Z fotela Łukasza Maciejewskiego: 70 URODZINY JERZEGO RADZIWIŁOWICZA

CZŁOWIEK Z KRWI I KOŚCI

Jerzy Radziwiłowicz to zawsze było ważne nazwisko. Genialny Henryk w „Ślubie” Gombrowicza, tytułowy „Faust” w sztuce Goethego w jego wykonaniu, były dla mnie niegdyś lekcją stylu, talentu, aktorskiej charyzmy. Rozmowa z Jerzym Radziwiłowiczem stanowiła zatem dziennikarskie marzenie oraz wyzwanie, któremu starałem się podołać.

Nasze spotkania zaczęły się jednak od falstartu. W połowie lat dziewięćdziesiątych fatalnie spóźniłem się na pierwszy wywiad, do miesięcznika „Kino”. Nie znałem wówczas Warszawy, w żaden sposób nie mogłem trafić na umówione miejsce. Radziwiłowicz spokojnie poczekał na mnie czterdzieści minut, a kiedy, zawstydzony, zadałem pierwsze pytanie, które brzmiało: „Słynie pan z niechęci do udzielania wywiadów”, usłyszałem w odpowiedzi: „Wygląda na to, że akurat z panem trudniej się spotkać niż ze mną”. I tak było już zawsze. Kolejne rozmowy z Radziwiłowiczem były kwintesencją klasy, erudycji i poczucia humoru.

Sceniczni i filmowi bohaterowie Jerzego Radziwiłowicza mają świadomość dychotomii wpisanej w ludzką egzystencję, której ramą jest zło nicujące się z dobrem, piękno z turpizmem, życie ze śmiercią. W jego scenicznych i filmowych portretach przegląda się niezmiennie niespokojna kondycja naszych czasów. Birkut w „Człowieku z marmuru”, Tomczyk w „Człowieku z żelaza”, Reżyser z „Pasji”, Gajewski z serialu „Glina”, a w teatrze chociażby Myszkin z „Nastasji Filipowny” i Raskolnikow w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, Kaliban w „Morzu i zwierciadle” Audena – tworzą imponującą galerię postaci wyjątkowych, które w trakcie seansu przechodzą metamorfozę. Od ciszy (istnienia) po krzyk (przeznaczenia).

Aktorski kunszt Radziwiłowicza jest kwestią oczywistą, natomiast sam bohater przez lata pozostawał enigmą. Nie spowiadał się prasie, w nielicznych wywiadach zawsze powściągliwy, od ponad pięciu dekad bierze aktywny udział we wszystkim, co istotne w polskim teatrze i kinie, ale równocześnie funkcjonuje poza centrum, obok celebryckiej wrzawy. Stanowi rzadki, cenny aktorski kruszec, który prawdopodobnie odchodzi do lamusa. Typ aktora z innych czasów, z trochę lepszych obyczajów, kiedy status występowania na scenie, uczestnictwa w filmowym lub teatralnym cudzie (albo w nieszczęściu), miał znaczenie nie tylko dla garstki krytyków, ale także wszystkich współuczestników spotkania. Widzów, aktorów, reżysera, scenografa. A z każdej strony zawodowej polifonii nastrojów wyłaniał się gest wspólny – szacunek: aktora dla scenicznego partnera, reżysera dla widza, teatru dla kultury.

W 2012 roku wydaliśmy książkę „Wszystko jest lekko dziwne” z której pochodzi przypomniany przeze mnie fragment opowieści Radziwiłowicza o Grochowie.

Przyjmując propozycję wydawnictwa Wielka Litera na wywiad-rzekę, precyzyjnie określiliśmy cele. Nie chcieliśmy żadnej laurki, uładzonych na wysoki połysk pytań i odpowiedzi. To miała być prawdziwa rozmowa dwojga zainteresowanych sobą osób. Bohatera i dziennikarza, Jerzego Radziwiłowicza i moja. Czasami sympatyczna, często chropowata i dygresyjna. Dialog, nie autoryzowany monolog. Nie trzymaliśmy się chronologii, ale staraliśmy się pamiętać o wszystkim, co w biografii Jerzego Radziwiłowicza miało znaczenie.

Każde spotkanie było niespodzianką. Temat wyjściowy kończył się nieoczekiwaną pointą, niektóre motywy powracały w naszych rozmowach niczym bumerang, inne z przekonaniem odrzucaliśmy. Pan Jerzy namawiał mnie do zadawania trudnych pytań, „nie na temat”, dotykających obyczaju czy poglądów, o których po raz pierwszy mówi tak otwarcie. Aktorstwo, kino i teatr są oczywiście na pierwszym planie, ale duże znaczenie mają także kwestie poboczne: polityka, historia, podróże, literatura, muzyka. Radziwiłowicz opowiada z pasją i dystansem; czasami jest refleksyjny, częściej dowcipny.

