Pinkwart na czwartek: Banały

Na zbiorczym opakowaniu papieru toaletowego znalazłem napis paper for people. Papier produkowany jest w fabryce w Ciechanowie, gdzie muszą być zatrudnieni albo angliści, albo optymiści, wierzący w to, że za rządów PiS-u potrzeba znajomości języka angielskiego upowszechniła się do tego stopnia, iż ludzie ją ćwiczą nawet wtedy, gdy udają się za potrzebą. Trochę szokuje mnie banalność tej reklamy, bo o ile wiem, nie sprzedaje się jeszcze, zwłaszcza w zbiorczych opakowaniach, papieru toaletowego dla psów czy koni – choć widziałem szczeniaczka w pampersie, który jednak wyglądał na wykorzystany zastępczo pampers for children. Szczeniak nie wyglądał na zadowolonego i usilnie starał się pampersa pozbyć, co mu się zresztą szybko udało – pewno nie znał angielskiego i nie wiedział, że pamper to słowo, oznaczające rozpieszczanie.

To, że papier toaletowy jest dla ludzi to tzw. oczywista oczywistość, jak mawiał najpopularniejszy polski językoznawca, Jarosław Kaczyński. Bardziej banalna byłaby reklama paper for ass, co mogłoby nieco zniechęcać klientów, jeśli by potraktowali owo sformułowanie mniej dosłownie, a bardziej metaforycznie. Banały jednak pojawiają się nie tylko w reklamach, ale także w programach politycznych – najczęściej takich, które sprawdzają się przez pokolenia i to niezależnie od deklarowanych przesłanek ideowych. Niesłusznie przypisuje się obecnym władcom Polski inspiracje polityczne wywodzące się z czasów PRL-u, bo głębsza analiza pokazuje, że sięgnąć tu trzeba aż do czasów, gdy w sąsiedztwie zapanowali leninowscy bolszewicy. Oni zresztą też, wbrew nazwie, nie stanowili większości w społeczeństwie, tylko najgłośniej krzyczeli o tym, że reprezentują większość. Z czasem ukuto powiedzenie, że klasa robotnicza jada kawior ustami swoich przedstawicieli. To też przeszło w czasy współczesne – i bynajmniej nie mam na myśli konsumentów ośmiorniczek, które z kawiorem mają niewiele wspólnego, a już na pewno nie są równie ekskluzywne, bo kosztują koło 50 zł za kilo – no a pokażcie mi takiego działacza, który zjadłby kilo towaru, smakującego jak stary kalosz…

Trzy kardynalne zasady leninowskie stosowane są współcześnie w Polsce z dobrym – dla władzy – skutkiem. Oczywiście nie dosłownie, tylko z twórczą interpretacją. Na przykład zasada, że komunizm to władza rad plus elektryfikacja jest realizowana jako dobra zmiana to władza PiS plus telewizja. Druga zasada to stwierdzenie, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów rewolucji – czyli im dłużej rządzimy, tym bardziej winę za nasze złe rządy ponoszą nasi przeciwnicy. Słynne jest też leninowskie zdanie o kucharce rządzącej państwem, popularne w wersji całkowicie przeciwnej od rzeczywiście wypowiedzianego: otóż uważa się, że w okresie dyktatury proletariatu państwem rządzić może nawet kucharka – i tę zasadę obserwujemy współcześnie w krajach, w których władzę trzyma w garści jedna osoba, a w jej imieniu rządzą kompletni dyletanci. Tymczasem towarzysz Uljanow twierdził wręcz przeciwnie, pisząc: wiemy, że nie każdy robotnik, nie każda kucharka, z dnia na dzień będą potrafili rządzić państwem. W Polsce to nie ma zastosowania: robotnicy rządzą tylko podpalaniem opon przed Sejmem, a odkrycie towarzysko gastronomiczne Trybunałem Konstytucyjnym. W związku z owym rządzeniem praktycznie stosowana jest późniejsza zasada, sformułowana przez Józefa Stalina: o wszystkim decydują kadry. Nie chodzi naturalnie o to, że są to kadry wykształcone, kompetentne i kreatywne – kadry po prostu muszą być nasze, zaufane, wierne wodzowi i twórczo wykonujące jego polecenia, a w razie czego biorące na siebie odpowiedzialność za nieswoje decyzje. O tym, że na swoich kadrach można się mocno przejechać, przekonał się już Juliusz Cezar, widząc w ostatniej chwili życia błysk sztyletu w ręce swego przyjaciela Brutusa.

Teraz symbolem owej polityki kadrowej PiS-u stał się były wójt Pcimia Daniel Obajtek, na którego co i raz opozycja wynajduje jakieś haki i dziwi się, jak to możliwe, że człowiek dochodzi do majątku bez związku zarówno z przepisami prawa, jak i ze swoimi legalnymi dochodami, których osiągnięcie jest absolutnie niemożliwe dla tzw. normalnych ludzi. Dziwię się temu zdziwieniu. Przecież na początku kariery prezesa Orlenu było namaszczenie go przez Jarosława Kaczyńskiego nazwą Daniel „wszystko może” Obajtek. Cóż, zostało to potraktowane dosłownie i było jak widać nie tylko trafną oceną zasad jego postępowania, ale także profetyczną zapowiedzią woluntarystycznej kariery. Nasz człowiek, nasze kadry mogą wszystko, dokładniej – wolno im wszystko, a nasi ludzie w prokuraturze zadbają, żeby ewentualne kodeksowe niezgodności nie wyszły spod dywanu.

Spośród wielkiego mnóstwa banałów, które weszły do skarbnicy polskich przysłów chciałoby się zacytować na koniec powiedzenie o dzbanie, który nosi wodę dopóty, dopóki mu się ucho nie urwie, ale w epoce wodociągów nie ma to zastosowania, a słowo dzban coraz rzadziej używane jest na nazwanie wodonośnego naczynia, choć dzbanów wokół jest zatrzęsienie. Niestety patrząc na działania, a raczej wyłącznie słuchając gędziolenia bezpisankowej opozycji obawiam się, że w naszym przypadku rzeczywistość lepiej opisuje mniej banalne przysłowie: czekaj tatka latka, a kobyłę wilcy zjedzą. Ale spokojna głowa, kobyła padła w Janowie Podlaskim, a wilcy na wszelki wypadek zostaną odstrzeleni przez ministerstwo rolnictwa i niszczenia środowiska. Tak więc zostaje nam nadzieja, która jak wiadomo umiera ostatnia – więc umrze tuż po tym, jak umrzemy my wszyscy.

Nie, spokojnie: dzisiaj jest prima aprilis. Czyli po angielsku Fools’ Day, dzień głupków. Wszystkiego najlepszego dla kucharek, które rządzą naszym państwem.

Maciej Pinkwart, 1 kwietnia 2021

Dodaj komentarz