Z wrześniowych dni, teraz…

W poprzednim numerze Pisarze.pl publikowałem swoje wspomnieniowe, historyczne już bardzo dla większości czytelników, refleksje z września 1939. Teraz zatem sięgam do aktualnych, tegorocznych wrześniowych zapisków…

Janusz Termer

Środa 2 IX 2020

Dzisiaj, po raz pierwszy od wybuchu coronawirusowej pandemii, w warszawskim Domu Literatury odbywa się odłożone z marca promocyjne spotkanie literackie. Organizatorami są Stowarzyszenie Kultury Europejskiej (SEC), Związek Literatów Polskich oraz Wydawnictwo czasopisma „Res Humana” – edytora czterech publikacji książkowych: felietonów Eugeniusza Kabatca tam ostatnio drukowanych – przygotowanych na 90. rocznicę Jego urodzin (11 stycznia tego roku, pisarz zmarł 18 marca) – zatytułowanych Popołudnia…wieczory; reportaży Wiesława Łuki – W euforii; zbioru krytycznoliterackiego Janusza Termera – Myślenie literaturą. Eseje, szkice, wspomnienia… oraz refleksji historycznych Andrzeja Żora – Zapiski obłąkanego. Wszyscy byliśmy ogromnie ciekawi tego, jak to wszystko teraz będzie wyglądać w warunkach obowiązujących aktualnych obostrzeń wirusowych (co drugie miejsce na sali ma być wolne, obowiązkowe maseczki, lista obecności z adresami i telefonami uczestników). A tu pozytywne zaskoczenie: tzw. frekwencja, jak na średnią warszawską, jak wiadomo, niezbyt niestety zazwyczaj wysoką, okazała się być w normie, maseczki też nie przeszkadzały w wystąpieniach organizatorów (prezes ZLP Marek Wawrzkiewicz, prowadzący imprezę szef „Res Humana” Zdzisław Słowik) oraz autorów, którzy zastąpić musieli nieobecnego z powodów rodzinnych krytyka Krzysztofa Lubczyńskiego (zostawił jednak swoje opinie o tychże książkach w formie publikacji „do poczytania”, dostarczonej gościom wraz z zaproszeniami). W licznych głosach z sali, wypowiedziach dyskutantów, uczestników tego spotkania, dało się w ten środowy wieczór odczuć wyraźnie także i to, że wszyscy stęsknili się już co nieco za tego typu literackimi wieczorami, dyskusjami oraz zwyczajnymi niezobowiązującymi towarzyskimi spotkaniami… A zatem pierwsze koty za płoty…

Czwartek 3 IX

Nazajutrz poranny wyjazd z B. w stronę Zakopanego, ale po drodze oczywiście jak zawsze obowiązkowy Kraków, a w nim między innymi spotkanie, poniekąd i „służbowe”, bo z wiceprezesem SEC Eligiuszem Dymowskim, znakomitym poetą i gwardianem tutejszych Bronowickich franciszkanów. Stąd dwa kroki spaceru tylko na miejscowy uroczy i zadbany cmentarzyk (mało który ze znanych mi literackich kolegów Krakusów był tutaj osobiście, specjalnie dyskretnie dopytywałem – tak to już teraz bywa!). Na cmentarzyku tym, jak wiadomo nie tylko polonistom, spoczywa wielu uczestników i bohaterów największej polskiej sztuki teatralnej XX wieku, nadal mocno aktualnej, czyli Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Jak prototyp Gospodarza, Włodzimierz Tetmajer – słynny malarz, działacz i współtwórca ruchu ludowego, poseł na sejm wiedeński!. Są też przedstawiciele rodziny Rydlów (poeta Lucjan Rydel ożeniony z Jadwigą Mikołajczykówną, tutejszą córką chłopską – prototyp Pana Młodego, pochowany został wraz małżonką na Cmentarzu Rakowickim), których potomkowie byli nieocenionymi inicjatorami powstania, a następnie kustoszami muzealnej dziś „Rydlówki”. Jak chociażby córka Lucjana Rydla, Helena (zasłużona działaczka Polskiego Stronnictwa Ludowego, bliska przyjaciółka Józefy Singerówny, czyli Racheli z dramatu Wyspiańskiego), jej mąż Zdzisław i córka Anna, czy żyjąca do dziś pani Maria Rydlowa, autorka cennych wspomnień Moje Bronowice mój Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2013). A tuż obok inni liczni reprezentanci tej tak znanej i wielce zasłużonej dla kraju rodziny Tetmajerów, uczestników wielu zrywów patriotycznych, żołnierzy i dowódców czasu powstań narodowych, o czym świadczy nagrobny obelisk z inskrypcją upamiętniającą zbrojne i powstańcze dokonania kolejnych pokoleń rodziny Tetmajerów (patrz fot.). Tuż obok rodziców Włodzimierza i Anny spoczywa ich syn, młody ułan, Jan Kazimierz Tetmajer. Na bronowickim cmentarzu spoczywają także członkowie rodzin Mikołajczyków: Jadwiga z Czepców Mikołajczykowa, matka Anny Tetmajerowej, Jadwigi Rydlowej, Marii Susułowej, Jakuba i Jana. Jakub – znany z „Wesela” jako Kuba – miał w chwili ślubu siostry 11 lat. Zmarł w roku 1979 jako najdłużej żyjący świadek tamtego wydarzenia. W tej najstarszej części cmentarza pochowany został również Błażej Czepiec, pierwowzór postaci Wójta.

