Nigdy już nie będzie takiego lata

Tomasz Miłkowski pisze po premierze POWROTU TAMARY w Teatrze Studio:

Pod koniec lata, 8 września 1990 roku w Teatrze Studio pojawiła się „Tamara”, spektakl, który od razu wzbudził niebywałą sensację. Latem tego roku, 15 sierpnia 2020 Studio na inaugurację sezonu wybrało „Powrót Tamary”.

Ale jak melorecytował Bogusław Linda: „Nigdy już nie będzie takiego lata”. Dobrze to wiedzieli twórcy przedstawienia, którzy przecież nie przygotowali repliki spektaklu sprzed 30 lat, ale zupełnie nową sztukę nawiązującą do tej legendarnej bez mała premiery.

Tamta „Tamara” pojawiła się po amerykańskim teatralnym zwiadzie ówczesnego dyrektora Teatru Studio, Waldemara Dąbrowskiego. Skorzystał z zaproszenia amerykańskiego ambasadora, obejrzał ileś przedstawień, a zachwycony nowojorską „Tamarą” postanowił wystawić ją w Warszawie. I tak wkrótce – jak przypomina Teatr Studio – „Waldemar Dąbrowski produkuje, a Maciej Wojtyszko reżyseruje pierwszy prawdziwie „kapitalistyczny” spektakl w Polsce. „Tamara” na podstawie dramatu Johna Krizanca staje się wydarzeniem dla aspirujących do miana elity mieszkańców Warszawy”.

„Tamarę” z roku 1990 nazywano „pierwszym polskim sprawdzianem prawdziwej komercji w teatrze”. Większość recenzentów pomijała ocenę tego, co przyszło widzom oglądać. Skupiała się na wydarzeniu jako takim, choć „Tamara” żadnych nowych ścieżek teatru ani flirtu biznesu ze sztuką, ani teatralnej komercji, ani nowego widza nie wygenerowała. Co nie zmienia faktu, że dyrektor Dąbrowski zręcznym zabiegom marketingowym zawdzięczał niesłychane powodzenie przedsięwzięcia i rozgłos. Spektakl reklamowano jako opowieść filmową na żywo, wizytę w willi D’Anunzzia, podarowanej mu przez Mussoliniego; jako zaletę przedstawiano tzw. symultaniczność akcji, co w praktyce oznaczało, ze widz mógł prześledzić tylko jej część. A na koniec oferowano spotkanie z aktorami.

Co się właściwie stało? Dlaczego takie poruszenie wywołała ta premiera – wyzywająco komercyjnego przedsięwzięcia i to w sercu awangardy. Nie zapominajmy, że dyrektorem artystycznym Studia był wówczas Jerzy Grzegorzewski, artysta wierny awangardzie, demonstracyjnie obojętny na komercyjne tęsknoty teatru.

A jednak uznano, że to nowe idzie, choć wracało raczej stare. Spektakl przyjęto jako koncesję na rzecz snobistycznej publiczności, którą stać było na drogie bilety, w ramach których przewidziany był wspólny posiłek z aktorami. „Tamara” miała stanowić kliniczny przykład gwałtownego zwrotu teatru w stronę rynku i dyktatury pieniądza. Mimo miażdżącej krytyki spektakl cieszył się powodzeniem, choć stał się wbrew prognozom dość odosobnionym przykładem raczej teatralnej ekstrawagancji niż uległości wobec nowobogackiego widza. Przeszedł jednak do historii polskiego teatru jako pierwsze przedstawienie sfinansowane ze środków pozabudżetowych, ściśle rzecz biorąc przez Pewex.

Część recenzentów i dziennikarzy, mamionych nowością formy, rozpływała się w zachwytach. Część jednak zachowywała dystans, zwłaszcza do artystycznego poziomu przedsięwzięcia. Niektórzy łajali twórców bez pardonu – Jacek Strzemżalski w recenzji pod znamiennym tytułem „Odmóżdżanie” grzmiał:

„Jeśli pomysłem naczelnym było to, iż publiczność ma rozłazić się po teatrze, to pomysł ten przerósł autora, bowiem cała historyjka rozłazi się aż miło patrzeć. Można tak pisać jeszcze długo, ale po co? To w końcu nie jest takie istotne, że w szacownych salach socrealistycznego Pałacu spróbowano pokazać Polakom coś, co jest całkowicie obce polskiej tradycji teatralnej. To zresztą nie byłoby nic złego, bo niby dlaczego nie mamy grać i oglądać tego, co dzieje się na świecie, ale dlaczego na początek odnowy naszego życia teatralnego Wojtyszko zafundował nam takiego knota?”.

Ja nie pisałem nic. Bo na „Tamarę” nie poszedłem. Kontestowałem. Uważałem, że takiemu teatrowi jak Studio nie przystoi umizgiwanie się do publiczności i lekceważenie własnej marki. Potem żałowałem, kiedy zrobiło się wielkie zamieszanie wokół przedstawienia i coraz trudniej było o bilety, pomny na maksymę Tacyta: „sine ira et studio”.

A potem żałować przestałem, kiedy przeczytałem w „Dialogu” (nr 5-6/1991) raport „Publiczność „Tamary”, 1990”. Małgorzata Piekut i Wojciech Majcherek, wysłannicy miesięcznika, obejrzeli „Tamarę” kilka razy, próbując sportretować publiczność spektaklu. Okazało się to jednak zajęciem jałowym, bo publiczność „Tamary: nie objawiała szczególnych cech charakterystycznych, nie okazała się wbrew oczekiwaniom reprezentacją nowego polskiego burżua. Przy okazji autorzy raportu wyznawali: „nawet my, mimo parokrotnego obejrzenia widowiska, nie zdołaliśmy ogarnąć wszystkich momentów akcji. Zwłaszcza pod koniec spektaklu wydarzenia nabierają tempa, co sprawia, że publiczność zupełnie już traci orientację”. Nachodzić się po Pałacu Kultury przez kilka godzin, i to parę razy, za każdym razem słono płacąc za bilet, aby nic nie zyskać w zamian, to jednak przesada. Skoro nie da się ogarnąć, to może nie warto ogarniać.

