np. w Krakowie na ulicy Grodzkiej). Beata Bójko (Lotta) i Małgorzata
Charzewska (Mitzi, jej spastyczna siostrzenica) grają na dwóch
diapazonach. Lotta lekka i zwiewna w scenach niemalże miłosnych,
potrafi być twarda. Ale zawsze tkwi w niej nuta poezji, czegoś
pięknego, ulotnego, jakaś miekkość, kobiecość jakaś. I zawsze tkwi w
niej jakiś strach. Mitzi – inwalidka. Mimo swej kruchości potrafi z
pewną dozą, bardzo cieniutką, okrucieństwa zaprawionego przyjemnością
opowiadać o wieszanych dzieciach. To oblizanie wąskich warg, ten
leciusieńki, niemal niewidoczny, ledwie wyczuwalny uśmiech, gdy
ilustrując wieszanie dzieci obrywa lalce głowę, rączki, nóżki...
Pobrzmiewają tu echa sceny z „Córki Rasputina”... Obie role bardzo
ładnie poprowadzone, niekiedy ostre w rysunku jak brzytwa, niekiedy na
granicy... Groteski. Po prostu. I Arnold (David Foulkes). Zagubiony w
tym dance macabre umarłych – i żywych – muzyk. Taki oderwany, taki
unoszący się gdzieś w innej rzeczywistości, taki w innym świecie... To
jak jakaś fata morgana.
„Jubileusz” Teatru Druga Strefa był prezentowany na 62.
Międzynarodowym Festiwalu Avinion Off w 2007 i został tam uznany za
jeden z najciekawszych (w pierwszej piątce) spośród 860 spektakli. W
tym roku także Teatr Druga Strefa otrzymał zaproszenie na festiwal.
Sylwester Biraga wraz z zespołem współpracujących z nim aktorów
przygotowuje „Koniec Europy”. Premiera dobędzie się 15 lipca 2008 w
teatrze L`Entrepot w Awinionie.
Justyna Hofman - Wiśniewska
George Tabori, „Jubileusz”, przekład Jacek St. Buras, reżyseria i
scenografia: Sylwester Biraga, choreografia: Tatiana Kovalskaya,
światło i dźwięk: Anna Łysik. P 28, 29 maja 2006, Teatr Druga Strefa w
Warszawie.