Jest zatem o czym podumać…

Potem już skok tylko do centrum Krakowa. Tym razem nie mieliśmy jednak nazbyt już wiele czasu na dalszy i większy „krakowski spacerek” poza podwawelską ulicą Grodzką, Kanoniczą i Franciszkańską, gdzie naprawdę można się poczuć jak jak w Wenecji, Padwie czy Florencji… Aktualne „okoliczności pandemiczne” specjalnie do tego również nie zachęcały, a i zbliżała się godzina 18ta, pora spotkania z moim kolegą ze studiów pierwszego roku warszawskiego wydziału prawa – Sławomirem T. (o czym też już wcześniej pisałem w szkicu Okruchy czasu… inkryminowanej książeczki). Czekał on na nas w pobliskiej restauracji „Pod Baranem” na ul. Św. Gertrudy. Poznany teraz jej właściciel i twórca Jan Baran nie ma wprawdzie, okazuje się, nic rodzinnie wspólnego z innymi znanymi mi krakowskimi nosicielami tego nazwiska: poetą Józkiem Baranem czy działaczem SPP Bogdanem B.. Jest natomiast od lat energicznym i rzutkim przedsiębiorcą kulinarnym oraz… znawcą literatury polskiej. Oto bowiem, po powitalnym drinku – nalewce na gencjanie, jak mówił sprowadzanej gdzieś z Laurowego Wybrzeża – gdy zgadało się coś o literaturze pokazuje nam na swoim telefonie zdjęcie sprzed paru lat, na którym pojawia się w towarzystwie Zofii Posmysz, autorki Pasażerki. To ci dopiero niespodzianka – znamy się i przyjaźnimy z panią Zofią, krakowianką mieszkającą od wyjścia z oświęcimskiego obozu i tułaczce 1945 roku w Warszawie, która, jak zapamiętałem z jednej z jej wspomnieniowych opowieści, tuż przed oświęcimskim uwięzieniem chodziła jako nastolatka do szkoły mieszczącej się wtedy przy tejże ulicy… Tak to się wszystko plecie na tym małym naszym świecie…