A jednak mimo te uwagi i liczne zastrzeżenia Joanna Krakowska w swojej książce „Demokracja. Przedstawienia” (2019) określiła „Metro” i „Tamarę” „najbardziej wyrazistymi propozycjami teatru na nowe czasy, wychodzącymi naprzeciw aspiracjom do Zachodu, wyzwaniom rynku i zapotrzebowaniom mediów na wydarzenie”. Że odpowiadało na zapotrzebowanie mediów – zapewne tak, ale że wyraziło aspiracje i były teatralnym słowem na nowe czasy, wątpię. „Tamara”, oczywiście trafiła w jakiś czuły punkt i z tego punktu widzenia jako zjawisko socjologiczne zasługuje na poważną analizę. Co ciekawe, najbliżej prawdy o „Tamarze” byli autorzy cytowanego już raportu o jej publiczności, kiedy pisali w konkluzji: „Chyba najbezpieczniej będzie uznać „Tamarę” za jednorazowy pomysł, za parateatralną ciekawostkę”.

Nietrudno się domyśleć, dlaczego Teatr Studio wraca do tego spektaklu po 30 latach. Chce poddać krytycznej, acz niepozbawionej humoru, ocenie gorączkę, jaka ogarnęła potencjalną publiczność, dogrzebać się do jądra mitu „Tamary”. – To był Pewex teatralny tamtych czasów – komentował Jan Peszek. – Zrodzony ze strasznego pragnienia innego świata, lepszych perfum i gładszego materiału na suknie.

Nie jest to jednak nowa realizacja „Tamary” Johna Krizanca, jak wspomniałem, ale „Powrót Tamary” Michała Buszewicza, nowy tekst napisany na zamówienie reżysera. Cezary Tomaszewski, aby oddać atmosferę sprzed lat, wykorzystał recenzje, a właściwie reportaże z premiery. Prawdę mówiąc, przy obowiązującym dzisiaj reżimie sanitarnym wystawienie „Tamary” według pierwotnego scenariusza byłoby niemożliwe, choćby ze względu na obowiązek zachowania dystansu społecznego. Na premierze siedzieliśmy oddzieleni od siebie pustymi fotelami, w maseczkach i o żadnym wędrowaniu po zakamarkach Pałacu Kultury nie było mowy.

Punktem wyjścia „Powrotu Tamary” stała się licytacja pamiątek pozostałych po „Tamarze”. Poszłyby jak woda, gdyby nie Jan Peszek, grający D’Anunzzia, który licytację uniemożliwiał. Na koniec wyprzedaży okazało się zresztą, że przybyli koneserzy sztuki czekają na bankiet. Tomaszewski nie oszczędza tu nikogo. Ani bohaterów scenariusza „Tamary” Krizanca, ich seksualno-politycznych porachunków, ani snobistycznej publiczności sprzed 30 lat, ani dzisiejszych widzów obserwujących bezrefleksyjnie postępujący uwiąd demokracji.

Odkryciem interpretacyjnym „Powrotu Tamary” jest konstatacja jednej z postaci, niedoszłego widza – który urodził się w dniu premiery „Tamary” – że to przedstawienie nie było tylko przereklamowanym kiczem, ale opowieścią o śmierci rewolucji. Kto wie, choć tak się może wydawać dopiero po latach. Z odległości bowiem widać, że przy okazji „Tamary” doszło do porzucenia pielęgnowanej w czasach PRL idei egalitarnego dostępu do kultury. Tak czy owak, „Powrót Tamary” w równej mierze rezonuje z okresem burzliwej transformacji ustrojowej i zmiany teatralnej warty, jak i z naszym tu i teraz, kiedy świat znowu ulega daleko idącym przewartościowaniom.

Przedstawienie stoi aktorami, a jego niekwestionowanym królem jest Jan Peszek brawurowo portretujący ramolejącego rewolucjonistę, poetę i kabotyna, polującego nieskutecznie na wdzięki Tamary Łempickiej (Sonia Roszczyk). Nieposkromiony samozachwyt D’Anunzzia idzie w zawody z samochwalstwem erotycznym – stąd nieustanne parady z wystawionym z majtek kapucynem (sztucznym, sztucznym – uspokajam obrońców moralności). Nadzwyczajnym epizodem Peszka jest jego dialog z niesfornym kapucynem, który domaga się swoich praw. To scena nieodparcie śmieszna, a jednocześnie pozbawiona choćby śladu obsceniczności.

Najważniejsze, że wiadomo, o czym to przedstawienie jest. Po pierwsze, o publiczności „Tamary”, o jej złudzeniach i rozczarowaniach. Po drugie, o naszym niepokoju, kiedy znowu zapanował przeciąg historii.

Tomasz Miłkowski

POWRÓT TAMARY Michała Buszewicza, reż. Cezary Tomaszewski, scenografia i kostiumy BRACIA Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży, światło Jerzy Jęcikowski, wizaż Kacper Rączkowski, kierownik produkcji Aleksandra Wiśniewska, Teatr Studio, premiera 15 sierpnia 2020.

[Tekst publikowany w „Dzienniku Trybuna” 21 sierpnia 2020]

Dodaj komentarz