UZNANIE DLA TALERZA CIEPŁEJ ZUPY – ANDRZEJ BARAŃSKI I TADEUSZ RÓŻEWICZ

Łukasz Maciejewski o spektaklu Teatru TV „BADYLE” w reżyserii Andrzeja Barańskiego:

Wydarzenie w Teatrze Telewizji – „Badyle” w reżyserii Andrzeja Barańskiego, spektakl zrealizowany na podstawie opowiadań Tadeusza Różewicza „Ta stara cholera” i „Na placówce dyplomatycznej” oraz opowiadania Marka Gajdzińskiego „Matka jest jedna?”, nawiązuje do najlepszych osiągnięć sceny telewizyjnej.

Realizacja „Badyli” ma długą, bo ponad prawie dwudziestoletnią historię. W 2000 roku, Andrzej Barański, ceniony przede wszystkim jako mistrz polskiego kina (ale również autor wielu Teatrów Telewizji, filmów animowanych, dokumentalnych i telewizyjnych), zrealizował dla Teatru Telewizji „Moją córeczkę” na podstawie opowiadania Tadeusza Różewicza z 1964 roku. Spektakl z udziałem między innymi Jerzego Treli, Agaty Buzek i Zbigniewa Zapasiewicza, stał się dużym wydarzeniem, i dzisiaj stanowi klasykę telewizyjnego gatunku. Rok później, w 2001, Barański stworzył dla Teatru Telewizji adaptację dwóch opowiadań Różewicza, zaakceptowanych zresztą przez samego autora. Tytuł „Badyle” pochodzi również od Różewicza. Barański, jeden z najważniejszych polskich twórców, latami zabiegający o możliwość nakręcenia nowego filmu (ostatni, „Księstwo” według prozy Zbigniewa Masternaka, zrealizował dziewięć lat temu), na realizację „Badyli” musiał poczekać do 2020 roku.

„Badyle” to dopiero druga, dokonana przez Barańskiego, adaptacja prozy Różewicza – przez wiele lat monopol na adaptowanie sztuk, prozy i scenariuszy sławnego brata, miał w polskim kinie Stanisław Różewicz, który wyreżyserował wiele filmów na podstawie opowiadań i scenariuszy Tadeusza, m.in. „Świadectwo urodzenia”, „Głos z tamtego świata”, „Piekło i niebo”, czy „Opadły liście z drzew” – niemniej wieloletni wpływ twórczości i osobowości Tadeusza Różewicza na drogę artystyczną Andrzeja Barańskiego jest niezaprzeczalny. Późniejszy autor „Nad rzeką, której nie ma” poznał Różewicza już na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, był wówczas studentem Politechniki Śląskiej w Gliwicach, związanym ze Studenckim Teatrem Poezji „Step” – początkowo jako autor plakatów, następnie scenograf, w końcu zaś główny dramaturg teatru. Opiekunem artystycznym „Stepu” był właśnie Tadeusz Różewicz. Młodzi artyści, do których należał również w tym czasie Wojciech Pszoniak – charyzmatyczny, marzący o aktorstwie laborant w Instytucie Materiałów Budowlanych na Politechnice i twórca kabaretu „Czerwona żyrafa”, a także Mariusz Walter, szef studenckiego radiowęzła, spotykali się z Tadeuszem Różewiczem w domu pisarza, autor „Kartoteki” pojawiał się również na próbach i premierach. To właśnie w „Stepie” odbyły się światowe prapremiery kilku dramatów pisarza.

W wywiadzie-rzece z Piotrem Mareckim, Andrzej Barański wspominał: „Znajomość z panem Tadeuszem to mój najważniejszy uniwersytet. Maksym Gorki opisał „Moje uniwersytety”. Mnie trudno byłoby wymienić inny niż ten gliwicki. (…) Znajomość z panem Tadeuszem dała mi coś ważnego – zaakceptowałem siebie. (…) Pan Tadeusz przychodził na nasze przedstawienia. Zaśmiewał się z popisów aktorskich Wojtka Pszoniaka, który wspaniale improwizował. Repertuar naszego teatru był rozległy: dramat – głównie sztuki Tadeusza Różewicza, teatr poezji, widowiska kabaretowe, eksperymentalne, blekauty z pantomimą”.

Sam Barański uczestniczył wówczas w przygotowaniu i wystawieniu kilku sztuk Różewicza w reżyserii Jana Klemensa – „Świadków albo naszej małej stabilizacji”, „Spaghetti i miecza” czy „Wyszedł z domu”.

