Widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”

Krystyna Janda w tygodniku „Przegląd” odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego:

– Silna pozycja rynkowa Teatru Polonia i Och-Teatru to świadectwo, że można prowadzić ambitny teatr niepubliczny i nie splajtować (na razie pomijam negatywny wpływ pandemii). Jak to się robi? Jest na to jakiś przepis?

Jest chyba wiele elementów, które należy uwzględniać, ale nie wydaje mi się, żebym myślała inaczej, od strony artystycznej, niż dwaj dyrektorzy pod których opieką pracowałam i w zespołach których byłam, panowie Janusz Warmiński i Zygmunt Hübner. To znaczy, przede wszystkim teatr za wszelką cenę dobry i grający nieprzerwanie. Dobry, dobrze grany, różnorodny, szanujący widza, swoich aktorów i sam siebie, dbający o powtarzalność jakościową wieczorów, światło, efekty, zatrudniający wybitnych scenografów, kostiumologów, współpracowników wszelkich. Ale tak było i w tamtych teatrach, Teatrze Ateneum i Teatrze Powszechnym moich czasów.

Dziś, nasza fundacja działa odmiennie, nasz rachunek ekonomiczny jest zasadniczo różny, od tamtego sprzed lat, musimy działać i utrzymać się w zasadzie z biletów, a także wyprodukować większość naszych spektakli za te pieniądze, no, a potem grać, grać… żeby zarobić, ale za to, angażujemy więcej „gwiazd”, bo nie mając stałego zespołu, możemy sobie na to pozwolić. Gramy bardzo dużo, także dzięki temu, że nie musimy przestrzegać, nie obowiązują nas, restrykcyjne wtedy i dziś w teatrach państwowych, regulaminy pracy. Nie stać nas na przestoje, „pomyłki”, mamy minimalny margines bezpieczeństwa finansowego, ale zasada dwa tytuły lżejsze zarabiają na jeden trudniejszy, jest wciąż ta sama. Przede wszystkim teatr dobry, dobrze grany, z interesującymi tematami czy spojrzeniami na ludzi i świat, teatr aktualny niezależnie od tego, co kto rozumie pod tym określeniem, dobry! I nie nudny! – to najważniejsze.

– Do jakiego widza adresują swoje spektakle Polonia i Och-Teatr? Bo niemożliwe, że tylko do profesorów medycyny, menedżerów wielkich korporacji i sławnych mecenasów. Skoro co druga premiera przekracza 100 przedstawień, nie wspominając o takich fenomenach jak pani monodram „Shirley Valentine” grany prawie 400 razy czy „Boska” (244 spektakle) albo „32 omdlenia” Czechowa (238), widownia musi być bardziej zróżnicowana niż tradycyjna i nowa inteligencja?

Nasze produkcje kierujemy do jak najszerszej publiczności, nie ryzykujemy niezrozumiałą awangardą i pomysłami zbyt szokującymi dla naszych widzów, choć takie teksty jak choćby „Koza, czyli kim jest Sylwia” Edwarda Albee’ego też miały swoich odbiorców, czy spektakle na tematy stricte polityczne i społeczne. Wyznajemy zasadę jedną: widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”, z uśmiechem, wzruszeniem, uspokojeniem, poruszeni, zaskoczeni, uświadomieni w jakiejś sprawie itd… Nie może być wieczorów obojętnych.

– Pani teatry zdobyły markę, na grane w nich sztuki się chodzi. Zapewne to efekt wiązany: działającego jak magnes pani nazwiska i doboru repertuaru. Czym się pani kieruje w wyborze tytułów do grania?

Jeśli powiem intuicją, to pewnie będzie prawda, ale pewnie także doświadczeniem i zrozumieniem publiczności, z którą sama, jako aktorka, spotykam się prawie co wieczór i wydaje mi się, że ją znam i rozumiem, co więcej, lubię. Łączą mnie z Nią te same problemy, gusta i wrażliwość na aktualności. Tak mi się wydaje. Jakoś traktuje ich jak bliskich i to się sprawdza. Nie wydaje mi się, żebym była mądrzejsza, bardziej wrażliwa i czy bardziej wyrobiona teatralnie niż oni. Brzmi to pewnie jak kokieteria, po tylu latach spędzonych w teatrze i w sztuce w ogóle, ale w jakimś sensie jest to prawdziwe przekonanie.

– Fundacja Kultury prowadzi dwa teatry, ale cztery sceny, czasem nawet sześć, wliczając to spektakle plenerowe. Jaka jest specyfika tych scen?