Nasza rozmowa przy restauracyjnym stoliku „Pod Baranem” ma też głównie charakter historyczno-wspomnieniowy, dotyczy bowiem czasów, bardzo już odległej epoki, gdy jako niespełna 18 latkowie, obaj ze Sławkiem, wkraczaliśmy dopiero co w studenckie i dorosłe życie tej nowej i pełnej tak dobrych nadziei na nieznaną i niepewną jeszcze przyszłość po tzw. „październikowym przełomie” 1957 roku. Wspominamy losy i dzieje późniejszych karier życiowych kolegów z tego naszego rocznika, którzy przy prawie pozostali, takich jak Ewa i Janusz Łętowscy, jak i tych, którzy odeszli do innych dziedzin. Tak jak i my – on socjolog, ja polonista. Jak choćby Krzysiek Świętochowski, który wsławił się wtedy główną i wielką rolą w spektaklu Królu Ubu Alfeda Jarry’ego w klubie studenckim „Stodoła” (pisał o tym z uznaniem wielkim sam Jan Kott, interpretujący to wydarzenie jako jeden z przejawów odnowy kulturalnej w Polsce gomułkowskiej. Krzysiek zaciągał nas często na te spektakle prosto ze studenckiego studium wojskowego z ulicy Myśliwieckiej). Był też na owym I roku późniejszy dwukrotny mistrz olimpijski we florecie Witold Woyda… Przywoływaliśmy też nazwiska naszych ówczesnych profesorów, jak słynni autorzy podręcznika historii państwa i prawa – Bogusław Leśnodorski i Juliusz Bardach (po paru dziesięcioleciach zetknąłem się z nim w SEC, którego był aktywnym członkiem) oraz teoretyk państwa i prawa Stanisław Ehrlich, z którego poglądami na kwestie „suwerena” już wtedy niektórzy z kolegów wchodzili w spór… Np. jako ortodoksyjny wtedy jeszcze marksista twierdził na jednym z wykładów w Audytorium Maximum, że wszystko co społeczne ma charakter klasowy, nawet znaki drogowe, które służą przecież klasom posiadającym; na co jeden z co śmielszych kolegów zapytał: a co wtedy gdy robotnik stanie się posiadaczem samochodu? To niemożliwe, odparł nieco tylko zaskoczony profesor… Takie to były czasy. Toteż jest o czym podumać i teraz…

Piątek 4 IX

Z rana wyjazd z Bronowic, już prosto w stronę zakopiańskiego „domu pracy twórczej” – „Astorii”, na dawno planowany i odkładany od trzech lat bez mała z różnych powodów (w tym i zdrowotnych) – wyjazd ”do gór”. Z czym wiąże się tyle rozmaitych wspomnień (kto ciekaw może poznać ich część z przywoływanej wyżej mojej promowanej w środę książeczki oraz z publikacji na tych łamach). Jedziemy obwodnicą południową Krakowa do węzła drogowego z tą słynną i nieszczęsną „zakopianką”, która odkąd pamiętam zmienić się miała już, już w trasę szybkiego ruchu, ale ciągle zmienić się, jak słyszę nawet teraz w Radio Kierowców, z jakichś na wpół tajemniczych powodów, nie może… Do Naprawy, słynnej dzięki Jalu Kurkowi, Skomielnej i potem Rdzawki, jedzie się teraz jako tako, mimo nadal niedokończonych fragmentów, ale na podjazdach przed Klikuszową i Nowym Targiem to, co zawsze, czyli wąska droga blokowana przez ciężarówki, traktory czy inne zawalidrogi nie do ominięcia, tak jak i teraz, gdy trafia się wielka i długa „szafa” na serbskiej rejestracji, poprzedzająca wielokilometrowy sznur samochodów, a na dodatek przed Nowym Targiem drogowcy nie zważając na duży ruch koszą sobie beztrosko trawę z traktorów – w piątek! – blokując wszystkim przejazd, bo ruch z naprzeciwka też duży… No, ale jakoś po ponad dwóch godzinach docieramy przed „Astorię” (co i tak ponoć nieźle, bo jak słyszę może to trwać i więcej niż dwa razy dłużej, acz w latach 70., pamiętam, dawało się maluchem przejechać zakopiankę niemal w godzinę!).

