Powstaje Bulwar Teatralny na Powiślu

Paweł Dangel, dyrektor artystyczny Teatru Ateneum odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego

– Wspaniali antenaci: Jaracz, Warmiński, Holoubek, giganci aktorstwa: Śląska, Woszczerowicz, Fetting, Kamas. Czy historia pisana przez nich uskrzydla, czy raczej utrudnia życie dyrektorowi?

Mam ogromny szacunek do mistrzów. Sam kształciłem się jako reżyser u mistrzów teatru rosyjskiego, którzy nauczyli mnie – w pierwszej kolejności – szacunku do rzemiosła, profesjonalizmu i tradycji. Co wcale nie oznacza, że należy w sposób dosłowny ich naśladować. Odwrotnie, zachęcali do artystycznej polemiki, ale opartej o rzetelną wiedzę i teatralną erudycję. Nazwiska, które Pan wymienia to dla części młodszego zespołu już bardzo odległa tradycja. Niestety – moim zdaniem – tak jak w wielu innych dziedzinach naszego życia, tak i w teatrze cierpimy obecnie na brak prawdziwych autorytetów. Niemniej uważam, że nadal Teatr Ateneum to w pierwszej kolejności aktor, potem autor i następnie reżyser. Ubiegając się o stanowisko dyrektora w tym Teatrze zaznaczyłem, że historia Teatru Ateneum jest dla mnie ważna. „Przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej” napisał Norwid. Dlatego profil dzisiejszego Ateneum określam jako „nowoczesną tradycję”.

– Wspominaną wciąż formułę-receptę na program teatru środka stworzył wieloletni dyrektor Teatru Ateneum, Janusz Warmiński. Czy Ateneum kultywuje ten model uprawiania teatru?

Sądzę, że określenie „teatr środka” ma dzisiaj inne znaczenie. Żyjemy bowiem w czasach ogromnych podziałów społecznych, napięć i konfliktów. Bez wątpienia są teatry i artystyczne środowiska, które starają się aktywnie w tym sporze uczestniczyć. My, z założenia chcemy być w pierwszej kolejności teatrem humanistycznym, czyli kontynuującym swoją opowieść o człowieku. Oczywiście, nie wyjmując go z kontekstu naszego życia współczesnego. Zdecydowanie unikamy „plakatowości” w naszych spektaklach i jednoznacznych deklaracji czy politycznych komunikatów. Zdecydowanie wolimy zadawać pytania naszym widzom i inspirować ich ze sceny do poszukiwania odpowiedzi niż dawać na nie gotowe recepty. W tym sensie można powiedzieć, że nadal jesteśmy teatrem środka.

– Za czasów Janusza Warmińskiego rozpisany został (i ponawiany przez ileś lat z rzędu) konkurs dramaturgiczny. Powstało sporo sztuk inspirowanych tym konkursem, kilka trafiło na afisz teatru. Potem jednak entuzjazm dla takiego poszukiwania nowych tekstów dramatycznych przez Ateneum zgasł. Dlaczego?

Konkurs dramaturgiczny, który był organizowany w Teatrze Ateneum to – jak Pan zauważył – autorski pomysł dyrektora Janusza Warmińskiego, który nie tylko wymyślił formułę tegoż konkursu, ale też przez dziesięciolecia zabiegał, aby ta inicjatywa trwała. Rzeczywiście, wiele sztuk laureatek tego konkursu (chociaż nie wszystkie) przeszły próbę sceny w Ateneum. Było ogromną wartością wpisaną w ideę tego konkursu, że sztuki nie trafiały na półkę w archiwum literackim, ale właśnie były sprawdzane na scenie. Nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego Teatr zaprzestał, wiele lat temu, organizowania tego konkursu. Obecnie istnieje kilka konkursów dramaturgicznych o zasięgu ogólnopolskim, które przejęły rolę promowania współczesnej dramaturgii. Świetnie funkcjonują agencje autorskie, które na bieżąco przesyłają teatrom interesujące sztuki współczesne zarówno polskie, jak i zagraniczne. Są miejsca, w których kształci się dramaturgów, teatry zabiegają o prapremierowe wystawienia dramatów, popularne są czytania performatywne. W ostatnich trzech latach, dzięki współpracy z Agencją ADiT i Austriackim Forum Kultury takie otwarte czytania, przy pełnej widowni, miały miejsce również w naszym teatrze.

