Świat to nieprzyjazna lichota, w której centrum tkwi moje ego

Grzegorz Walczak o spektaklu „Metafizyka dwugłowego cielęcia” Stanisława I. Witkiewicza w Teatrze Witkacego w Zakopanem:

Teatr Witkacego w Zakopanem należy do tych nielicznych teatrów, które poważnie traktują swój niegdysiejszy wybór duchowego patrona artystycznego i nie posługują się jego imieniem jedynie pro forma. Teatr ten dość często odwołuje się do spuścizny Stanisława Ignacego Witkiewicza, tworząc swój oryginalny repertuar, naznaczony artystycznym piętnem Andrzeja Dziuka – twórcy i głównego reżysera zakopiańskiego teatru. „Metafizyka dwugłowego cielęcia” to wielce interesujący, pełen malarskich obrazów spektakl. Wiele scen mnie zachwyciło, szczególnie gęba Gubernatora (Krzysztof Najbor) i scena, kiedy Matka umiera (Dorota Ficoń). Witkacy jak zwykle kręci się wokół własnej osi, w rozmaity sposób dobierając się do samego siebie. Dziukowy Teatr jest szczególnie uwrażliwiony na to dobieranie się. Twórca spektaklu niby to wiernie podąża za autorem sztuki, ale ma jednocześnie świadomość, że dosłowność w odtwarzaniu partytury Mistrza mogłaby dzisiejszych odbiorców sprowadzić na manowce.

Sam nieźle zakręcony Mistrz Stanisław Ignacy też w swojej dynamicznej fantazji zakładał autorski dystans wobec materii własnej, w której autoironia, karykatura, deformacja, parodia, metaforyczna hiperbola były wpisane w stylistykę groteski, a w istocie w przewrotność filozoficznej, metafizycznej wizji świata. Witkacy świat przestawiony wywodził z siebie samego, ale nie tyle po to, by się lepiej określić, by się odnaleźć jakimś – jak pisał w sztuce – ale by w wyniku tego niełatwego, mozolnego i bolesnego odnalezienia się, utożsamienie się w tym świecie, zbuntować się przeciw niemu. Bunt to konieczny, choćby szelmowski, choćby pozorny, pozorny, bo bohater nie jest w stanie nic na serio, nic ostatecznie uczynić. Nawet śmierć okazuje się nieostateczna, nieprawdziwa, nic nierozwiązująca. Jest tylko grą, błazenadą, jednym z trików nieprawdziwego bycia (w jakimś sensie bliskie to tropom Gombrowiczowskim). Świat – to nieprzyjazna lichota, w której centrum tkwi moje ego – wydaje się do nas mówić Witkacy. Ale jest mus, żeby określić ten świat (i siebie wobec niego). Owo nie do wytrzymania środowisko – to osoby najbliższe, które się taplają we własnych małych skłonnościach, pragnieniach, niemożnościach, które się reduplikują, powtarzając swoje niejednoznaczne wobec siebie role (pozy): Syna, Ojca, Matki, Męża, Żony, ale i przeciwnie – redukują, czyli eliminują śmiertelnie. Ogólnie przekaz Witkacego jest nam od dawna znany, może nie do końca przetrawiony, może zbyt powierzchownie, mnie osobiście znacznie dziś bardziej odległy niż wtedy, kiedy się po raz pierwszy z nim zetknąłem. Owszem, sam teatr formy wydaje się wielce ponętny. Ale z nowatorską koncepcją w sztuce, np. teatralnej, podobnie jest jak z filozofią – nowa, intrygująca, po jakimś czasie obcowania z nią ulega leksykalizacji – jak mówią językoznawcy o automizujących się, tracących swoją etymologiczną przejrzystość formacjach słowotwórczych – traci świeżość. Z aprobatą przyglądamy się, jak pojawia się następna i ją przezwycięża. A potem znów chętnie powracamy do tej wcześniejszej, która się z czasem stała klasyczną, która skostniała w formie i oswojona, przyswojona już nas nie przeraża ani już tak nie dziwi. Jak wiadomo, gry formą (por. z dziełem Gombrowicza), rozumianą o wiele głębiej niż w sensie potocznym, wzbogaciły dramaturgię i w ogóle nowoczesną koncepcję artystycznego konstruowania świata przedstawionego czy to w księdze pisanej, czy to na scenie. Stanisław I. Witkiewicz odegrał w tym rolę prekursora, szczególnie jako kreator egocentrycznej konstrukcji świata zmysłowo-metafizycznej imaginacji. Andrzej Dziuk broni wizji Witkacego, broni jej przed naszymi nawykami, przed prostolinijnością psychologicznego realizmu. Lojalnie utrzymując Witkacowy koncept, żongluje sprawnie symbolami, znakami autora, niby kolorowymi klockami lub kalejdoskopową zmiennością obrazów. I w tym jest niewątpliwie mistrzem, mistrzem w przemyślnym, ekspresyjnym, a zarazem malowniczym czytaniu Witkacego. Z całą perwersją artystycznego zamysłu Andrzej Dziuk konsekwentnie wydobywa z materii sztuki wszystko to, co jest podszyte obsesyjną, autoironiczną magią Witkacego, a jest w tym i dystans, i tragi-humor groteskowej metafizyki rozbrykanego dwugłowego cielęcia. Spektakl to wyraźnie reżyserski, smakowite obrazy, wysublimowany humorystyczny zmysł szaleństwa, estetyka całości spójna i wyrazista. Warstwa muzyczna dobrana z pietyzmem, oryginalna i adekwatna do stylistyki obrazu scenicznego. Z tego typu materiałem na pewno nie każdy reżyser mógłby się zmierzyć z tak dobrym skutkiem.

Grzegorz Walczak

[Fot. N. Czarnecki/ Teatr im. Witkacego]

Dodaj komentarz