Andrzej, Warszawa i ja

Jagoda Opalińska o ANDRZEJU STRZELECKIM:

Najpierw muszę się wytłumaczyć z dwóch kwestii. Po pierwsze to nie będzie wspomnieniowy wizerunek Andrzeja Strzeleckiego. Może później, kiedy się pamięć ucukruje. Teraz jest za wcześnie, za trudno, za bardzo boli. Po drugie ważny przypis. Andrzej, czytaj: Strzelecki vel Strzelec. Warszawa, czytaj: stolica w międzywojennych blaskach i cieniach. Ja, czytaj: nasze rozmowy o dwudziestoleciu przedstawianym z przodu i z tyłu.

Strzelec nie celebrował władzy. Miał duży dystans do naukowych tytułów w dziedzinie sztuki. Cenił talent, zachwycał się wyobraźnią, szanował pedagogiczną empatię. Często odnosiłam wrażenie, że jako Rektor Akademii Teatralnej woli być naiwny, licząc, iż dzięki temu uratuje studenta na zakręcie i płynącego pod prąd współpracownika. W ogóle lubił pomagać. Kiedy uwierzył artystycznym racjom projektu, nie bał się zadrzeć z literą regulaminu.

Nosiła Go fantazja i organiczne poczucie humoru. W przestrzeń zawodowych relacji wprowadzał zasady cierpliwej życzliwości sprzężonej z cierpliwym zadziwieniem. Nierzadko dostawał rykoszetem brzydkie riposty. Chował je pod żart, nawet gdy pochodziły od niedawnych przyjaciół. Jednej tylko rzeczy nie umiał zaakceptować. Braku lojalności.

Zbliża się nowy rok akademicki. Korytarzami Miodowej już nie będzie chodził Strzelec. Lekko pochylony, owinięty pełnym wdzięku dowcipem i skrywaną nostalgią. To se ne vrati. Ale skoro już się pojawił korytarzowy wątek, przywołam pewien epizod.

Mijamy się w pędzie.

Andrzej: Jesteś spóźniona.

Ja: Nie, ale za minutę będę.

Andrzej: To bądź.

Ja: ???

Andrzej: Przestałem być rektorem – kombajnem, więc mogę fruwać.

Ja: ???

Andrzej: Jutro lecę do Ziemiańskiej, bo przyjdzie Hemar.

Nie potrafię odtworzyć wyrazu własnej twarzy. Widzę charakterystyczny Andrzejowy grymaso-uśmiech. Widzę wstępujący na ściany korytarza półmrok. Z wyżyn sufitu dobiega chichot ducha międzywojnia. Resztę szczegółów zmielił mój werbalny zawrót głowy. Ale jestem pewna, że Strzelec widział Ziemiańską, czuł aromat pitej tam kawy, prowadził rozmowy z Hemarem.

Jestem pewna, ponieważ Andrzej świetnie się odnajdywał w niedopowiedzianym materii splątaniu. Lubił i potrafił, idąc własnym szlakiem, działać w różnych rejonach aktorstwa, reżyserii, pedagogiki, literatury. Akumulatory ładował w rodzinnym azylu. To była również przestrzeń zarezerwowana dla pisania. A swoją drogą stąd miał tylko krok od pola golfowego. Sport, którym się cieszył, którym oddychał. Autentyczna – pięknie przekazana synowi – pasja.

Krążąc tędy, owędy Strzelec chętnie sięgał dialogów prowadzonych piosenką. Tworzył je w artystycznym duecie ze znakomitym kompozytorem Markiem Stefankiewiczem. Równocześnie wciąż penetrował literackie motywy osadzone wśród współczesnych i historycznych realiów. I tu się pojawia międzywojenna Warszawa uchwycona na skrzyżowaniu polityki, sztuki, obyczaju. Miejsce, które Andrzej – wszak mocno zamerykanizowany globtroter – po prostu kochał. Co de facto uruchamiało ostry krytycyzm. Nie zawsze obiektywny, lecz zawsze wyraziście formułowany, próbujący z rozmaitej perspektywy dotknąć etosu ówczesnego inteligenta.

Miasto skłócone, udręczone a jednocześnie harde, rozpoznające kolory wielkiej i małej miłości również w okowach września 39. Ten mocny obraz przemówił w dwu telewizyjnych autorskich inscenizacjach. Warszawa – prem. 2009; Paradiso – prem. 2019. Recenzowałam obie rzeczy. Pierwszy tytuł niechże otworzy pierwszy akapit recenzji.

Właściwie to wszystko już było. Warszawa zatrzymana w kadrze 1 września 1939 roku. Echo piosenki, dowcip kabaretu. Codzienność splątana z katastrofą. Żart puentowany łzą. Jeszcze żyjemy, jeszcze dziś przypomina wczoraj, lecz już krąży widmo zagłady. Sny o potędze nabierają wymiaru tragifarsy.

Drugi tytuł chciałabym zaprezentować recenzenckim epilogiem.

Finałowe klamry się zaciskają. Paradiso jeszcze śpiewa i tańczy. Choć czuć i widać koniec końca, trzyma nas po obu stronach lustra inkrustowany upływem czasu soczysty teatr. Nostalgiczno-dramatyczna sceneria sprzyja pożegnalnym toastom. Zatem Panie, Panowie kieliszki w górę!

  • Za Paradiso, gdzie latem trzydziestego dziewiątego roku balowały nasze marzenia i nasze mrzonki o Niepodległej;
  • Za Marcela Prousta, gdyż dzięki Niemu mogliśmy podejrzeć stracony czas;
  • za Aktorów, którzy pięknie wędrowali tropem słowa i kontekstu;
  • za Andrzeja Strzeleckiego i Marka Stefankiewicza, ponieważ oni nadali sens, ton i styl wyłowionym z przeszłości chwilom…

Powiem szczerze, że Andrzejowi kilkuetapowy toast bardzo się spodobał. Ale ważniejsze jest, że dzięki temu mogłam wydobyć tonację „przez pół drwiąco, przez pół serio” kształtującą sens i urodę spektaklu.

I jeszcze moje osobiste post scriptum. Ten tekst dedykuję Antkowi Strzeleckiemu. Wiem, że Andrzej chciał towarzyszyć synowi na studenckim starcie. Jednak nie zdążył. 17 lipca przegrał walkę z nowotworem. Ale też wiem, iż obaj Strzelcy często wędrowali warszawskimi szlakami. Dlatego Drogi Antku pomyślałam, że trop, którego dotykam może się odnależć w okolicy Twoich pamięciowych kadrów.

JAGODA OPALIŃSKA

Dodaj komentarz