Dziś teatry funkcjonują w innych niż kiedyś uwarunkowaniach, również finansowych. Sądzę, że gdyby przyszło dzisiaj dyrektorowi Warmińskiemu prowadzić teatr przy obecnym budżecie, to musiałby zrezygnować z wielu swoich pomysłów i planów.

– Przez lata Ateneum wzbogaciło się o dwie dodatkowe scenki, wykrojone z innych przestrzeni: Scenę 61 i Scenę na Dole. Ta pierwsza była początkowo oryginalnie zaprojektowaną sceną typu ronde. Teraz szykujecie się do otwarcia nowej sceny – przełożonego ze względu na pandemię. Jakie plany wiąże pan z kolejną sceną. I co z dotychczasowymi?

Infrastruktura naszego Teatru jest dzisiaj w tzw. ruinie i nieuchronnie budynek przy ul. Jaracza 2 czeka generalny remont. Jako dyrekcja przygotowaliśmy wszystko, co jest konieczne – projekt, pozwolenie na budowę, wszystkie wymagane zgody i zawarliśmy nową umową z właścicielem budynku na kolejne 20 lat. Jedyne na co czekamy to przyznanie środków finansowych przez Radę Miasta st. Warszawy. Tylko proszę mnie nie pytać, kiedy to nastąpi. Żeby zagwarantować, choćby nawet w ograniczonym stopniu ciągłość pracy artystycznej naszego Teatru w okresie remontu, szukaliśmy sceny zastępczej. Warszawa cierpi na brak takiej teatralnej infrastruktury, którą mogłaby nam udostępnić, ale udało nam się podpisać kolejną umowę, tym razem po sąsiedzku z Zarządem ZNP, na wydzierżawienie sali konferencyjnej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. I znowu przygotowaliśmy projekt, uzyskaliśmy niezbędne zgody i zezwolenia oraz otrzymaliśmy finansowanie z budżetu Miasta. Przeprowadziliśmy przetarg i w efekcie – po dwóch latach – powstała w Warszawie pod szyldem Teatru Ateneum zupełnie nowa scena teatralna, wyposażona w nowe technologie, którą nazwaliśmy Sceną 20, która dysponuje 222 miejscami na widowni. Przed laty otwarcie Sceny 61 wyznaczyło nowy etap w dziejach Ateneum. Wierzę, że ze Sceną 20 również tak będzie. To ważna inwestycja w potencjał Teatru Ateneum. Oczywiście, chwilowo dysponujemy czterema scenami, ale ze względu na epidemię – paradoksalnie nie możemy grać na żadnej z nich. Natomiast, po zakończeniu epidemii, dopóki nie rozpocznie się remont w naszym głównym budynku, będziemy chcieli działać na wszystkich czterech scenach, jeśli budżet nam na to pozwoli.

– Skromne rozmiary sceny głównej (i pozostałych) to pewnie ograniczenie, ale niewielkie widownie to chyba atut? Mam na myśli stosunkowo bliski kontakt z aktorami i modę na kameralistykę.

Scena 61, która powstała w grudniu 1960 jako scena typu en ronde mieściła 120 widzów. Obecnie, ze względu na przepisy bezpieczeństwa możemy wpuścić na widownię tylko 60 widzów, a uwzględniając sytuację aktualną, czyli reżim sanitarny – jeszcze mniej. Tak samo zresztą jak na Scenę na Dole im. Wojciecha Młynarskiego. W związku z tym, ze względów czysto ekonomicznych, możemy na nich grać tylko małe formy. Scena 61 kontynuuje swoją tradycję wystawiania sztuk współczesnych, nierzadko polskich i światowych prapremier oraz rzeczywiście daje szansę aktorom na sprawdzenie swojego warsztatu aktorskiego w bliskim kontakcie z widzem. Natomiast Scenę na Dole, jedną z nielicznych artystycznych piwnic w Warszawie, żartobliwie nazywam ostatnim już klubem inteligenckim w stolicy. Na scenie tej można posłuchać twórczości m.in. Wojciecha Młynarskiego, Jacka Kaczmarskiego, Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty, Stefanii Grodzieńskiej. Prezentują się na niej tacy artyści jak Artur Andrus, Andrzej Poniedzielski, Magda Umer, Grzegorz Damięcki, Grażyna Barszczewska, Piotr Machalica, Nula Stankiewicz, Janusz Strobel.