„Ten nasz teatr – dziś chyba nie do pomyślenia – gromadził olbrzymią widownię. Na sali kinowej, gdzie wystawialiśmy nasze spektakle, było ponad pięćset miejsc, a zawsze była nabita” – podkreślał reżyser w rozmowie z Magdaleną Sendecką.

W teatrze „Step”, podobnie jak w innych teatrach studenckich, cieszących się wówczas wyjątkową estymą i promowanych przez koryfeuszy rodzimej krytyki w rodzaju Andrzeja Wirtha czy Konstantego Puzyny, królował teatr absurdu. Wystawiano Mrożka, sztuki Ionesco, Becketta. Różewicz był inny, psychologicznie pogłębiony. Barański, który sam wówczas pisał doceniane w kraju dramaty1, twierdzi, że realizm poetycki twórcy „Kartoteki” szlachetnie wyróżniał się na tle dosyć przewidywalnej groteski.

Kiedy kilka lat później, w 1973 roku, Barański kończył Wydział Reżyserii w Szkole Filmowej w Łodzi (był na jednym roku i zaprzyjaźnił się z Krystianem Lupą, który wystąpił w etiudzie Barańskiego, wkrótce został jednak wyrzucony z uczelni …za brak talentu)2, tematem pracy magisterskiej uczynił „Scenariusze filmowe Tadeusza Różewicza”. Podtrzymywał również luźny kontakt z coraz sławniejszym pisarzem, a od czasu do czasu pojawiały się pomysły ich wspólnej pracy. Niemal gotowy był na przykład projekt adaptacji „Śmierci w starych dekoracjach”, Różewicz pomagał w zbieraniu funduszy, ale film nigdy nie powstał. Udało się dopiero ze wspomnianą „Moją córeczką”, tekstem napisanym uprzednio jako scenariusz filmowy dedykowany Janowi Rybkowskiemu, a wobec niepowodzenia przedsięwzięcia, przepisanym w formie noweli filmowej i opublikowanym w „Dialogu”, w końcu zaś opublikowanym jako utwór prozatorski. Barański, wyczuwając filmowe unerwienie tekstu, zdecydował się na adaptację właśnie noweli filmowej, nie prozy. Historia nieodwzajemnionej miłości ojca i córki, która uciekając ze swojej miejscowości do miasta, rzekomo na studia, nigdy nie wróciła do domu, spotkała się z jednoznacznie pozytywnym przyjęciem. Sam Różewicz również chwalił zarówno adaptatora, jak i kreacje aktorskie.

Po sukcesie „Mojej córeczki”, realizacja „Badyli”, wydawała się formalnością. Tak się jednak nie stało. W 2009 roku, w książkowej rozmowie z Piotrem Mareckim, reżyser ubolewał: „ „Badyle” już kilka ładnych lat czekają na łaskawą decyzję decydentów. Czasami jest mi już wstyd pisać do pana Tadeusza, że jednak nie teraz. Najlepsze wzięcie ma średniactwo. Wybitny tekst, wybitne przedstawienie nie mają wartości. Ostatnio, zrezygnowany i trochę zły na mnie pan Tadeusz powiedział, że ani on, ani ja nie umiemy nic przepchnąć. Niestety, ma rację. Zapewne ktoś inny już by dawno zrobił te „Badyle” „.

Tadeusz Różewicz zmarł w kwietniu 2014 roku, premiera „Badyli” odbyła się dopiero sześć lat później.

***

W „Badylach” Andrzej Barański stosując montaż równoległy, technikę narracyjną polegającą na przeplataniu ze sobą dwóch sytuacji rozgrywających się w różnych miejscach, porusza problem odpowiedzialności – czy braku odpowiedzialności – dziecka za rodzica. Ewa Dałkowska gra matki, stare kobiety rozliczające się przed obcymi mężczyznami z własnym losem, opowiadające o niewdzięczności dzieci. Nie ma w konfesjach różewiczowskich kobiet lamentu, jest natomiast zdziwienie, że kara za poczciwe życie jest niewspółmierna. Przeplatając dwa opowiadania Różewicza, których bohaterkami są: prosta, wiejska kobieta, oraz matka dyplomaty, Barański wskazuje za pisarzem, że relacja rodziców i dzieci, nie ma przełożenia na status materialny, na zasobność czy kulturę wychowania. W każdym środowisku, w każdej rzeczywistości, zdarzają się przecież sytuacje haniebne. Trzeba o tym mówić, trzeba o tym krzyczeć, zwłaszcza w czasach, kiedy mówi i krzyczy się raczej o innych sprawach, te pozostają natomiast niezauważane.