Duża scena Teatru Polonia, pozostaje naszą sceną poruszającą tematy trudniejsze, często bulwersujące. To tu powstały wszystkie nasze klasyczne teksty, ale też „Żeby nie było śladów” – historia Grzegorza Przemyka, „Danuta W.”, „Zapiski z wygnania” „Krzesła” Ionesco, „Szczęśliwe dni” Becketta, nasze „Czechowy” czy Fredro. Tu także staramy się uczyć tolerancji i zajmować polskimi „przekleństwami” jak nietolerancja, homofobia, AIDS, starość, wykluczenie. Mała scena, scena „Fioletowe pończochy” to, jak nazwa wskazuje, scena początkowo stworzona dla kobiet, ruchów kobiecych, o kobietach i „według kobiet”, teraz zmienia charakter i opowiada współczesne historie rodzinne, korporacyjne, ludzkie i coraz częściej tam samotni, zagubieni mężczyźni i dużo nieszczęśliwej miłości. Duża scena Och-Teatru to komedie i farsy, zawsze wystawiane też z dodatkowego jakiegoś powodu lub z „bonusowym” elementem, jak choćby Mayday’e, jeden utrzymany w stylistyce lat 70, drugi 80: dekoracje, kostiumy, sposoby zachowań i noszenia się mężczyzn i kobiet oraz muzyka. Ale na tej scenie też i „Biała bluzka”, „Callas”, i teksty, niekoniecznie komediowe, jak „Stowarzyszenie umarłych poetów”, dlatego że układ sceny wyjątkowo im służy. Mała scena, Och-Cafe-Teatr to scena trudna, trzeba tam grać na stojąco (układ krzeseł i brak jakiegokolwiek zaplecza, niska sala), ale znalazły tam swoje wymarzone miejsce monologi aktorów i formy teatralne z interakcją z publicznością. No i jeszcze nasze spektakle dla dzieci, to znaczy mój konik, marzenie, żeby mieć całego Brzechwę. I to realizujemy.

– Och-Teatr dysponuje szczególną sceną, usytuowaną w środku sali na podium między dwoma częściami amfiteatralnie zabudowanej widowni. To wywiera wpływ na grę aktorów, ale i reżyserię. Czy wszyscy się w tych warunkach sprawdzali?

W zasadzie tak. I reżyserzy, i aktorzy lubią tę scenę bardzo, a ja wolę grać na niej niż na pudełkowej, jest dużo bardziej wymagająca. Świetnie przyjmuje farsy, choć konieczny na niej jest ruch, tempo, sztuki „statyczne” zupełnie się na tej scenie nie sprawdzają. Jest także świetna do koncertów.

– W spektaklach Polonii i Och-teatru często występują nestorzy, co spotyka się z dużym aplauzem publiczności. Czy zapewnienie ich obecności w obsadzie wymaga szczególnych zabiegów?

Och, kochamy ich, choć to nasza „udręka i ekstaza”. Uważam, że nie ma teatru bez „starych” aktorów, to oni dają prawdziwą paletę baw i odcieni. Coraz ich mniej, coraz trudniej ich zdobyć i cieszyć się ich wiedzą, techniką i doświadczeniem. Staramy się.

– Teatry niepubliczne, które muszą się utrzymać przede wszystkim z biletów, raczej unikają misji. Tymczasem na scenach pani teatrów niemało spektakli misyjnych – mam na myśli nie tylko bardzo ceniony pani monodram „Zapiski z wygnania”, ale choćby takie tytuły jak „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza czy „Matki i synowie” Terrence’a McNally. Sporo pani ryzykuje.

Niekoniecznie. Publiczność przychodzi na te spektakle, może nie tak tłumnie, ale są i doceniają, że traktujemy ich jak przyjaciół na wesele i smutki.

– Na afiszu Polonii pojawia się sporo monodramów, a na afiszu Och-Café także one man show. Czy to wynika z pani osobistej pasji – artystki mającej za sobą wiele głośnych monodramów, czy z kalkulacji biznesowej?

Z obu tych powodów, ale także dlatego, że ułożenie repertuaru w naszych teatrach jest nie lada wyczynem. Około 350 aktorów z całej Polski, z ich angażami stałymi w innych teatrach, także poza Warszawą, ich filmami, serialami, spektaklami wyjazdowymi, wakacjami i feriami spędzanymi z dziećmi, to gąszcz, slalom z gigantycznymi przeszkodami. Monodramy, spektakle małoobsadowe to lek na „dziury”, kiedy te większe obsady nie mogą się zebrać. Ja sama jestem jak „spadochroniarz”, zawsze do dyspozycji ląduję tam i wtedy, gdzie i kiedy inni nie mogą.

– Polonia i Och-Teatr grają bez przerwy wakacyjnej. To nie jest tak jak w PRL-u, wtedy teatr zarabiał, kiedy nie grał. Teraz jednak trwa spowodowany pandemią przestój. Czy ten czas kwarantanny wymusi na teatrze niepublicznym, a więc na Polonii i Och-Teatrze również, jakieś poważne zmiany?

Mamy nadzieję przetrwać. Wydajemy nasze oszczędności i wzięliśmy właśnie półtoramilionową pożyczkę na pensje dla pracowników i konieczne koszty stałe i… czekamy z aż trzema gotowymi premierami na możliwość grania. Do zobaczenia w teatrze już wkrótce. „Oszuści” i „Wspólnota mieszkaniowa” będą niespodziankami w Och-Teatrze, „Cwaniary” i „Portret artysty z czasów starości” w Teatrze Polonia, ja zrobię nową rolę na grudzień w tekście Jarosława Mikołajewskiego „Aleja zasłużonych”. W wakacje przymierzamy się do przeniesienia do Internetu „Na czworakach” Różewicza i „Pana Jowialskiego” Fredry. Do zobaczenia.

[Tekst opublikowany w tygodniku „Przegląd” 15 czerwca 2020]

Dodaj komentarz