Nadzwyczajna przygoda, wielkie emocje, wielkie nadzieje

Jerzy Gudejko, producent, aktor i reżyser odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego

Czy nazwa Teatr Gudejko nie jest nazwą na wyrost? Przecież nie dysponujecie własną salą widowiskową, zespołem, repertuarem – czyli atrybutami przypisywanymi instytucji zwanej teatrem?

A dlaczego nazwa Gudejko miałaby być na wyrost? To nie jest jakaś bardzo słynna nazwa. Uznaliśmy, że tworząc nasz teatr nie będziemy się kryli za nazwą enigmatyczną, ale podpiszemy się swoim nazwiskiem. Rzeczywiście, nie mamy własnej sali ani zespołu (zespołów nie mają też warszawskie teatry Komedia, Polonia i 6 Piętro), natomiast akurat repertuar mamy taki, że moglibyśmy grać w Warszawie codziennie. Sprawdziłem, ile spektakli, łącznie w styczniu i lutym tego roku [2020, przed pandemią], zagrały wielkie, dotowane, warszawskie teatry z licznymi salami i jeszcze liczniejszymi zespołami. Teatr Gudejko zagrał 79 spektakli. Dla porównania Teatr Polski w Warszawie zagrał ich 57, Teatr Syrena 55 a Teatr Studio 51.

Od kiedy należy liczyć historię Teatru Gudejko? Jak to właściwie się zaczęło? Czy był taki moment graniczny, kiedy z poczwarki wykluł się motyl, czyli agencja produkcyjna stała się teatrem?

Nasz pierwszy spektakl miał premierę 6 listopada 1999 roku: „Morderstwo w hotelu”, autor Sam Bobrick i Ron Clark w reżyserii Włodzimierza Kaczkowskiego. Początek pamiętam. Przyszedł do nas Jacek Borkowski: „Jurek, zobacz, ilu jest aktorów grających w serialach. Mają ogromną popularność, a grają tylko kilka dni w miesiącu. Już się skończyły czasy, kiedy większość aktorów miała etaty w teatrach. Trzeba tę popularność i czas wykorzystać. Zróbmy jakieś przedstawienie”. Nie byłem przekonany, czy to dobry pomysł, ale zadzwoniłem do Włodka Kaczkowskiego, który współpracował ze Starą Prochownią i zrobił kilka małych przedstawień granych w Polsce. Znałem go jeszcze z Dziekanki i to on wyreżyserował pierwszą moją produkcję teatralną, którą był jeden z naszych dyplomów w PWST. Wybraliśmy komedię „Morderstwo w hotelu”. Wydawało nam się, że jak na debiut komedia będzie najmniej ryzykowna. Sukces spektaklu nas zaskoczył. Graliśmy go nawet w londyńskim POSK-u, gdzie na widowni siedzieli m.in. pani Andersowa oraz Feliks Łaski. Wydaje się, że nasz drugi spektakl można zaliczyć do w pełni świadomej, nieincydentalnej produkcji teatralnej. Było to „Spróbujmy jeszcze raz” Murraya Schisgala w reżyserii Macieja Wojtyszki z Joanną Żółkowską i Cezarym Żakiem. Premiera odbyła się 13 października 2001 roku w Inowrocławiu a spektakl graliśmy na scenie Teatru Nowego Adama Hanuszkiewicza.

Bolesnym doświadczeniem dla TG stał się musical „Nie ma Solidarności bez miłości”. Czego nauczyło was niepowodzenie tego przedsięwzięcia?

Do czasu musicalu „Nie ma Solidarności bez miłości” nasze doświadczenie było następujące. Im więcej aktorów na scenie i im większy budżet, tym było większe zainteresowanie spektaklem, spektakl grany był częściej i dłużej, przynosił większe zyski. Lubimy robić nowe rzeczy, lubimy pływać po nieznanych morzach, nie boimy się ryzyka, ale przy tym spektaklu nie doszacowaliśmy ryzyka. Za dużo aktorów na scenie (20 osób) plus zespół muzyczny na żywo, przepiękna monumentalna scenografia, 250 kostiumów, a bardzo droga technika akustyczna, która miała być w teatrze, który wynajęliśmy, okazała się niekompletna. Specjaliści od akustyki wobec tylu śpiewających aktorów i muzyków okazali się bezradni. W związku z wieloma niespodziankami budżet szacowany na 200-300 tysięcy złotych, w rezultacie przerósł 1 milion. Czego się nauczyliśmy? Sprawdzać kilka razy to, co nam obiecują, dokładnie szacować budżety, nie robić kilku nowych rzeczy równocześnie i najważniejsze pamiętać, że tytuł to niezwykle ważny element.