W zamykającej spektakl dramatycznej kodzie, nawiązującej do opowiadania „Matka jest jedna?” Marka Gajdzińskiego3, córka, wracająca po latach do swojej wsi z amerykańskim narzeczonym, nie poznaje stojącej przy drodze własnej matki, podążającej co kilka dni, wydeptaną ścieżką, do domu syna, który nie chce jej znać. Okrucieństwo człowieka wobec człowieka, człowieka wobec zwierzęcia, czy człowieka wobec samego siebie, nie ma rasy, płci, wychowania. Jest globalne. A przecież Barańskiego nigdy nie interesowała wielka skala, wojny światowe, i przemarsze ludów, zawsze – jako artysta – skupiał się na maleńkim wycinku wielkich narracji. Z tego niewielkiego punktu, z jednego domu, albo zagrody, widać wszystko ostrzej, wyraźniej. Wystarczy się przyjrzeć: posłuchać i zasmucić się. A czasami gorzko zapłakać.

„Badyle” Barańskiego poprzez zastosowanie wyrafinowanej struktury narracyjnej (wszyscy aktorzy, nie tylko Dałkowska, grają w przedstawieniu po kilka ról), ale również jakość dialogu, piękno języka, przenosi problem społeczny w sferę sztuki, nie tylko socjologii, czy wręcz pedagogiki. Autorzy, a za nimi adaptator, są jak najdalej od doraźności, nie chodzi o tabloidową sensację, że ktoś kogoś, powiedzmy, zarąbał siekierą. Barański, nie tylko w tym przedstawieniu, ale w całej twórczości, rozmawia z widzami językiem maksymalnie wyciszonym. W jego kinie nikt nie krzyczy, nie spazmuje, nie wykrwawia się. Może właśnie dlatego, ów szept zostaje zapamiętany, a sprawa, wielka sprawa stosunku młodych do starych, albo młodszych do starszych, dzieci do rodziców, wybrzmiewa z dużą siłą.

Po premierowym seansie „Badyli”, spektaklu który zgromadził rekordową, ponad sześciusettysięczną widownię, zajrzałem do komentarzy użytkowników na oficjalnym, social mediowym profilu Teatru Telewizji. Spektakl sprowokował rzadką i wspaniałą dyskusję. Większość wzruszonych widzów pisało, że finałowi „Badyli” towarzyszyły łzy. A przecież ani Barański, ani Dałkowska, nie sentymentalizowali literatury, nie dawali łatwego efektu, działali o wiele subtelniej. Sztuka jest rozmową traktującą widza, każdego widza, jako równoważnego partnera. Tak pisał Różewicz, takie adaptacje jego prozy są dziełem Barańskiego.

W ten właśnie sposób, „Badyle” w połączeniu z „Moją córeczką”, ujawniają całkiem nowy różewiczowski profil w ikonografii audiowizualnej – adaptacje Barańskiego w pewnym sensie odkrywają filmowo Różewicza humanistę, zatroskanego nie tyle nawet o los świata, co o los najbliższej rodziny, w ogóle rodziny: matki, ojca, córki.

W „Badylach”, spektaklu zaskakująco krótkim, nawet jak na standardy Teatru Telewizji – trwającym niewiele ponad pięćdziesiąt minut, dzieje się bardzo wiele, przy pozornym marazmie. Na tym, zdaje się, polega fenomen oryginalnej twórczości Andrzeja Barańskiego. Kiedy człowiek zatrzyma się, rozejrzy, skupi, być może uda mu się zobaczyć o wiele więcej i wyraźniej, niż gdyby stale się spieszył, poganiał siebie, albo zagadywał własne i cudze życie. Takie są filmy Andrzeja Barańskiego, taka była „Kobieta z prowincji” na podstawie zapomnianej powieści Waldemara Siemińskiego z wielką kreacją Ewy Dałkowskiej (potrójna rola w „Badylach” jest wzruszającym powrotem Ewy Dałkowskiej do świata Andrzeja Barańskiego aż po trzydziestu pięciu latach, właśnie od czasu nakręcenia „Kobiety z prowincji”). Na tle kreacji Ewy Dałkowskiej, pozostałe role pełnią w spektaklu ważne role służebne, chociaż Edyta Olszówka robi co może, żeby z drugiego planum wybić się na plan pierwszy, i w dużym stopniu, zwłaszcza w świetnie zakomponowanym wizualnie finale (zdjęcia Grzegorza Kędzierskiego), to się udaje.