Mam wrażenie że odważne, politycznie niepoprawne poglądy bohatera sąsiadujące z jego erudycyjnymi rozważaniami na temat Dostojewskiego, Moliera czy osiemnastowiecznej historii Francji, niespostrzeżenie ułożyły się w coś na kształt wieloznacznego portretu „człowieka myślącego”. Bohatera, który zadaje trudne pytania, szuka odpowiedzi i nieustannie się dziwi. „Lekko dziwny” jest przecież ten świat.

Łukasz Maciejewski

GROCHÓW

Długo nie mogłem uwierzyć, że Kraków nie był Pana rodzinnym miastem.

Pamiętam wieczór spędzony w towarzystwie ważnych osobistości krakowskiej kultury. Okazało się, że nikt z nas nie jest rodowitym krakowianinem.

Nigdy nie żałował pan decyzji o wyjeździe z Krakowa?

Jestem warszawiakiem. Do Krakowa trafiłem po studiach. Otrzymałem zaproszenie ze Starego Teatru, który był wówczas najlepszym zespołem w Polsce. Zostałem w Krakowie dwadzieścia sześć lat. Uznałem że tyle wystarczy.

Wychowywał się pan na Grochowie.

Mieszkałem tam do końca studiów. Grochów to moja dzielnica.

Prawdę mówiąc, znam Grochów głównie z literatury, ostatnio ze znakomitego tomu opowiadań Andrzeja Stasiuka.

To była kiedyś wioska podwarszawska. Dzielnica powiedzmy pobrzeżna, mimo że tramwajem na Nowy Świat jedzie się dziesięć, piętnaście minut.

Od czasów pana młodości Grochów bardzo się zmienił.

Grochowa mojego dzieciństwa już nie ma. To inna dzielnica. Wyrosło wielkie osiedle między Parkiem Skaryszewskim a początkiem domów na Grochowie, powstała Trasa Łazienkowska.

Ja pamiętam jeszcze budynki częściowo zburzone w czasie wojny. Kikuty spalonych domów, ruiny, dzikie wysypiska.

Ulica była nieasfaltowana, niebrukowana, z wielkimi dziurami. Po drugiej stronie było pole, kartoflisko. Z okna miałem widok na buraki, żyto.

Bawiliśmy się na podwórku, dokazywaliśmy także na polach uprawnych, albo w ogrodach. Domy w większości miały wtedy ogrody.

Co się stało z pana ulicą?

Ulica jest, domy zniknęły. Wybudowano tam osiedle.

I nie ma już buraków.

Nie ma, wszystko zostało zabudowane. Miasto się rozrasta. Grochów także. Inaczej to pamiętałem. Dzielnica blisko Centrum, ze świetną komunikacją, ale dookoła były wielkie, puste przestrzenie, choćby piękny Park Skaryszewski. Między parkiem a osiedlem Kinowa bardzo ładny teren rekreacyjny. Ogródki działkowe, zieleń, jezioro. Albo małe lotnisko aeroklubu warszawskiego. Patrzyłem jak szybowce startują.

Lotnisko w Warszawie mimowolnie kojarzy się z Okęciem.

Większość zna tylko Okęcie, ale lotnisk w Warszawie jest kilka. Nasze znajdowało się po drugiej stronie Wału Miedzeszyńskiego. Ćwiczyli tam szybownicy.

Natomiast z centrum Grochowa wszędzie było blisko. Na Pragę, na ulicą Grochowską, Bazar Różyckiego.

Po drodze do centrum mijał pan Saską Kępę?

Na Saską Kępę chodziło się na spacery. Kiedy słyszę Rodowicz, śpiewającą To był maj, pachniała Saska Kępa, to dla mnie to nie jest abstrakcja, ponieważ doskonale wiem jak pachniała Saska Kępa w maju.

Stadion Dziesięciolecia, który właśnie zniknął i teraz jest Narodowy, to również okolice Grochowa. Dawnej nie było bazarów dookoła. Pusty teren, trawa, boiska sportowe. Boiska treningowe były od strony ulicy Zielenieckiej, a w środku wspaniała korona. Kiedy spadł pierwszy śnieg, biegaliśmy na stadion na sanki. Zjeżdżaliśmy z korony, w kierunku Zielenieckiej. Świetna zabawa. Korona była wysoko, niezły szus.

Dosyć niebezpieczne, nic pan sobie nie zrobił?