W samej „Astorii” też wiele zmian po generalnym remoncie, wszystkie pokoje z łazienkami, co dziś jest standardem, a co nadal zadziwia starych bywalców pamiętających przełom lat 60. i 70.; gdy przedtem były tu pokoiki z jedną łazienką na cały trzy poziomowy dom, stare żelazne łóżka z „demobilu” z „przedpotopowymi” siennikami… I jakoś to nie wadziło nikomu specjalnie, chociaż bywało przedmiotem żartobliwych uwag. A bywali wtedy tutaj, co uwidaczniają zdjęcia rozmieszczone teraz na korytarzowych ścianach, między innymi takie literackie tuzy jak Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Edmund Niziurski z żoną. Jerzzy Kwiatkowski z żoną Haliną (koleżanką szkolną Wojtyły), literaturoznawca Henryk Markiewicz czy last not least Wisława Szymborska, która tutaj, jak wiadomo, dowiedziała się o swoim Noblu! Ale teraz – uwaga, uwaga – literatów tutaj od lat na lekarstwo! Czy to tylko sprawa „zaporowych” komercyjnych cen? Pewnie też, ale to temat na inną okazję…

Będziemy tu zatem teraz krótko, około tygodnia, a więc trzeba to jakoś racjonalnie wykorzystać i zagospodarować… Po popołudniowym obiedzie od razu idziemy do pobliskiej Dolinki Białego (wspominanej niedawno na tych łamach w blogu autora Boskiego Juliusza, Jacka Bocheńskiego). I tutaj też uwaga już wyłącznie pro domo sua – okazuje się bowiem dowodnie, i dość nawet boleśnie, że to dawno już minione czasy, kiedy Dolinka ta była dla nas – młodych adeptów górskich wędrówek – tylko małym i drobnym prologiem; dogodnym punktem wyjścia dla czasami całodziennych (patrz wspomniana wyż. książeczka) wypraw w Tatry… Teraz, dla nas 80 latków, to bezpowrotna przeszłość nadająca się tylko do wspomnieniowych gawęd przy kawie lub góralskiej litworówce: tutaj znowu koniecznie muszę się odwołać do paru szkiców z tej mojej promowanej w środę książeczki!. Albowiem teraz nawet już sama Dolinka Białego jest sporym wyzwaniem samym w sobie, niestety. No i trudno, się mówi…

Ale i z drugiej strony tego żałować, i tak bardzo mocno, chyba nie warto, choć z innego powodu. O czym, chociaż to już wrzesień, przekonujemy się teraz po tym pierwszym krótkim spacerze. Potwierdza się bowiem to, co można było dostrzec w telewizyjnych tegorocznych wakacyjnych migawkach. W tych doniesieniach o tłumach przewijających się nie tylko przez tatrzańskie dolinki, ale i wyższe ich partie: Dolina Gąsienicowa, Zawrat, Dolina Pięciu Stawów, Morskie Oko, Giewont, Czerwone Wierchy, a nawet Orla Perć i Rysy, do których ustawiają się teraz długie kolejki… Już dziś słyszeliśmy po drodze radiowe doniesienia o wypadkach, a potem na miejscu kilkakrotne odgłosy lotów ratunkowego helikoptera… Wydaje się, że tegoroczna sytuacja pandemiczna, trudności z wyjazdami zagranicznymi i inne okoliczności spowodowały, jeszcze bardziej spotęgowały, ten prawdziwy najazd „dzikich pseudoturystycznych hord” na Zakopane i Tatry, jak to czasami można przeczytać w prasie. To rzeczywiście niebywała, wielka i prawdziwa inwazja tych, co to zwabieni snobistyczną renomą tego miejsca czy sprytnymi reklamami biur turystycznych, wielkich pensjonatów-noclegowni (których tu teraz namnożyło się bez liku), w ogóle nie wiedzących, gdzie są i po co wałęsają się po Krupówkach (oby tylko) i wielu też po górskich popularnych szlakach, najczęściej w nieodpowiednim ekwipunku (np. paniusie na szpilkach, panowie w klapkach!!), za to z puszkami piwa w dłoniach zamiast map i przewodników… To się, owszem, zdarzało tutaj zawsze od lat, ale to były wyjątki, teraz to prawdziwa „tatrzańska norma”, regularna pandemia, chyba nie gorsza od koronawirusowej zarazy…