***

Bohaterowie Barańskiego są wpisani w odwieczny rytm natury, rytm świata, rytm światła. Codzienność to stałe porządkowanie życie, zapisywanie i przetwarzanie tego rytmu, nawet jeżeli nie jest to do końca uświadomione, albo nie zostanie odkryte nawet przez samych porządkujących. Bohaterki Dałkowskiej w „Badylach” nie są, co ważne, w najmniejszym stopniu ośmieszone, nie stają się przedmiotem zabawy czy tym bardziej drwiny. Wybitna aktorka, wspomagana przez reżysera, walczy o każdą sekundę godności. Matki Dałkowskiej są może proste, ale nigdy nie prostackie. Wzruszają bez szantażu emocjonalnego, bo nienachalny liryzm Barańskiego, wspomagany przez jak zawsze wybitną partyturę jego ulubionego kompozytora, Henryka Kuźniaka4, jest bliski ciężarowi rozprawy filozoficznej, tyle że dobrze zamaskowanej pozorną prostotą. Pozorną, bo przecież obwarowaną gigantyczną erudycją, pewnością warsztatu filmowego, błyskotliwością i poczuciem humoru reżysera.

„Badyle” to również bliska zarówno Różewiczowi jak i Barańskiemu apologia prowincji. W tomie „Barański” reżyser podkreślał: „Różewicz, a za nim ja, mówimy, że jeśli świat dostanie trochę mądrości, to przyjdzie ona z prowincji. W centrum nie docenia się zupy pomidorowej, grochówki, ogórkowej. Poglądy Różewicza są zawsze zgodne z poczuciem ludzkiej mądrości i sprawiedliwości. Różewicz staje po stronie porządnych ludzi, po stronie rozsądku. Wszystko zaczyna się od uznania dla talerza ciepłej zupy”. Zupa jest ważniejsza. Od zupy trzeba zacząć. Ciepły rosół, jeszcze paruje.

Łukasz Maciejewski

Badyle wg Ta stara cholera i Na placówce dyplomatycznej Tadeusza Różewicza, i opowiadania Marka Gajdzińskiego Matka jest jedna?. Scenariusz i reżyseria: Andrzej Barański; zdjęcia: Grzegorz Kędzierski; scenografia: Andrzej Haliński; kostiumy: Katarzyna Morawska; muzyka: Henryk Kuźniak. Występują: Ewa Dałkowska (Matka Pierwsza, Matka Druga, Babina), Radosław Pazura (Obcy Pierwszy, Syn Drugi, Przemek), Edyta Olszówka (Synowa Pierwsza, Synowa Druga, Ona-Córka) i Andrzej Mastalerz (Obcy Drugi, Syn Pierwszy, Amerykanin). Teatr Telewizji, premiera 23 listopada 2020.

[Tekst opublikowany w styczniowym numerze miesięcznika „Teatr”]

1Sztukę Barańskiego „Forteca” w 1966 roku przeniósł do Teatru Telewizji Piotr Paradowski, natomiast w 1970 roku, w Teatrze Ateneum, odbyła się premiera „Skoku” – przedstawienia Studenckiego Teatru Hybrydy według „Poloniusza” Andrzeja Barańskiego w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego.

2„Jest tylko jedna rzecz, w której brałem wówczas udział i której efektu ciągle jestem ciekawy. To etiuda Andrzeja Barańskiego. Zagrałem w niej główną rolę. Niewiele z tamtej przygody pamiętam, ale to było naprawdę intrygujące przeżycie. Byłem u Andrzeja jakimś dziwnym, trochę niepokojącym medium, które wyłaniało się nagle z jakichś drzwi… (…) Mam wrażenie, że w polskim kinie nie udałoby mi się przetrwać. Moja filmowa katastrofa była dla mnie szokiem. Odpokutowałem to doświadczenie ciężkim, dwuletnim kryzysem. Był to jednak kryzys błogosławiony. Zabójstwo narcyza. Cieszę się, że Andrzejowi Barańskiemu udaje się od tylu lat robić swoje kino, ale jestem przekonany, że artysta tak ciekawy jak on, tworzyłby więcej i łatwiej, gdyby mieszkał gdzieś indziej. ” – wspominał Krystian Lupa w książce „Koniec świata wartości” (Łódź, 2017).

3 Opowiadanie Gajdzińskiego powstało jako tekst przeznaczony do radia, w 2004 roku na festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie zostało uhonorowane nagrodą za scenariusz oryginalny, a w 2006 roku zaprezentowane na antenie Teatru Polskiego Radia (reżyseria Andrzej Piszczatowski).

4Współpraca Henryka Kuźniaka i Andrzeja Barańskiego zasługiwałaby na osobne wspomnienie – kompozytor i reżyser, pracują ze sobą w zasadzie bez przerwy od 1976 roku, wspólnie zrealizowali blisko sześćdziesiąt fabuł, filmów telewizyjnych, Teatrów TV, dokumentów i filmów animowanych.

Dodaj komentarz