Ups, zdarzyło się!

Opera na Zamku kontynuuje cykl teatralnych humoresek pt. „Ups, zdarzyło się! Teatralne humoreski Opery na Zamku w Szczecinie”.

Dzielimy się z Państwem anegdotkami, facecjami i pełnymi dowcipu wspomnieniami artystów, którzy pracowali bądź wciąż pracują w szczecińskim teatrze muzycznym.

Dziś zabawne sytuacje na scenie i te za kulisami wspomina Ewa Rossa-Gowor, solistka związana z operą w latach 1973-1993.

Ewa Rossa-Gowor:

Po 20 latach pracy na szczecińskiej scenie muzycznej zachowało się w mojej pamięci wiele zdarzeń i scen z przedstawień, które dzisiaj wyglądają żartobliwie, ale wtedy wymagały refleksu, czasem siły i nie zawsze było mi do śmiechu…

Pierwsza moja główna rola – Hortensja w „Balu w operze“. Mam wyjść na scenę z koszykiem w ręku, a dowcipni maszyniści wkładają tam kilka worków z piaskiem, które muszę dźwigać jak piórko i oczywiście – nie dając znać po sobie – śpiewać, jakby nic się nie stało. Nie powiem, żart żartem, ale tę rolę zapamiętam jako – nomen omen – „ciężką“…

*************************

W „Zemście nietoperza“ jako Adela. Aria ze śmiechem, śpiewam: „Ja się śmieję ha, ha…“, a ktoś z balkonu postanawia mi pomóc i dośpiewuje: „ha, ha, ha“. I tak kilka razy. Udaje mi się skończyć mimo tego nietypowego duetu z widzem, kończę arię, ale żartowniś… też. Poza salą. Zostaje wyprowadzony.

************************

Po latach w „Zemście nietoperza“ śpiewam Rozalindę, nosząc na scenicznym balu bardzo drogą etolę z lisów, zakończoną dwudziestoma ogonami (sic!). W następnej scenie koloraturowy duet z zegarkiem, a garderobiana zamiast podać mi rekwizyt, o którym śpiewam, spokojnie liczy lisie ogony, czy któregoś nie brakuje, czy na pewno dwadzieścia… Z ręką w kulisie daję rozpaczliwe znaki, by podano mi w końcu zegarek przed końcem duetu… Uff, udaje się. Garderobiana zostawia te nieszczęsne ogony… Do tej pory nie wiem, czy się doliczyła…

****************************

Próba generalną opery „Tosca“, w której w ostatniej scenie skaczę z murów zamku do Tybru. Wysokość godna – dobre kilka metrów, pod spodem ułożone są materace – mają być moją trampoliną. Skaczę wiec do tego Tybru… Ale – czego w zamierzeniach scenograficznych i artystycznych nie ma – odbijam się od trampoliny kilka razy ukazując się w locie wiele razy. Dobrze, że widownia jest pusta, bo w libretcie o tak wielu skokach Toski nie wspomniano. Po tej wpadce reżyser, dyrektor Tadeusz Bursztynowicz podejmuje decyzję, że na scenie zostanie tylko jeden mały materac, a w locie – w razie czego – łapać będą mnie maszyniści, skoro już taka skoczna jestem.

**********************************

„Tosca“ budzi wiele moich wspomnień. Na przykład raz palą mi się włosy na scenie ku konsternacji i przerażeniu kolegów i publiczności… Bardzo ciekawa jest „Tosca“ w Dessau w Niemczech, która przypomina istną wieżę Babel. Wszyscy śpiewają po niemiecku, mój partner z Pragi po czesku, a ja w oryginale po włosku. Ciekawe artystycznie, prawda?

*****************************

„Madame Butterfly“.

Śpiewam bardzo dramatyczną arię z dzieckiem na ręku: „Żegnam cię, o skarbie drogi…“. Nagle czuję, jak robi mi się ciepło na sercu i… bardzo mokro na kimonie. Cóż, dziecko nie wytrzymuje decybeli i emocji…

******************************

„Straszny dwór“. Jeden z kolegów zapomina „wejść“ muzycznie, a po nim ma śpiewać chór. Kolega nie śpiewa, więc trzeba ratować sytuację. Odwracam się tyłem do widowni i naśladując męski głos śpiewam za niego kilka taktów. Ansamble uratowany! Po przedstawieniu kolega gorąco mnie przeprasza, dyrygent dziękuje za refleks i muzykalność, a później reszta żartuje, że Rossa zaśpiewa wszystko…

Fot.: materiały archiwalne Opery na Zamku i archiwum prywatne E. Rossy-Gowor

Dodaj komentarz