Ale też i z innej jeszcze beczki dodać trzeba, że ten wielki „turystyczny” boom został w znacznej mierze, i na szczęście, mocno „skanalizowany”. Zapchane są głównie te najbardziej popularne trasy najczęściej pokazywane w owych TV migawkach (wiadomo kto „rządzi” masową wyobraźnia!), jak się zresztą po raz kolejny dowodnie przez te parę dni przekonujemy. Aliści, jakby powiedział nieoceniony Jerzy Waldorff, można jeszcze i teraz znaleźć i inne, całkiem spokojne miejsca. Nawet w pobliżu tych oblężonych, nawet też w tych najwyższych partiach gór, mówią zakopiańscy bywalcy, co jest dobrą wiadomością dla wszystkich tatrzańskich „weteranów”. Z czego też i skwapliwie korzystać będziemy, „aliści” ich lokalizacji zdradzać nie zamierzamy…

Nie zamierzamy też podawać adresów naszych starych zakopiańskich znajomych i przyjaciół w trosce o ich spokój (ducha też). Uskarżają się oni z niejakim – niektórzy – sarkastycznym wyrozumieniem na wszystkie stare plagi i nowe zwłaszcza niedogodności zakopiańskiego pomieszkiwania. Nawet nasza znajoma sprzed lat, gdy starą „Astorią” zarządzała jeszcze pani Maria Krasicka (z tych Krasickich), z wielkim powodzeniem, choć i z nieukrywaną i troską zarazem o jej stan, wyposażenie, kuchnię (w czasach niedoboru i znanych „przejściowych trudności” w zaopatrzeniu) oraz w niełatwym wychowywaniu mieszkających z nią tutaj dwóch synów i zarazem uczeniu sztuki przyjmowania gości przez pracowników z personelu. Otóż jedną z nich była (i jest), poważna dziś i stateczna pani, nazywana kiedyś przez wszystkich gości Dorotką, która od tego czasu wychowała dwoje dzieci, które już pokończyły studia, mają już własne dzieci, a nawet opuściły Zakopane „za chlebem”. Dorota zdążyła nawet zostać wdową, ale nadal „rządzi” astoryjną kuchnią… Mieszkająca teraz gdzieś pod Gubałówką, dojeżdżająca do pracy przez całe miasto rowerem, uskarża się nam obecnie najbardziej na to, że w sezonie letnim ma największe kłopoty… z tą rowerową jazdą, a to z powodu tłoku na ulicach i jezdniach samochodowych, jak i częstokroć niewybrednych zachowań tych naszych niebywale rozpuszczonych i rozpanoszonych co młodszych niby „turystów”.

To samo słyszymy od innych zakopiańczyków: Katarzyny i Adama K. (pracował ze mną jeszcze w czasach „miesięcznika literackiego młodych” – „Nowego Wyrazu”), pomieszkujących teraz niemal na stałe w Zakopanem tuż przy Drodze do Białego w „Lili” – starej drewnianej chałupie góralskiej odziedziczonej przez Kasię po matce. Jeszcze bardziej denerwuje ich to, że w Zakopanem, nie mającym podobno pełnego planu przestrzennego zagospodarowania miasta, powstaje tyle nowych deweloperskich „projektów”, kompletnie nie pasujących do tradycji i stylu otoczenia. Tyle wilii i domów na wynajem dla masowego „turysty”, budowli czasami nawet maskowanych „góralszczyzną” wystroju, chociaż najczęściej z nieświadomie(?) karykaturalną przesadą. Tu Stanisław Witkiewicz na pewno przewraca się w grobie!

To samo mówią nam odwiedzeni teraz po paru latach Nina i Tomasz Gluziński (też już opisani w szkicu Okruchy czasu w tejże mojej książeczce!). Rozbudowują teraz i remontują z powodów rodzinnych (ich córki mają już swoje dzieci!) tę piękną i stylową góralską chałupę nad potokiem Strążyskim, gdzie kiedyś przesiadywaliśmy – przy litworówce, owszem też, jak przystało „starym góralom”) na wieczornych „posiadach” z rodzicami Tomka: poetą Gluzińskim (też Tomaszem) i jego wspaniałą żoną Zosią, zmarłą niestety niedawno. Teraz odwiedzamy ich już tylko na Pęksowym Brzyzku… Młodym Gluzińskim (on architekt, jak obie ich córki, Hanka i Blanka) brakuje też już słów na opisanie tego, co dzieje się na tutejszych drogach, o bezhołowiu w budownictwie i architekturze… Brakuje tylko wieżowców na Równi Krupowej, mówię, bo widziałem tam wysokie dźwigi budowlane… E, chyba nie będzie tak źle, słyszę w niezbyt pewnej odpowiedzi. I tym optymistycznym akcentem zmieniamy temat na bardziej towarzysko przyjemny…

