Teatr Montownia

ul. Krakowskie Przedmieście 13 nr 262, 00-071 Warszawa,

telefon:+48 22 428 22 28

Dyrektor artystyczny: Rafał Rutkowski

www.teatrmontownia.pl

Teatr prywatny

 

Powstanie, dorobek i osobny charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... tego teatru sprawia, że jest czymś wyjątkowym na polskiej mapie teatralnej i nie daje się określić prostą definicją: zespół offowy, stowarzyszenie teatralne, teatr prywatny. Pouczające są nawet ich porażki – niepowodzeniem zakończyła się próba ustatkowania – własna siedziba w warszawskiej YMKA okazała się dla grupy ograniczeniem. Montownia sprawdza się jako zespół bezdomny.

Grają żywiołowo, ale powściągają ekspresję i podporządkowują się nadrzędnej idei widowiska. Kiedy kończyli Warszawską Akademię Teatralną (1995), nie czekali na swoją szansę na ławce rezerwowych w którymś z istniejących teatrów, ale powołali do życia własny teatr.

Jeszcze w szkole przygotowali spektakl w Kole Naukowym. Pod opieką Jarosława Gajewskiego powstawała Zabawa Sławomira Mrożka. Szkolne przedstawienie przyjęto entuzjastycznie, profesorowie i koledzy chwalili ich energię, zapał i odkrywcze pomysły. Zebrali nagrody na pokazach warsztatów szkolnych, pochlebne opinie recenzentów. Wtedy wpadli na pomysł, żeby założyć swój teatr. Nazwa narodziła się przypadkowo. Andrzej Łapicki udostępnił im magazyny Teatru Polskiego, żeby mieli gdzie próbować. Dowiedzieli się, że dawniej montowano tu samochody. Stanęło więc na tym, że i teatr nazywać się będzie Montownia.

Napisali Manifest Założycielski – wtedy było ich tylko trzech: Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki. Potem doszedł do nich Marcin Perchuć, a w poszczególnych projektach biorą udział zaproszone koleżanki i koledzy.

„Teatr Montownia

Trzech młodych absolwentów warszawskiej Akademii Teatralnej założyło swój teatr. Swój, czyli niezależny, ale współpracujący, czerpiący, a nie powielający, z charakterem lecz bez maniery. A nade wszystko radosny. Z szalonymi pomysłami i nieskrępowaną, młodzieńczą energią.

Jeszcze za studenckich czasów zrobiliśmy w Kole Naukowym „Zabawę” Sławomira Mrożka. Dostrzeżono nas wtedy, a nawet nagrodzono. I umożliwiono debiut(fr. début), pierwszy występ na scenie, estradzie bądź w... na profesjonalnej scenie Teatru Powszechnego. Stanisław Tym napisał specjalnie dla nas jednoaktowy „Skarb”.

Jest nas tylko trzech, przeto jesteśmy i reżyserami, i montażystami, stolarzami i scenografami, ale przede wszystkim – aktorami. Nie wszystko może idzie gładko – kłócimy się, denerwujemy na siebie, ale rozmawiamy ze sobą, gadamy z innymi, próbujemy. I przemy do przodu! Chcemy, bardzo chcemy, żeby nam się udało. I żeby nam nie odebrało(no) tego chcenia”.

Nic się nie zmieniło od powołania zespołu, ale żeby nie popaść w sztampę, pracowali z rozmaitymi reżyserami, którzy pomagali im odnajdywać nowe środki wyrazu. Toteż nie pozostawali jedynie – jak to napisali dawniej w manifeście – w nastroju radosnej zabawy, groteski, nieco zwariowanego dowcipu, który dość łatwo jednoczy publiczność i aktorów. Zmierzyli się z wieloma poważnymi utworami, m.in. z tragicznym pamfletem na młodych artystów, powieścią Zbigniewa Uniłowskiego Wspólny pokój (reż. Waldemar Śmigasiewicz, 1998). Autor adaptacji i reżyser, nie poprzestał na odtworzeniu atmosfery młodej cyganerii międzywojnia, uciekającej od trosk i nieudanego życia w alkohol. Stworzył spektakl o rozterkach duchowych współczesnych utalentowanych (i nie tylko utalentowanych) artystów, obijających się o ścianę niezrozumienia i obojętności. A także z trudem szukających wzajemnego zrozumienia, próbujących w miłości odnaleźć sens życia, choć zarazem porażonych poczuciem pustki. Tak właśnie budując portrety młodych artystów młodzi aktorzy ukazali czyhające niebezpieczeństwo roztrwonienia swego życia, łatwego zagubienia się w świecie pozorów i dwuznacznych sukcesów.

Grali bardzo dużo, pracowali intensywnie, po 20 i więcej spektakli w miesiącu. Niektóre przedstawienia szły świetnie, Zabawę grają nadal, także w angielskiej wersji językowej. Zanim osiedli na dwa sezony przy ul. Konopnickiej w Warszawie, przygotowali kilkanaście premier (m.in. Śpiew nocy letniej wg Szekspira, pod reżyserką ręką Macieja Wojtyszki, 1997, Niedoczyste wg Witkiewicza w reżyserii Jarosława Gajewskiego,1998, i Trans – Atlantyk w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza, 2000).

Montownia od początku była spółką cywilną, a więc i biznesem, podległym regułom rynku. Robili, co chcieli, ale ponosili ryzyko. Inwestowali swoje i zdobyte od sponsorów pieniądze. Przez wiele lat rolę sekretarki spełniał telefon komórkowy Adama Krawczuka, który zajmował się organizacją pracy. Okazało się, że ten model był bardziej odpowiedni dla grupy entuzjastów niż osiadłe życie we własnej siedzibie.

Recenzenci powitali ich pojawienie się bardzo życzliwie. Potem bywało rozmaicie, o Szelmostwach Skapena, które z takim powodzeniem grali, pisano, że brak spektaklowi idei nadrzędnej. Ale publiczność głosowała na nich nogami i widzowie płakali ze śmiechu. Aktorzy prześcigali się tutaj w tworzeniu przezabawnych duetów i kwartetów. Grali jednocześnie kochliwych synów i ich ojców. Wykorzystywali na dziesiątki sposobów potężną skrzynię, zmieniali sytuacje sceniczne jak rękawiczki, przeobrażali się z postaci w postać, nawiązując bezpośredni, bliski kontakt z publicznością. Zaproponowana przez nich zabawa graniczyła z komedią dell’arte, a młodzi aktorzy imponowali sprawnością fizyczną, żywiołowością, a zarazem dyscypliną w prowadzeniu akcji.

Nic więc dziwnego, że Maciej Wojtyszko, dobrze znający młodych aktorów, napisał o nich w miesięczniku „Maska”: „Każdy, kto się zetknął z MONTOWNIĄ w pracy, nie zapomni tego spotkania. Członkowie zespołu mają bowiem cechy, które nawet doświadczonym ludziom teatru każą patrzeć na nich z podziwem i sympatią. Po pierwsze – praca przynosi im radość. Zabierają się do niej z furią, ale i z maksymalnym oddaniem, z pokorą i cierpliwością. Po drugie – w sprawach zawodowych nie wierzą nikomu. Dopracowują jakąś scenę jeszcze długo po tym, gdy inni uznali ją za skończoną. Są twórczo niezadowoleni”.

Prawdziwym przebojem Montowni stał się Testosteron Andrzeja Saramonowicza w reżyserii Agnieszki Glińskiej (2002). Publiczność bawiła się na tym przedstawieniu świetnie, zarówno dzięki kwartetowi Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski (Pan Młody) i Maciej Wierzbicki, jak i zaproszonym do tego spektaklu Tomaszowi Karolakowi, Robertowi Więckiewiczowi i Krzysztofowi Stelmaszykowi.

Wbrew oczekiwaniom nowy rozdział swej egzystencji, w stałej siedzibie, zaczęła Montownia w tonacji serio, Ibsenowskim Peer Gyntem (2005), przełożonym na scenę przez Marka Pasiecznego. Ten spektakl Montowni stał się wzniosłą, choć nie pozbawioną ironii romantycznej, pieśnią o losie człowieka, miotanego rozmaitymi tęsknotami i urojeniami, o poezji, która potrzebna jest do życia jak powietrze, o miłości i sensie życia. W spektaklu, ułożonym do tekstu nowego, znakomitego tłumaczenia (Andrzej Krajewski – Bola) usłyszeć można echa Homera, Goethego i Hamsuna. Aktorzy Montowni zagrali ze swymi profesorami, Aleksandrą Górską (przejmującą jako Matka Peera) i Mariuszem Benoit (stary Peer, rola zasługująca na osobne studium).

Wkrótce Montownia dowiodła, że potrafi korzystać z walorów stałej sceny, która stawała się szybko oryginalnym ośrodkiem sztuki. Pełni energii artyści potrafili stworzyć wokół swego teatru ruch, obrastając licznymi występami gościnnymi: grała tu m.in. grupa Arteria, dając Sallingera, tu swoją warszawską premierę miała Historia przypadku Redbada Klynstry (współprodukcja Montowni), tu odbył się pokaz warsztatów muzycznych studentów warszawskiej Akademii Teatralnej (MP-3 pod opieką Mariusza Benoit). Tu wreszcie Montownia przygotowała premierę Lovv, sztukę szwedzkiego autora Stefana Lindberga (reż. Marek Pasieczny, 2006), przeznaczoną dla gimnazjalistów. W Polsce nikt o młodym widzu-gimnazjaliście już nie myśli – Montownia weszła na ten nie zaorany ugór, nie poprzestając na pokazywaniu spektaklu, ale także organizując dyskusje i warsztaty.

Kilka następnych przedstawień mogło zapowiadać dłuższy związek aktorów z obranym miejscem. Dobrze przyjęto premiery Wojny na piętrze Pavla Kohouta (reż. Paweł Aigner, 2006), czarną komedię z wieloma odniesieniami do sytuacji jednostki w społeczeństwie autorytarnym i Kamieni w kieszeniach Marie Jones (reż. Krzysztof Stelmaszczyk, 2007), opowieść o chłopaku z irlandzkiej prowincji, który zawiedziony światem, brakiem perspektyw i blichtrem kulturalnych błyskotek (świat filmu), popełnia samobójstwo – sztuka pasowała jak ulał do dyspozycji Rafała Rutkowskiego i Macieja Wierzbickiego, którzy grali tu wiele postaci bez wspomagania rekwizytów, charakteryzacjinadawanie twarzy aktora wyglądu zgodnego z założeniami in... czy innych dodatków. To ostatnia, miało się okazać, premiera Montowni przy Konopnickiej, która wziąwszy rozbrat z siedzibą w dawnym basenie rozpoczęła kolejny bezdomny okres, wiążąc się bliższą współpracą z Polonią Krystyny Jandy [porównaj: Teatr Polonia], ale realizując także spektakle samodzielne (m.in. Utwór sentymentalny na czterech aktorów, reż. Piotr Cieplak, 2008, Edmond Davida Mameta, reż. Krzysztof Stelmaszyk, 2009), wśród nich nowy gatunek – stand-up comedy, pokazywany pod szyldem Teatru Chłodnica w Klubokawiarni Chłodna 25: Stand-up (2009) i Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o teatrze, a boicie się zapytać (2010).