Teatr to nie muzeum

Z Natalią Korczakowską, dyrektor artystyczną Studia teatrgalerii rozmawia Tomasz Miłkowski

zef Szajna, a potem Jerzy Grzegorzewski nadali Teatrowi Studio interdyscyplinarny i awangardowy klimat. Czuje się pani ich następczynią? Skoro nawet w samej nazwie wprowadziła pani znamienną zmianę.

Awangardowa i interdyscyplinarna przeszłość Studio to mój stały punkt odniesienia i jeden z głównych powodów, dla których zdecydowałam się podjąć artystycznej dyrekcji tej wyjątkowej instytucji. Szajna nazwał ją: Teatr Studio Galeria, ponieważ otworzył obok Dużej Sceny galerię sztuki nowoczesnej, co w tamtych czasach było czymś zupełnie nieoczywistym. Chciał, żeby te dwa gatunki sztuki inspirowały się wzajemnie. Jest to zgodne z postulatem tzw. wielkiej reformy teatralnej z przełomu wieków, która zdefiniowała teatr jako syntezę sztuk, sprzeciwiając się dominacji autora w teatrze. Ja nazwałam Studio teatrgaleria ponieważ chcę pójść o krok dalej, w zgodzie z duchem czasu, aż do potencjalnego zniesienia granic między gatunkami, które są czymś narzuconym z góry. O tym, jak inspirujące są takie marzenia, świadczyć może fakt, że wizji teatrgalerii uległ Daniel Buren, ikona światowej rewolucji w sztuce współczesnej, który poświęcił jej pracę in situ wykonaną specjalnie dla Studio. Myślę, że to godna kontynuacja tradycji tego Miejsca.

Pani poprzedniczka, Agnieszka Glińska, pozostawała wierna formule teatru dramatycznego. Czy ten etap historii Studia jest już zamknięty?

Jeśli ma Pan na myśli taki teatr, w którym wszystko jest podporządkowane dramatowi i pełni wobec autora rolę służebną – to tak, to jest zamknięty etap. Był on zresztą w historii Studia wyjątkiem. Podobno, kiedy aktorzy domagali się od Jerzego Grzegorzewskiego „roli”, odsyłał ich do Teatru Dramatycznego. Oba teatry w jednym budynku PKiN działały w opozycji estetycznej do siebie i to jest przy Placu Defilad naturalny stan rzeczy. Podobnie było ze sztukami Witkacego, patrona teatru. Prawie żadna z nich nie doczekała się inscenizacji za życia autora, pioniera światowej awangardy teatralnej XX wieku, ponieważ aktorzy „rzucali egzemplarzem”, skarżąc się na brak ról. Nie uważam, że tekst jest nieważny czy niepotrzebny, przeciwnie, wystarczy spojrzeć na repertuar Studio, ale pora znów zacząć mówić i pisać o scenografii, kostiumie, światle, dźwięku, filmie w teatrze. Ciągle więcej się mówi o znaczeniu spektaklu niż o tym, jak został zrobiony. To jest nieporozumienie. Gościliśmy właśnie w Studio kultowego reżysera teatralnego Rabiego Mroue, który pochodzi z rozdartego konfliktami Libanu, więc jego spektakle są bardzo politycznie zaangażowane, ale w ramach swojej wirtualnej pracowni mówił uczestnikom prawie wyłącznie o formie swojego teatru, która w skrócie opiera się na dialogu tego, co realne z iluzją, tego, co widzialne z tym co ukryte. Tak szeroko pojęta forma jest jego pasją, tylko dzięki temu, że jest tak doskonale przemyślana, może udźwignąć tak mocną treść i nie osunąć się w banał. Odejście od formuły teatru dramatycznego, to też krytyka systemu Stanisławskiego, który podporządkowuje aktorstwo psychologii oraz sprzeciw wobec reprezentacji w teatrze. Wszystkie te postulaty można znaleźć u Witkacego, Kantora, Rene Pollescha i wielu współczesnych reżyserów. Studio skupia wokół siebie artystów, którzy podzielają taki sposób myślenia.

