Znowu przeciąg

Tomasz Miłkowski pisze o POWROCIE TAMARY w tygodniku „Przegląd” (2020 nr 36):

„Tamarę” w Teatrze Studio w roku 1990 w reżyserii Macieja Wojtyszki nazywano „pierwszym polskim sprawdzianem prawdziwej komercji w teatrze”. I choć większość recenzentów, pomijając właściwie ocenę tego, co przyszło widzom oglądać, skupiała się na publiczności i wydarzeniu jako takim, „Tamara” żadnych nowych ścieżek teatru ani flirtu biznesu ze sztuką, ani teatralnej komercji, ani nowego widza nie wygenerowała. Co nie zmienia faktu, że ówczesny dyrektor Studia Waldemar Dąbrowski zręcznym zabiegom marketingowym zawdzięczał niesłychane powodzenie przedsięwzięcia i rozgłos.

Do tego legendarnego za sprawą odmienności formy (i wysokich cen biletów) przedstawienia Teatr Studio wrócił po 30 latach, żeby poddać krytycznej, acz niepozbawionej humoru, ocenie gorączkę, jaka ogarnęła potencjalną publiczność, dogrzebać się do jądra mitu „Tamary”. Nie jest to jednak nowa realizacja „Tamary” Johna Krizanca, ale „Powrót Tamary” Michała Buszewicza, nowy tekst napisany na zamówienie reżysera. Cezary Tomaszewski, aby oddać atmosferę sprzed lat, wykorzystał recenzje, a właściwie reportaże z premiery, bo tylko nieliczni recenzenci zajmowali się stroną artystyczną przedstawienia.

Punktem wyjścia „Powrotu Tamary” stała się licytacja pamiątek pozostałych po „Tamarze”. Poszłyby jak woda, gdyby nie Jan Peszek, grający d’Anunzzia, który licytację uniemożliwia. Na koniec wyprzedaży okaże się zresztą, że przybyli koneserzy sztuki czekają na bankiet.

Tomaszewski nie oszczędza nikogo. Ani bohaterów scenariusza „Tamary” Krizanca, ich seksualno-politycznych porachunków, ani snobistycznej publiczności sprzed 30 lat, ani dzisiejszych widzów obserwujących bezrefleksyjnie postępujący uwiąd demokracji. Odkryciem interpretacyjnym „Powrotu Tamary” jest konstatacja jednej z postaci, niedoszłego widza – który urodził się w dniu premiery „Tamary” – że to owiane legendą przedstawienie nie było tylko przereklamowanym kiczem, ale opowieścią o śmierci rewolucji. Tak czy owak, „Powrót Tamary” w równej mierze rezonuje z okresem burzliwej transformacji ustrojowej i zmiany teatralnej warty, jak i z naszym tu i teraz, kiedy świat znowu ulega daleko idącym przewartościowaniom.

Przedstawienie stoi aktorami, a jego niekwestionowanym królem jest Jan Peszek brawurowo portretujący ramolejącego rewolucjonistę, poetę i kabotyna, polującego nieskutecznie na wdzięki Tamary Łempickiej (Sonia Roszczyk). Nieposkromiony samozachwyt d’Anunzzia idzie w zawody z samochwalstwem erotycznym – stąd nieustanne parady z wystawionym z majtek kapucynem (sztucznym, sztucznym – uspokajam obrońców moralności). Nadzwyczajnym epizodem Peszka jest jego dialog z niesfornym kapucynem, który domaga się swoich praw. To scena nieodparcie śmieszna, a jednocześnie pozbawiona choćby śladu obsceniczności.

Najważniejsze, że wiadomo, o czym to przedstawienie jest. Po pierwsze, o publiczności „Tamary”, o jej złudzeniach i rozczarowaniach. Po drugie, o naszym niepokoju, kiedy znowu zapanował przeciąg historii.

Tomasz Miłkowski

POWRÓT TAMARY Michała Buszewicza, reż. Cezary Tomaszewski, scenografia i kostiumy BRACIA Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży, światło Jerzy Jęcikowski, wizaż Kacper Rączkowski, kierownik produkcji Aleksandra Wiśniewska, Teatr Studio, premiera 15 sierpnia 2020.

Dodaj komentarz