Tylko góralskim uporem można tłumaczyć, że mimo niepowodzenia TG przetrwał i nadal produkuje. Jakie motywy i cele zagrzewają was do wytrwałości?

Tworzenie Teatru to nadzwyczajna przygoda, wielkie emocje, wielkie nadzieje. Wprawdzie nadzieje i oczekiwania rzadko w pełni się spełniają, ale nawet bankructwo, skoro się z niego podnieśliśmy, nie zniechęciło nas do kolejnych produkcji. Dla nas ważne jest w teatrze, w sztuce poruszanie ważnych tematów, ale nie w sposób moralizatorski, tylko inteligentnie i z humorem. Takie sztuki staramy się wybierać. Jeżeli widz wychodzi z naszych spektakli z refleksją nad swoim życiem, nad swoimi relacjami z bliskimi i w dobrym nastroju, to jest właśnie magia teatru.

Czy można mówić o widzu Teatru Gudejko – przynajmniej o widzu, o jakim marzycie i myślicie?

Przez wielu teatromanów Teatr Gudejko jest pozytywnie identyfikowany. Widać to po wpisach na teatralnym Facebooku. Z pewnością jesteśmy bardzo pozytywnie rozpoznawani przez regionalnych organizatorów spektakli. Wiedzą, że spektakl Teatru Gudejko to gwarancja profesjonalnej scenografii, znakomitej reżyserii, atrakcyjnej obsady, dobrych kostiumów, muzyki i niebanalnej, choć rozrywkowej literatury. Zdarza się, że terminy naszych spektakli są rezerwowane przez naszych organizatorów zanim zaczniemy próby.

Jak udało się Teatrowi Gudejko przetrwać w czasach pandemii? O ile mi wiadomo TG nie działa online?

Wydaje nam się, że relacja, która powstaje między aktorami na scenie a publicznością jest nie do zastąpienia przez nawet najlepszy przekaz online. Postanowiliśmy poczekać aż będzie można grać w teatrze dla publiczności siedzącej na widowni. W naszym przypadku bardzo dobrze zafunkcjonowały zwane tarczami systemy pomocy dla firm dotkniętych przez kryzys.

Który spośród tytułów zrealizowanych przez TG uważacie za najbliższy waszym oczekiwaniom i potrzebom publiczności?

Nie ma takiego tytułu. Najpiękniejszym naszym przedstawieniem był musical „Nie ma Solidarności bez miłości” w reżyserii Macieja Wojtyszki z librettem Andrzeja Ozgi, muzyką Krzesimira Dębskiego, ale doprowadził nas do bankructwa. Najbardziej ukochanym a niedocenionym przedstawieniem jest „Old Love” Norma Fostera w reżyserii Andrzeja Chichłowskiego. Najbardziej docenionym przez publiczność przedstawieniem jest „Goło i wesoło” w reżyserii Arka Jakubika, które zagraliśmy już 800 razy i końca nie widać. Spektaklem, który przerósł nasze oczekiwania jest „Nerwica natręctw” w reżyserii Artura Barcisia. Jest to spektakl najczęściej nagradzany i uwielbiany przez publiczność. Kochamy również „Dwoje na huśtawce” i „Supermenkę” w reżyserii Jerzego Gudejki oraz „Między łóżkami” w reżyserii Artura Barcisia, „Berka, czyli upiór w moherze 2” w reżyserii Ewy Kasprzyk oraz „Klatkę dla Ptaków” w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego.

TG krąży po kraju ze swymi produkcjami, ale nie opuściło was marzenie o własnej, stałej siedzibie?

Krążymy po kraju, Europie oraz Ameryce Północnej. Marzymy o swojej scenie w Warszawie, pracujemy nad tym, choć w czasie pandemii dziękujemy Bogu, że jeszcze jej nie mamy.

JERZY GUDEJKO (ur. 24 kwietnia 1858 w Gdańsku), aktor teatralny i filmowy, producent, reżyser castingu, absolwent stołecznej PWST (1981). Po studiach debiutował na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego, potem związany z teatrami im. Stefana Jaracza w Olsztynie (1983-84), im. Wilama Horzycy w Toruniu (1984-85), Powszechnym w Warszawie (1985-92). Wraz z żoną Grażyną jest współwłaścicielem agencji aktorskiej, skupiającej aktorów profesjonalnych i amatorów, którą założył w 1989 roku – przy Agencji utworzył swój Teatr. Ma za sobą Grand Prix Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu (1985), na którym przedstawił monodram Kwiaty dla myszy wg opowiadania Daniela Keyesa w reżyserii Jerzego Hutka. W ostatnich latach wrócił do monodramu jako reżyser Supermanki Jowity Budnik.

[Fot. Grażyna Gudejko]

(Tekst iopiu8blikowany w „Dzienniku Trybuna”, 25 września 2020)

Dodaj komentarz