Studio od początku istnienia przełamywało granice teatru dramatycznego. Ale to za pani dyrekcji teatr szeroko otworzył drzwi także na teatr ruchu, tańca. Dlaczego ten zamysł?

Scena Tańca Studio została powołana przez Romana Osadnika przed objęciem przeze mnie dyrekcji artystycznej. Ja widzę w niej szansę rozwoju języka teatru. Teatr repertuarowy zawsze będzie sercem Studio teatrgalerii, ale im więcej nowoczesnych i różnorodnych artystów tu pracuje, im więcej nowych form wykuwa się w tym budynku, tym szybciej i bardziej bezpośrednio możemy reagować na przemianę rzeczywistości społecznej, której jesteśmy świadkami. Nowe technologie, spektakl medialny zagarniający prawie wszystko, życie w bagnie bodźców i informacji, wszystko to wpływa na rozwój percepcji widzów. Chodzi o to, żeby teatr nie został w tyle, bo wtedy traci kontakt z widzami i staje się muzeum, co oznacza stagnację i koniec żywej sztuki.

Jako ośrodek sztuki Studio szuka kontaktu ze swoją publicznością, także przyszłą. Stąd zapewne rozmaite pomysły edukacyjne. Jakie przynoszą efekty?

Jesteśmy też teatrem publicznym, nie chcemy tworzyć elit, chcemy mieć kontakt z jak najszerszą grupą widzów, niezależnie od ich wieku, pozycji społecznej, wyznania etc. Osobiście uważam, że awangarda może być popularna i komunikatywna, nie musi być tylko rozrywką środowiskową. Dlatego dział Edukacji jest w Studio kluczowy. Prowadzą go dwie świetne dziewczyny, Justyna Lipko i Gabriela Stankiewicz, które dbają o obecność w Studio osób na codzień wykluczonych z życia społecznego i kultury. Działania społeczne to najlepsze wyjście dla Zespołu Aktorskiego, kiedy zmuszony jest zejść ze sceny i nie ma możliwości grania repertuaru, dlatego poprosiłam Justynę, żeby w czasie pandemii zaproponowała projekt angażujący osoby starsze, w największej skali ryzyka, izolacji i osamotnieniu. W ten sposób powstał tak zwany BACKST/AGE, alternatywny nurt programowy Studio, a w ramach niego projekt DEKAMERON. FANTAZJE, na którego składają się wielogodzinne warsztaty z osobami starszymi i nagrane z nimi krótkie etiudy-fantazje filmowe Hanny Maciąg, które podejmują dyskusję ze społecznym wizerunkiem tej grupy wiekowej. W społeczeństwie Spektaklu, w którym jesteśmy zamknięci przed wszechobecne media takie alternatywne myślenie teatrem ma już klasyków, jak choćby słynny niemiecki kolektyw Rimini Protokoll, który również otworzył niedawno w Studio swoją wirtualną pracownię.

Studio nie unika przedsięwzięć na dużą skalę. Wspomnieć wypada o plenerowym spektaklu operowym na 5 tysięcy widzów, o wydarzeniach w przestrzeni wokół teatru, ale także pełnych rozmachu inscenizacjach czy instalacjach. Takim przedsięwzięciem unikatowym była pani adaptacja zapomnianej a świetnej powieści BERLIN ALEXANDERPLATZ Alfreda Döblina. Przy tej okazji „zdemolowała” pani widownię teatralną?

He, he, tak, to prawda, umieściłyśmy razem ze scenografką Anną Met akcję Berlina w centrum widowni (po wyjęciu krzeseł, wyrównaniu powstałego w ten sposób miejsca i przeniesieniu części widzów na scenę), ponieważ tak powstała przestrzeń między placem i kubem alternatywnym, gdzie ludzie są zawsze w ruchu i gdzie szukają wolności. Było to też nawiązanie do projektów przebudowy Dużej Sceny Studio Szajny i architekta Oskara Hansena, które powstały w celu zmiany sceny „pudełkowej”, służącej do tworzenia iluzji, w odpowiednią dla form nowoczesnego teatru. Chodziło o zniesienie granicy między widownią, a sceną, która w Studio jest wyjątkowo wysoka, podkreśla dystans, nie sprzyja intymnemu kontaktowi z widzem. Co do skali niektórych wydarzeń, jak mówiłam, Studio jest też publicznym, naszym celem poza nowoczesną formą jest komunikatywność i wychodzenie na przeciw potrzebom jak najszerszej widowni, niezależnie od przekonań i stanu społecznego. Stąd też różnorodność naszych produkcji.

