Ślub, czyli wypisy z PRL
Niewiarygodne? A jednak... Andrzej Pawłowski najwyraźniej pozazdrościł swawolnym interpretatorom Szekspira i sam - znawca Gombrowicza wszak wyśmienity - postanowił wpisać w Gombrowiczowski Ślub krótki kurs historii PRL.
Tak tedy co i raz w tylnej części sceny pojawiają się zwisające niczym
makatki komiksowe obrazy, ilustrujące kolejne etapy powojennej
historii. Zaczyna się od „Trzy raz Tak”, a potem jawią się na
horyzoncie obrazki a to ludowej trzpiotki, a to robotnika z kielnią, a
to świecącej lampy (symbol UB), zakrwawione ręce, hasło „Solidność”
pisane „solidarycą”, haslo „BHP”, portret papieża, a nawet Wałęsy.
Jakby tego było mało na scenę wnoszony jest okrągły stół (wersja mini
tego historycznego), Ojciec-Król naśladuje sposób mówienia Gomułki, a
Pijak-ambasador przemawia z akcentem rosyjskim. Na koniec widzimy jak
złotówki wypychane są przez triumfujące euro, a całość spektaklu
wieńczy somnambuliczny przemarsz orszaku żałobnego w rytm Ody do radości.
Trudno zrozumieć, dlaczego Pawłowski na siłę Ślub
postanowił zamienić w propagandową czytankę, odzierając utwór z jego
warstwy intelektualnej, pozbawiając działania sceniczne sensu
ogólniejszego, ba, nawet tego, o czym ze swadą pisze w teatralnym
programie: Ślub to traktat o
sposobach poznawania rzeczywistości i sposobach konstruowania jej
obrazu w naszym poznającym umyśle”. Jeśli tak, to czemu reżyser
traktuje widzów jak idiotów? Czyżby nie wierzył, że widz potrafi bez
natrętnych protez dostrzec w Ślubie
nadal aktualne pytania o nasze miejsce w świecie i nasza
odpowiedzialność, za to, kim i jak w tym świecie jesteśmy? A może nie
wierzy, że aktorom bez wsparcia sztuczkami (a raczej bez odwracania
uwagi „pomysłami reżyserskimi”) nie uda się skupić na sobie uwagi
publiczności? Niepotrzebnie, bo zespół olsztyński radzi sobie dobrze z
tekstem Gombrowicza, potrafi wykazać się zespołowością, a na pierwszym
planie solidnie wykonują zadania aktorskie główni aktorzy dramatu
(zwłaszcza Artur Steranko jako Henryk i Joanna Fertacz - Matka). Olsztyński Ślub
miał szansę na przedstawienia porządnie skrojone, z czytelnym
przesłaniem, a stał się mętniactwem co najmniej wątpliwym - co
wspólnego z Gombrowiczem ma prześmiewanie „uniowstąpienia”, doprawdy
trudno pojąć. Niezależnie jednak od intencji reżysera, który ma za sobą
tyle udanych w przeszłości spektakli wedle Gombrowicza, osobliwie w
warszawskim Ateneum, tym razem zapomniał o przestrodze, której Ojciec
udziela Henrykowi: „Hendryk, odezwij się, ale na miłosierdzie Boże,
żebyś mondrze się odezwał...”
Tomasz Miłkowski
Witold Gombrowicz, Ślub,
inscenizacja i reżyseria Andrzej Pawłowski, scenografia Zbigniew Roman,
obrazy Marek Sobczyk, Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie





