Mimo upływu lat „Bal u Salomona” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego nic nie stracił ze swej magii.
Mroczny bal, pełen tajemniczych zestawień obrazów, napisany nerwowym
ściegiem, w zawrotnym tempie wprowadza czytelnika w nastrój poetyckiego
upojenia. Tę właśnie cechę fantasmagoryjnego poematu Gałczyńskiego
wydobył Andrzej Pieczyński w swoim autorskim spektaklu, granym w foyer
warszawskiego Teatru Polskiego. Stworzył postać poety, którym włada
poetycka wizja, podanego swoim obrazom, ulegającego im tak dalece, że
aż przekracza to niebezpieczne granice psychicznego eksperymentu. Toteż
w tych natchnionych, a groźnych dla tożsamości chwilach, znajduje
wsparcie u boku żony (znakomita Ewa Domańska, jak zawsze krucha,
romantyczna i... zdecydowana). Pieczyńskiemu udaje się zawładnąć
widzami, początkowo dyskretnie, a potem już bez maski dyryguje
nastrojami, prowadzi niemal dialog spojrzeniem, gestem i słowami poety.
Tchnie z tego spotkania z poezją energia, a artyści zadziwiają swymi
umiejętnościami warsztatowymi. Crescendo tego spektaklu świetnie
podkreśla sugestywna muzyka Roberta Kanaana, uwydatniająca rytm i
trudną do zdefiniowania grozę obcowania z dziwnym, uwodzicielskim
światem zwidów, zwątpień i ironicznego nawiasu, w który te wizje bierze
poeta, a za nim aktorzy.
Tomasz Miłkowski
Konstanty Ildefons Gałczyński, „Bal u Salomona”, opracowanie tekstu i
reżyseria Andrzej Pieczyński, muzyka Robert Kanaan, ruch Monika
Leśko-Mikołajczyk, konsultacja scenograficzna Jarosław Kilian, Scena
Inicjatyw Aktorski, Teatr Polski w Warszawie