Poniedziałek 7 IX

Po paru dniach spędzonych na beztroskich spacerach po okolicy (tzw. górskie dolce far niente) – spotykamy wieczorem u Kaśki i Adama K. – profesora Pawła K.,, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego (mojego współpracownika z czasu redagowania „Nowych Książek”), który przyjechał właśnie z Warszawy na zakopiański odpoczynek. Ma powody. Został bowiem „zwolniony po prostu”, jak powiada, przez nowego redaktora „Nowych Książek” ze „stanowiska współpracownika” tego pisma. Czym się specjalnie nie przejął. Główny to powód to ten, że przez parę tygodni sierpniowych towarzyszył i opiekował się ciężko chorym profesorem Andrzejem Walickim (zmarł 20 sierpnia w wieku 90 lat), który był, jak wiadomo, uczonym międzynarodowej sławy, niekonwencjonalnym i oryginalnym filozofem, historykiem idei, postacią światowego formatu intelektualnego (pracował na kilku uniwersytetach kilku kontynentów, od Ameryki po Australię), nagradzanym i docenianym w świecie, m. in. Nagroda Eugenia Balzana, zwana w humanistyce odpowiednikiem Nagrody Nobla. Był Andrzej Walicki autorem wielu, żywo przyjmowanych i dyskutowanych w świecie naukowym, wybitnych książek, publikacji przekładanych i wydawanych przez najważniejszych światowych edytorów prac naukowych, jak choćby monografia poświęcona rosyjskim słowianofilom W kręgu konserwatywnej utopii i bardzo wielu innych, szczególnie dotyczących myśli filozoficznej i kultury Rosji. Ostatnio ukazał się Jego zbiór esejów O Rosji inaczej.

A przecież bywał jak często niegdyś – tak i obecnie, co szczególnie przykre, mocno niedoceniany za swoje oryginalne – zawsze niekoniunkturalne, bliskie lewicowym ideom koncepcje i poglądy polityczne – u nas w kraju, jakbyśmy to mieli w nadmiarze ludzi tej miary i klasy intelektualnej. Nawet teraz, już po śmierci, widoczne to było dotkliwie, kiedy to tylko parę czasopism i mediów, niekoniecznie publicznych, raczyło zauważyć i odnotować najkrócej bodaj jego odejście…

Paweł K. opowiadał, jeszcze pod świeżym wrażeniem związanych z tym wszystkim przeżyć, krótko o ostatnich dniach jego życia, obiecując że opisze je kiedyś szerzej. Teraz mówił tylko trochę, zwłaszcza o wielkim swoim zaskoczeniu tym, co w tych ostatnich dniach mówił mu w swych zwierzeniach profesor Andrzej Walicki. O tym jak autokrytycznie i z wyraźnie odczuwalnym poczuciem żalu i jakby hamletycznego, ogromnego niespełnienia – mocno przecież kontrastującym z dzisiejszym, obiektywnym stanem rzeczy – odnosił się teraz do swoich prac i osiągnięć naukowych oraz innych życiowych wyborów…

I takie też – dodajmy – zdarzają się, wcale nie tak rzadko, jak wiadomo, egzystencjalne i psychologiczne niespodzianki ludzkiego wieku dojrzałego…

Mogę i muszę tu powiedzieć teraz od siebie tylko tyle, że poznałem przed laty zupełnie innego Andrzeja Walickiego, i że może opiszę to też kiedyś szerzej, niż w tym krótkim poniższym wspomnieniu sprzed lat:

Było to w marcu roku 1963, gdy w karkonoskim schronisku „Samotnia”, odbywało się dwutygodniowe wyjazdowe spotkanie studentów polonistyki warszawskiej z młodszą karą naukową wydziału. Był wśród niej także ówczesny doktor Andrzej Walicki, obok innego młodego doktora Jana Józefa Lipskiego (wtedy znany głównie jako badacz twórczości Jana Kasprowicza) oraz magistrów wtedy jeszcze (późniejszych profesorów): Andrzeja Lama, Janusza Rohozińskiego. Studenci ostatnich lat polonistyki, to między innymi: Roger Gomulicki, Andrzej Gronczewski i Andrzej Mencwel (obaj też późniejsi profesorowie), Rafał Marszałek, Grzegorz Walczak, Andrzej Werner…, no i gość specjalny – Janusz Szpotański (osobisty potem wróg sekretarza Gomułki) – autor słynnych niegdyś pieśni z cyklu Cichociemni i gęgacze – który wieczorami, po przedpołudniowych zajęciach sportowych i popołudniowych dyskusjach literackich miał swoje wokalne „występy” (wzmacniane nieco tylko płynami rozweselającymi przywożonymi na nartach z pobliskiego Karpacza, w czym miałem swój udział jako posiadacz nart), do których to występów wszyscy chętnie się wespól-zespół przyłączaliśmy. Łącznie z Andrzejem Walickim. Trochę nas onieśmielał początkowo. Był już cenionym naukowcem, mężczyzną po trzydziestce, wysokim, szczupłym, wręcz kościstym, o ile po półwieczu pomnę dokładnie! Nie stronił od naszego studenckiego towarzystwa oraz rozrywek sportowych i innych towarzyskich „zatrudnień”, a także i od wdzięków młodzieńczości naszych koleżanek studentek polonistyki (była wśród nich siostra Wiesława Myśliwskiego Grażyna). Czuł się z nami wszystkim doskonale – nie było jakiegoś sztucznego dystansu, ale też i spoufalania, acz jakiś rodzaj naturalnego respektu z naszej strony oczywiście był.

Sobota 12 IX

I na już koniec tych wspominków chcę jeszcze przekonać niedowiarków, że jest nadal i teraz nawet w samym mieście Zakopane, parę miejsc całkiem spokojnych oraz zdecydowanie mniej oblężonych przez wirusa masowej turystyki. Myślę o tutejszych instytucjach kultury, muzeach i galeriach, które wprawdzie żyły jeszcze przez ostanie półrocze w wielkim uśpieniu, wykorzystanym czasami na generalne remonty lub przygotowania do nowego sezonu, jak słychać i widać to nadal gołym okiem. Idziemy oto do Muzeum Tatrzańskiego zwabieni wieścią o otwarciu wystawy pięknie zatytułowanej „Sen tropikalnego słońca”, jako punkcie wyjścia „projektu” – modne teraz słowo – „Tropikalne uroki. Witkacy i Zakopane”. Okazuje się jednak, że Muzeum jest nadal rozbabrane i remontowo zamknięte, a ta wystawa jest już od dwóch dni otwarta w jego filii, czyli Galerii Sztuki w świeżo odnowionej willi „Oksza” (jedna z trzech projektowanych tutaj jeszcze przez Stanisław Witkiewicza w tzw. „stylu zakopiańskim”), i gdzie ją właśnie teraz oglądamy. Wystawa pomyślana bardzo ambitnie i wiele obiecująco. Według jej kuratorki Ani Bartko, piszącej w drukowanym zaproszeniu-wstępie, że punktem wyjścia jest podróż Witkacego w tropiki z 1914 roku odbyta z Bronisławem Malinowskim (tego, jakby kto nie wiedział, od Życia seksualne dzikich), „ale też domniemana i dżunglowa aura prehistorycznego Zakopanego. W twórczości Witkacego oba te doświadczenia… splatają się w jedno. Wyobrażenie o zakopiańskim Cejlonie, które Witkacy opisywał w kategoriach snu, pokazujemy na tle intelektualnej i artystycznej atmosfery przedwojennej Polski, jednocześnie odnosząc ją też do kontekstu lokalnego, sztuki czasów PRL i tej już zupełnie współczesnej”. Czyż nie jest to pomysł ambitny – i więcej – szalony? Ależ tak. Toteż bez wdawania się w szczegóły i „drobiazgi” takie jak niewspółmierność wszystkich tych sfer kultury polskiej z owych wszystkim rozmaitych epok. Mało też, jak dla mnie, tych tytułowych tropikalnych malarskich Witkacjanów. Stąd też biorą się owe immanentne niemożności najbardziej nawet powierzchownej prezentacji tego ambitnie szalonego zamierzenia. Pomijając jednak nawet pewne niedoróbki techniczne samej wystawy, jak brak lub mała czytelność podpisów pod wieloma eksponatami, których niekiedy trzeba szukać pod lupą w zakradającym się chaosie wszystkoizmu, powiedzieć trzeba wyraźnie i dobitnie, że mimo wszystko jest to wystawa grzechu jej obejrzenia stanowczo warta. Bo „Sen tropikalnego słońca” (chociaż wszystkich tych trzech elementów tu nota bene faktycznie tyle co na lekarstwo, a jest np. zdjęcie Antoniego Słonimskiego z żoną z r. 1953 pozujących na nartach tuż gdzieś obok chyba „Astorii” lub „Halamy”!), to zgodzić się wypada i trzeba nawet z ostatnimi zdaniami wypowiedzi kuratorskiej pani Bartko, że to jest „opowieść w opowieściach, wystawa, która działa na zasadzie tzw. prawa Tadeusza Schielego – między dwie wille w Zakopanem da się wstawić trzecią, brzydszą od obydwu sąsiednich. Bo ten tropikalny koszmar się nie kończy, a dalszy ciąg tego snu, jak pisze Witkacy w opublikowanym, chociaż – co nie bez znaczenia i kilkuletnim opóźnieniem, reportażu z podróży, przedłuża się. Nawet jeśli w tym samym momencie, on sam przewraca się w grobie. A raczej – no właśnie – przewracałby, gdyby tylko w nim był” (aluzja do głośnej pomyłki z zakopiańskim pogrzebem Witkacego z lat 80.). Bardzo to, ze strony pani Ani Bartko, samokrytycznie trafne, choć naznaczone lekko chyba zawoalowaną (na ile zamierzoną?) ironią pani kuratorki.