Studio akcentuje swoją „galeryjność”, ale ze ścian przy reprezentacyjnych schodach wiodących do teatru zniknęły obrazy, które wisiały tutaj za poprzednich dyrekcji. Dlaczego ta asceza?

Ściany przy schodach są nadal wykorzystywane do wystaw, odbywają się na nich spektakle, na przykład performans-wykład HA-M-LET Petera Marka w ramach rezydencji CNP CalArts w 2018 roku, spektakl-wystawa Biesy VR etc. Krótko mówiąc, jeśli schody w Studio są puste, to w oczekiwaniu na coś.

Studio lubiło się rozpychać, wychodzić poza salę teatralną, także w przeszłości. Od lat istniała mała scena w malarni czy okazjonalnie scena we foyer, nie przypominając już o spektaklu Macieja Wojtyszki „Tamara”, do którego zresztą wróciliście, choć złapała was za rękę pandemia?

Z opóźnieniem, ale wróciliśmy. Premiera „Powrotu Tamary” odbyła się 15 sierpnia. Mimo zamknięcia teatru na parę miesięcy staraliśmy się realizować nasze zobowiązania. Pandemia to przede wszystkim głęboki kryzys finansowy, ale w czasie jej trwania udało nam się uruchomić razem z Anną Lewanowicz (od niedawna Head of International Development Studio teatrgalerii) nową scenę eksperymentalną, jaką są wirtualne pracownie artystów. To forma wykorzystania przez teatr mediów społecznościowych do stałej działalności. Jest to platforma, w ramach której powstają nowe koncepcje, które potem mogą być realizowane na naszych scenach, ale też kopalnia wiedzy, która może służyć reformie instytucji Teatru Publicznego w przyszłości. Dzięki międzynarodowym pracowniom takich sław jak Daniel Wetzel ze wspomnianego już Rimini Protokoll, czy Rabih Mroue, których uczestnikami są również profesjonalni artyści z całego świata, możemy wsłuchiwać się w ich potrzeby i zmieniać zgodnie z duchem czasów. Projekt jest interdyscyplinarny, w ramach pierwszego przeglądu pracowni Open Studios można było przyjrzeć się pracy reżyserów (Daniel Wetzel, Łukasz Twarkowski, Rabih Mroue), muzyków (Marcin Masecki, Szymon Komasa, Mery Komasa, Andrew Maillet), scenografów i artystów wizualnych (Zbigniew Bzymek z The Wooster Group w NYC, Michał Korchowiec, Rabih Mroue) online i na naszych scenach.

W poprzednim sezonie ustawiła pani młodym reżyserom nie lada poprzeczkę – mieli wpisać się w instalację Daniela Burena. Jaki był cel tego eksperymentu i na czym polegał?

To projekt edukacyjny dedykowany idei teatrgalerii, otwarcie dyskusji o tym, czy teatr jest sztuką wizualną. Młodzi reżyserzy wybrani przeze mnie po Forum młodej reżyserii w Krakowie zaczynali od interpretacji przestrzeni wizualnej i do niej dobierali resztę narzędzi, między innymi tekst. Wszyscy jesteśmy uczeni, że punktem wyjścia dla teatru jest dzieło literackie, tu chodziło o zaburzenie tego ustalonego porządku. Pierwszym etapem projektu była „Izolatka” Mikołaja i Olgi Grosspierre’ów, którzy zamienili najmniejszą scenę Studio, tzw. Modelatornię, w dzieło sztuki, wystawione w teatrze, a potem interpretowane przez młodych reżyserów. Daniel Buren zaproponował formę scenografii stałej i ruchomej jednocześnie, w formie obiektu, dziesięciu obrotowych kolumn różnej wielkości, które mogą być wystawione w każdej z przestrzeni Teatru. Daniel poprosił mnie o znalezienie właściwego ich ustawienia na wernisaż. Razem z Saszą Prowalińskim, reżyserem światła, spędziliśmy kilka godzin szukając ich najlepszego układu. Przesunięcie kolumny na przód sceny lub głęboko w tył, włożenie innej w środek widowni, przemieniało całą przestrzeń Dużej Sceny jakby była elastyczna. Śmieję się, że zrozumiałam wtedy teorię „czystej formy” Witkacego, patrona teatru. Sam wernisaż, kiedy widzowie weszli na scenę, między kolumny i zaczęli się nimi bawić, był już magicznym spektaklem. Potem powstały kolejne, m.in. Radka Maciąga, Ewa Rucińskiej, Grześka Jaremko, działania performatywne z kolumnami w ramach BUREN.FEST na zakończenia projektu podjęli też m.in. Wojtek Ziemilski, Tomasz Plata, Barbara Kinga Majewska.

Wróćmy jeszcze do różnych przestrzeni aranżowanych przez Studio – czy są im przypisane odrębne funkcje, może szczególny adres publiczności?

Różnice są związane z ekonomią, czyli z ilością miejsc na widowni. Wiadomo, że duża scena, która sprzedaje najwięcej biletów, dedykowana jest reżyserom doświadczonym, którzy mają już w Warszawie swoją widownię. Teatr ma też scenę kameralną, Izolatkę, scenę-foyer, scenę na Placu Defilad, gdzie odbyła się premiera „Narkotyków” wg Witkacego i od niedawna scenę online w ramach której otwiera artystom związanym z teatrem wirtualne pracownie.

Jak określiłaby pani diferentia specifica Studia wobec innych teatrów warszawskich, tych bardziej konserwatywnych i tych nastawionych na poszukiwanie nowych środków wyrazu?

Studio teatrgaleria nie tworzy programu tylko Miejsce, w którym spotykają się artyści spragnieni niezależności od wszechobecnych programów i ideologii, szukający bezpośredniego kontaktu z widzami. Jako dyrektor artystyczna nie próbuję kontrolować znaczenia realizowanych tu spektakli, dbam o jakość i oryginalność ich formy. W Studio można uprawiać teatr polityczny, społeczny, wizualny, ukierunkowany na poszukiwania formalne, byleby wymykał się obowiązującym standardom. Zależy mi, żeby artyści czuli się tu u siebie, marzy mi się instytucja jako rodzaj platformy, Miejsce niezależne i otwarte.

W czasie pandemii, kiedy „normalne”, repertuarowe działanie teatru zostało zablokowane, udało się powołać do życia taką platformę, rodzaj skłotu artystów z całego świata. Mam nadzieję, że idea wirtualnych pracowni pomoże nam przejść przez trudne czasy i będzie inspiracją dla rozwoju Studio w przyszłości.

Studio teatrgaleria to instytucja interdyscyplinarna i awangardowa. W związku ze swoją awangardową tradycją i lokalizacją w centrum Warszawy z jej potencjałem wykształconej widowni, szukamy tu nowoczesnych form teatru, dbając o ich komunikatywność i możliwie szeroki zasięg.

Studio ma misję edukacyjną, rozumianą szeroko jako zajęcia dla dzieci, młodzieży i ludzi starszych, przeciwdziałanie wykluczaniu z kultury ludzi z marginesów społecznych, ale też po prostu popularyzację teatru awangardowego, uczenie wrażliwości na tę formę sztuki i formy jej pokrewne.

I w końcu Studio to wyjątkowy i bardzo zgrany zespół aktorów, producentów i pracowników technicznych, których wyróżnia brak wyniszczającego gwiazdorstwa, otwartość na niestandardowe sposoby myślenia i wyjątkowa atmosfera pracy.

[Tekst opublikowany w tygodniku „Przegląd” 2020 nr 37]

Dodaj komentarz