– Siłą Ateneum zawsze był mocny zespół aktorski. Ale miało to także ciemne strony. Konrad Swinarski wyrzekał na gwiazdy Ateneum, z którymi nie potrafił sobie poradzić. O Izabelli Cywińskiej mówiło się, że wykończyła ją garderoba…

Pozostawiam to bez komentarza. Preferuję postawę: „Kochaj teatr w sobie, a nie siebie w teatrze”.

– Jakby nie było, do Ateneum nadal chodzi się „na aktorów”. Jaka jest właściwie publiczność Ateneum?

Różnorodność scen oraz repertuaru powoduje, że nasza widownia jest również zróżnicowana. Cieszy nas coraz częstsza obecność w naszym Teatrze młodzieży. W ostatnich sezonach po raz pierwszy zaczęliśmy grać dla nich również spektakle przedpołudniowe. Mamy bardzo lojalnego widza, który przychodzi do nas regularnie, ale w ostatnich latach (nie dotyczy to oczywiście okresu pandemii) udało nam się poprawić frekwencję i zwiększyć ilość widzów. Rocznie odwiedza nasz Teatr blisko 60 tysięcy widzów. W tej grupie jest obecnie sporo nowych widzów. Wysoka frekwencja sytuuje nas w gronie najliczniej odwiedzanych przez widzów teatrów miejskich w Warszawie.

– Wśród widzów Ateneum nie brakowało nigdy nauczycielek. Wynikało to choćby z bliskości gmachu i hotelu ZNP (gdzie przecież powstaje wasza czwarta scena). Przyjeżdżające do Warszawy nauczycielki (czasem też nauczyciele) zwykle rezerwowały bilety na spektakle w Jaraczu. To cenny dla teatru widz?

Dziękuję, że zwrócił Pan na to uwagę, bo przy okazji mam sposobność, aby powiedzieć, że w ubiegłym sezonie zapoczątkowaliśmy inicjatywę edukacyjno-warsztatową dedykowaną nauczycielom. Środowisko nauczycieli, a w konsekwencji i uczniów to ważny dla teatru segment widowni. Ważny, ale też taki, który wymaga wsparcia i zbudowania szczególnej relacji. Już dawno, jak sadzę, minęły czasy, że środowisko szkolne chodzi do Teatru wyłącznie na lektury. Repertuar teatru może w sposób bardzo wartościowy uzupełniać program edukacji na różnych poziomach kształcenia i – co ważne – nie tylko dotyczy to lekcji z języka polskiego. W minionym sezonie z powodzeniem zrealizowaliśmy, z pozyskanych funduszy zewnętrznych, projekt edukacyjny „Pracownia Wolnej Myśli”. Pomysł się sprawdził i chwycił, więc chcemy to kontynuować.

– Ateneum powstało w gmachu Związku Zawodowego Kolejarzy i w swoim programie akcentowało otwarcie wobec robotniczej publiczności. Teraz nowa scena Ateneum powstaje znowu w budynku związku zawodowego. Czy to przypadek, czy jakaś nić wiążąca teatr z jego korzeniami?

Dzisiaj Powiśle to zupełnie inna dzielnica. Poza tym trudno nazwać obecne Ateneum teatrem dzielnicowym. Przyjeżdżają do nas widzowie z całej Warszawy, jak również z całego kraju. Zależało na bardzo, żeby nowa scena powstała w bezpośrednim sąsiedztwie naszego Teatru. Z jednej strony ułatwia to znacznie dotarcie do Teatru naszym widzom, a z drugiej pomaga nam w organizacji pracy całego Teatru. Wdzięczni jesteśmy Panu Prezesowi Sławomirowi Broniarzowi, że „kupił” nasz pomysł na stworzenie kolejnej sceny teatralnej na Powiślu i wpuścił do swojego budynku.

– Kiedy Ateneum otwierało swoje podwoje, znajdowało się w dzielnicy proletariackiej. Teraz Powiśle stało się snobistyczną częścią Warszawy. Czy to wywiera wpływ na program teatru?

Mamy pełną świadomość jak dynamicznie rozwija się ta dzielnica i jak zmienia się jej charakter. Znam Powiśle bardzo dobrze, bo sam przez wiele lat mieszkałem przy ul. Czerwonego Krzyża. Celem Teatru Ateneum jest nie tylko otwarcie nowej sceny, o której już wspomniałem, ale również – przy ścisłej współpracy z Zarządem ZNP oraz z Wydziałem Scenografii Akademii Sztuk Pięknych, który mieści się po sąsiedzku, a dysponuje własną sceną teatralną i przestrzenią wystawową – stworzenie wzdłuż Wybrzeża Kościuszkowskiego, na odcinku od ulicy Tamki do Jaracza, Bulwaru Teatralnego. W ten sposób powstałoby unikalne miejsce, gdzie w ścisłym sąsiedztwie funkcjonowałoby obok siebie pięć scen teatralnych. Liczymy, że w ten sposób uda nam się zachęcić spacerowiczów nadwiślańskich bulwarów do częstszego bywania w teatrze.

– Jakie miejsce przeznacza pan Ateneum wśród teatrów stolicy, czym powinno się odróżniać?

Ateneum konsekwentnie idzie swoją artystyczną drogą. Nie chcemy uprawiać teatru pod czyjeś gusta, trendy czy mody. Staramy się szukać bardzo różnorodnej, ciekawej i wartościowej w naszym przekonaniu literatury oraz zapraszać do współpracy różnych pod względem artystycznym i pokoleniowym reżyserów. Z jednym wspólnym tylko mianownikiem – szacunkiem dla aktora i autora. Proszę pamiętać, że dzisiaj teatr staje się w dużej mierze teatrem reżyserów. Często, to oni sami piszą swoje scenariusze lub przerabiają i adaptują klasyków na wszystkie możliwe sposoby. Niejednokrotnie spektakle mówią więcej o samych reżyserach niż autorach. W tym konkursie pod zawołaniem, kto ma większe reżyserskie „ego” my co, nie będziemy brać udziału. Chcemy sukcesywnie rozwijać nasz zespół aktorski proponując role pełnokrwiste, dobrze napisane i skonstruowane. Oczywiście, każda premiera jest zawsze ryzykiem nie tylko artystycznym, ale również ekonomicznym. Zależy nam więc przede wszystkim na widzu. Jak mówił Zygmunt Hübner: „Teatru nie robi się jedynie dla własnej przyjemności, jest to zawsze gra we dwoje. Partnerem jest widz”. Cieszy nas, jeżeli jest to widz świadomy, który wie po co przyszedł do Teatru; widz wrażliwy i otwarty. No i najlepiej jeszcze z poczuciem humoru. I taką widownię wydaje mi się, że nasz Teatr w dużej mierze ma.

 – Czy pandemia i odcięcie od żywego widza, uruchomienie ścieżek porozumienia z widzem „online” wpłynie na poszukiwania polskiego teatru – czy może zmieni stosunek Ateneum do nowoczesnej techniki, ostrożnie użytkowanej w realizacjach teatru.

Nowe technologie nie zastąpią żywego i bezpośredniego kontaktu z aktorem. Ta tradycja i magia teatru, która istnieje od ponad 2 tysięcy lat na pewno przetrwa również koronawirusa. Oczywiście, że nowoczesne technologie są dzisiaj potrzebne czy wręcz niezbędne do szerszego komunikowania się z widzem. Przekonaliśmy się o tym, gdy w okresie pełniej izolacji w związku z pandemią zespół Teatru Ateneum przygotował piosenkę Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”. Kanałami internetowymi dotarła ona do blisko 2 milionów odbiorców i – z tego, co słyszę – stała się nieformalnym hymnem czasu pandemii. Wzruszające i budujące były dla nas bardzo liczne komentarze widzów po jej obejrzeniu. Tak, jak wcześniej powiedziałem, dzisiejsze ograniczenia w funkcjonowaniu teatru nie wynikają z naszego nastawienia, tylko z możliwości finansowych naszego Teatru. Nowe technologie są bardzo kosztowne i po prostu często nie stać nas na nie. Wszystkie możliwe środki, zarówno uzyskane od organizatora, jak też własne zaangażowaliśmy w przygotowanie nowej sceny. A sprzymierzeńców finansowych na razie na horyzoncie nie widać.

Warszawa, 22 czerwca 2020

[Poszerzona wersja tekstu opublikowanego w „dzienniku Trybuna” 12 sierpnia 2020]

fot. Bartek Warzecha/ Teatr Ateneum

Dodaj komentarz