I zupełnie już teraz na koniec: obejrzeliśmy też tego samego dnia inną zakopiańską wystawę. Przy Krupówkach mieści się od lat Miejska Galeria Sztuki im. Władysława hr. Zamojskiego (jakby kto nie wiedział – wykupił on był Zakopane i okolice z rąk węgierskich właścicieli). Galeria ta jest bardzo dogodnie dla wszystkich położona, choć jak i inne miejsca kultury nie ma obecnie nazbyt wielu szans w walce z komercyjnymi pokusami, skierowanymi przez „turystyczne lobby” do większości zakopiańskich przybyszów dzisiejszych udających się tak masowo „pod Giewont”. Jaki też i szans w starciu z innymi modnymi tendencjami „masowo kulturalnej” współczesności…

Oto przy okazji przypadającej w tym roku 200. rocznicy urodzin doktora Tytusa Chałubińskiego odbywa się teraz doroczna (od 2016 r.) wystawa „Artyści Zakopiańscy”. Formuła prosta i bezpretensjonalna – prezentacja dorobku obecnych przedstawicieli zakopiańskich środowisk plastycznych wraz z wyeksponowanym tematem i akcentem odwołującym się do tegorocznego jej – i całego miasta – Patrona. Wiele tu prac, obrazów czy rzeźb rozmaitej artystycznej rangi, ale też i wiele naprawdę wartych życzliwego spojrzenia, nie koniecznie tylko z uwagi na ich specyficzny couler local górsko-góralsko zakopiańskiej tematyki…

Żeby tylko tak co setny, ba, co mówię – naiwny, tysięczny bodaj przybysz z tłumów przewijających się codziennie po pobliskim deptaku obejrzeć tę wystawę zechciał, to na pewno powstałby też i inny „turystyczny” OBRAZ samego Zakopanego i Tatrzańskiej przyrody!

Miyojcie się – jak mawiali starożytni górale na pożegnanie…

C. D. N. (być może)

Dodaj komentarz