Nie. Każdy się przecież kiedyś wywalił. Ale wielkich strat nie było. W zimie chodziłem na łyżwy. W pobliżu był klub tenisowy. Kiedy przychodziły mrozy, na korcie organizowano fantastyczne lodowisko. Z pełną obsługą – można było wynająć łyżwy, albo naostrzyć własne.

Jako nastolatek więcej czasu spędzał pan na Grochowie czy w centrum miasta?

Od liceum miałem liczne zajęcia w mieście. Jeździłem na lekcje języków obcych, do Pałacu Młodzieży na pływalnię, różne inne zajęcia.

Szkoła była blisko domu?

W jednym skrzydle podstawówka, w drugim liceum. Podstawówkę spędziłem w prawym skrzydle, potem przeniosłem się do lewego, do liceum. Boisko było wspólne.

Na Grochowie do tej pory jest akademik na ulicy Grenadierów. W czasie Światowego Festiwalu Młodzieży w 1955 roku, mieszkała tam część młodzieży zagranicznej. Chodziliśmy ich podpatrywać, żeby, proszę pana, zobaczyć żywego Murzyna. To było zjawisko nieistniejące.

Murzynek Bambo w Afryce mieszka

No tak. Czatowaliśmy, żeby zobaczyć Murzyna na własne oczy. Ale to było przeżycie!

Grochów czy Praga mają własną mitologię. Chodzi nie tyle o prywatne wspomnienia mieszkańców, co o magię miejsca, tajemny, znany jedynie autochtonom kod wewnętrznego porozumienia, z siecią małych sklepików, melin, barów.

Tak właśnie było. Szczególnie w okolicach naszego pierwszego domu.

Jak daleko były od siebie pana dwa domy?

Pierwszy, jednopiętrowy, to był pokój z kuchnią. Drugi, dwupiętrowy, był większy – dwa pokoje z kuchnią, łazienką, przedpokojem i balkonem. Do dzisiaj mieszka tam bratanek. Te dwa mieszkania były w odległości jakiegoś kilometra od siebie.

Zwłaszcza w okolicach pierwszego domu wszyscy znali się po nazwisku. Wiedzieliśmy że Cyran prowadzi piekarnię i wystarczyło powiedzieć: trzeba iść do Cyrana. Tam nie było anonimowych sklepów, warsztatów, tylko konkretni właściciele.

To tego nie ma już zupełnie.

No nie ma.

Wprawdzie są lody Grycan.

Tak, ale to nazwa firmy oraz synonim celebryctwa, a u nas był konkretny pan ślusarz, stolarz i szewc. Grochów to było swego rodzaju malutkie miasteczko. Wiedzieliśmy, kto sprzedaje chleb, kto może wstawić szyby, jak się nazywa.

Bezpieczeństwo.

Wszystkie mieszkania na naszej ulicy, również domy jednorodzinne – nie były anonimowe. Nie miałem pojęcia, kto ma jaki numer posesji, ale doskonale znałem nazwiska właścicieli. Wiedziałem, że pod żadnym pozorem nie wolno włazić w żyto Kudonia, bo na pewno będzie się awanturował.

Znaliśmy personalia szefa budki warzywnej, jednej czy drugiej. Kiedy coś się zepsuło, mama nie mówiła, że ma przyjść szklarz albo ślusarz, tylko wymieniała nazwisko osoby.

Tak z jak lekarzami. Mówimy że wybieramy się do specjalisty, wiemy o kogo chodzi, znamy medyka po imieniu i nazwisku, mimo że nie jesteśmy przyjaciółmi czy bliskimi znajomymi. Tak właśnie wyglądało życie na Grochowie. Zamiast specjalności padało nazwisko. Wszyscy wiedzieli że chodzi na przykład o szewca.

Mnie takie klimaty kojarzą się trochę z czeskim kinem: niby metropolia ale także familiarność w najlepszym tego słowa znaczeniu. Może to nie tylko zbieg okoliczności, że właśnie z Grochowem byli związani Edward Stachura, Szymon Kobyliński czy Zygmunt Kubiak. Każdy z nich otwarty na świat, kulturę, jednocześnie hołubiący lokalne paradoksy.

Grochów: klimat dużego miasta, ale też życie jakby prywatne, wśród znajomych. Z kolegami biegaliśmy do ogrodów. Ciągle były jakieś owoce. Mirabelki spadały wiadrami.

Największa rozrywka ludzkości, telewizja, dopadła mnie dopiero w jakimś szóstym roku życia, mogłem się wyszaleć.

(…)

Rozmawiał:

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz