Spotkanie z Grażyną Barszczewską i Jerzym Trelą

Po dłuższej przerwie spowodowanej obostrzeniami, Małopolski Ogród Sztuki (Kraków, ul. Rajska 12) powraca do organizacji stacjonarnych spotkań z cyklu „Przywrócone arcydzieła”. Jest to autorski cykl krytyka Łukasza Maciejewskiego przypominającego najlepsze filmy polskie i ich twórców.

fot. mat. Filmu Polskiego

1 marca o godzinie 19.00 Łukasz Maciejewski zaprezentuje film Stanisława Różewicza „Anioł w szafie”. Po projekcji gospodarz spotkania zaprasza na rozmowę z odtwórcami głównych ról w filmie: Grażyną Barszczewską i Jerzym Trelą.

„Anioł w szafie” to film o odpowiedzialności, o obowiązkach wobec siebie i innych. W zwariowanym świecie, w którym żyjemy, trudno udawać, że nie widzi się groźnych zjawisk – w postawach ludzi, w stosunkach międzyludzkich. Więc film o sumieniu. O pamięci, bez której jesteśmy niczym. O strachach i lękach w nas i wokół nas” – mówił Stanisław Różewicz. Jego „Anioł w szafie”, nawiązujący formalnie do o trzy lata wcześniejszej „Kobiety w kapeluszu” jest filmem o nader skąpo zarysowanej fabule, pełnym przemieszanych planów czasowych, długich ujęć, niedopowiedzeń i aluzji. W okresie narastającej w Polsce popularności kina akcji mógł uchodzić za gest intelektualnej przekory wobec nowych mód, gubiących często to, co nadawało filmowi status arcydzieła. Nic dziwnego zatem, że utwór Różewicza przeszedł niemal bez echa – wśród publiczności, bo nie wśród krytyków. Ci dostrzegli w „Aniele w szafie” subtelne nawiązania do wybitnych dokonań światowej literatury i filmu. Pisano o aluzjach do „Upadku” Alberta Camusa, „Powiększenia” Antonioniego i „Blow Out” de Palmy. Różewiczowską filozofię cnoty, jako sprawności użytecznej tylko w relacjach międzyludzkich, wywodzono z personalizmu Mouniera i Maritaina. Część krytyków podkreślała także sugestywny, mroczny klimat filmu. Świat „Anioła w szafie” wypełniony jest przez niepewność i trwogę. Żyjących w nim ludzi trawią niepokoje dotyczące zarówno spraw aktualnych, jak i dawnych, pozornie zapomnianych, latami zagłuszanych gdzieś na dnie sumienia. Zwłaszcza te drugie, nagle i przypadkowo wydobyte z najciemniejszych zakamarków pamięci mogą w ułamku sekundy zachwiać pracowicie konstruowaną wewnętrzną równowagę.

Jan, filmowy realizator dźwięku, jest człowiekiem wrażliwym, zafascynowanym swoją pracą, rzetelnym, cieszącym się szacunkiem. Jego rezerwa wobec otoczenia wynika z pewnej tajemnicy, którą nosi w sobie. Przed laty, podczas nocy spędzonej z ukochaną Elżbietą, nie zareagował na krzyki mężczyzny wzywającego pomocy. W czasie nagrywania dźwięku do filmu słyszy w słuchawkach dziwne zakłócenia. Dla córki, Kasi, która wyjechała do Szwecji, przygotowuje taśmę z „głosami z kraju”. Na planie Janowi ginie mikrofon. Reżyser zwierza mu się ze swych niepokojów o prawdę w nakręconym filmie. Jan radzi mu, by słuchał swego wewnętrznego głosu. Własne wspomnienia powodują, że udaje się do psychiatry, który stwierdza u niego „tłumienie świadomości”. Żona Jana, Teresa, ma coraz większe kłopoty w pracy. Jan stara się odnaleźć Elżbietę. Od pani Olgi dowiaduje się, że po owej nocy, kiedy usłyszał głos wołającego go o pomoc, nieopodal znaleziono zabitego mężczyznę. Elżbieta wkrótce po tym wyjechała z miasteczka. Podczas prób odzyskania mikrofonu Jan zostaje dotkliwie pobity. O świcie Jan wychodzi z domu. Widzi Elżbietę w sukni Teresy. Jolę, dziewczynę, która chciała zagrać w filmie i prosiła go o protekcję, Myszkę, koleżankę żony, Kasię, a także panią Olgę, przechowującą w szafie figurkę anioła na swój grób. Natyka się na mężczyznę, któremu kiedyś nie udzielił pomocy. Następnego dnia Jan nagrywa „głosy miasta”. Widzi żonę, oglądającą się za siebie, nie zauważającą go i znikającą w podcieniach.

„Anioł w szafie” nie poddaje się jednoznacznej interpretacji. Niczym romantyczny dramat ma budowę otwartą. Niektórzy krytycy zarzucali mu nawet myślowe przekombinowanie i niespójność. Inni zaś dopatrywali się w „Aniele…” eleganckiego i bezlitosnego zarazem oskarżenia dookolnej rzeczywistości, pełnej trywialności, głupoty, beznadziei. Podkreślali Różewiczowską umiejętność budowania przenikliwych syntez współczesności z pozornie nieważnych i banalnych szczegółów codziennego życia. Komplementy zebrał też zespół aktorski. Zwłaszcza Jerzy Trela jako odtwórca roli Jana. Jego kreacja, oszczędna zarówno w emocjach, jak i słowach, skupia całą uwagę na wewnętrznym dramacie bohatera – jednostki skrytej, zamkniętej w sobie, cierpiącej.

Dodaj komentarz