Anna Maria Rachel

Urodziła się 24 stycznia 1940 w Makowie Podhalańskim, do Krakowa przeniosła się z rodzicami ok. 1946 roku.

Po ukończeniu Liceum Plastycznego w 1959 r. studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim i scenografię na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych – w pracowni wybitnego artysty teatru Andrzeja Stopki. Dyplom uzyskała w 1967 r.

Debiutowała w 1964 r. „Szkołą żon” Moliera w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej i jeszcze w czasie studiów opracowała scenografię do 11 przedstawień. W 1975 r. przeprowadziła się do Warszawy, gdzie mieszka do dzisiaj. Ma dwóch synów : Jakuba Staronia i Krzysztofa Koeniga.

Pracowała w większości polskich teatrów dramatycznych, m.in. w Teatrze Narodowym, Polskim i Popularnym w Warszawie, w Starym Teatrze w Krakowie, Teatrze Wybrzeże w Gdańsku ( w latach 1985-99), T. Nowym w Łodzi, T. Śląskim w Katowicach czy w T. Polskim w Bydgoszczy (w latach 1974-76). Stworzyła projekty dekoracji i kostiumów oraz doprowadziła do ich realizacji w premierach dramatów takich, jak : Wiliama Szekspira „Romeo i Julia”, „Wszystko dobre, co się dobrze kończy” czy „Wieczór trzech króli”, Moliera „Lekarz mimo woli”, Jean`a Racine`a „Andromacha”, Fryderyka Schillera „Wallenstein”, Mikołaja Gogola „Rewizor”, Henrika Ibsena „Upiory”, Augusta Strindberga „Taniec śmierci”, „Biały łabędź”, Antoniego Czechowa „Wujaszek Wania”, „Wiśniowy sad”, Roberta Bolta „Vivat ! Vivat Regina”, Botho Straussa „Park”.

Tworzyła scenografię również do sztuk polskich autorów, klasycznych i współczesnych, m.in. : Aleksandra Fredry „Wychowanka”, „Dożywocie”, „Rewolwer”, „Śluby panieńskie”, St. Wyspiańskiego „Wesele”, Tadeusza Różewicza „Nasza mała stabilizacja”, Stanisława I. Witkiewicza „Jan Maciej Karol Wścieklica” i „Mr Price”, Jerzego Andrzejewskiego „Już prawie nic”, Leona Kruczkowskiego „Śmierć gubernatora”.

Anna Maria Rachel jest wielokrotną laureatką ogólnopolskich festiwali teatralnych w Kaliszu i Toruniu, a także nagród krytyki teatralnej. Jej prace scenograficzne – przy okazji gościnnych występów polskich teatrów oglądali widzowie Niemiec, Finlandii, Czechosłowacji, Węgier, Związku Radzieckiego i nawet Korei Płd. W 1986 r. w Nationaltheater Mannheim (wówczas RFN) wystawiła w reżyserem Krzysztofem Babickim (wieloletnia ścisła współpraca) „Don Carlosa” Fryderyka Schillera w ramach Festiwalu Schillerspiele. W 1987 r. w fińskim Teatrze Narodowym Suomen Kansallisteatten w Helsinkach zaprojektowała i zrealizowała kostiumy do „Białego małżeństwa” Tadeusza Różewicza i „Upiorów” Henrika Ibsena.

Prace scenograficzne Anny Rachel w teatrze dramatycznym stanowią, choć największą, to jednak tylko część jej dorobku artystycznego. Współpracowała również z teatrami muzycznymi – balety : „Don Kichot” Ludwiga A. Minkusa czy „Fontanna Bachczysaraju” Borysa Afasjewa, musicale: „Bal w operze” Richarda Heuberga czy „Człowiek z La Manchy” Mitchella Leigha. Ogromny jest jej dorobek w realizacjach Teatru Telewizji, można wymienić choćby „Malowidło na drzewie” Ingmara Bergmana czy „Rogacz wspaniały” Fernanda Crommelyncka. Współpracowała tu z takimi reżyserami, jak Stanisław Hebanowski, Krzysztof Babicki, Ryszard Bugajski, Jerzy Gruza, Marta Meszaros, Juliusz Machulski czy Kazimierz Kutz. Poza tym tworzyła scenografie i kostiumy do wielkich cykli telewizyjnych programów rozrywkowych. W latach 1968-70 ściśle współpracowała z Zespołem Pieśni i Tańca „Śląsk”.

Pracowała jako scenograf i kostiumolog przy filmach :  „Jowita” (1967) w reż. Janusza Morgenszterna i „Plac bohaterów (Heldenplatz)” (1998) w reż. Piotra Szalszy oraz „Ondraszek” (film baletowy,1968) do muzyki Wojciecha Kilara.

Anna Maria Rachel zrealizowała w sumie ponad 300 przedstawień i widowisk.

Z Anną Rachel rozmawia Ewa Sośnicka – Wojciechowska.

– Proponuję zacząć od „zarania dziejów”. Jak wspominasz dzieciństwo ?

Wspaniale ! Byłam jedynaczką, wszystko było dla mnie… Zostałam posłana do szkoły katolickiej czyli do Urszulanek, bo, jak to w Krakowie, tylko tam mogłam wyrosnąć na przyzwoitą dziewczynkę. Ale w czwartej lub piątej klasie rodzice przenieśli mnie do szkoły publicznej.

– Pewnie już wtedy dużo rysowałaś…

Nie, wcale. Dopiero w liceum nauczyciele zauważyli, że zamiast brać udział w lekcji – ciągle pod ławką rysuję. Jakaś mądra nauczycielka wytłumaczyła matce, że trzeba mnie przenieść. I tak trafiłam do drugiej klasy Liceum Plastycznego.

W tym liceum mogłaś rysować na ławce. Jak je wspominasz ?

Znakomicie, choć bywało różnie. Od czasu do czasu dyrektor wyrzucał mnie: „nie będziesz chodziła do tej szkoły, jutro przychodzisz z rodzicami !” Tylko że każdy z nas bywał tak przez niego wyrzucany… Klasa liczyła chyba 11 osób, na przedmioty teoretyczne chodziliśmy na czwarte czy piąte piętro jakiejś kamienicy, a na zajęcia praktyczne przenosiliśmy się gdzie indziej. Mieliśmy wspaniałych profesorów i takie przedmioty jak np. umuzykalnienie. To nas niewątpliwie rozwijało w inny sposób, niż koleżeństwo ze zwykłego liceum.

– Chodziliście w mundurkach ?

Nie no, skąd ! Nosiłam czerwone spódnice i pomalowane nogi ( bo malowałyśmy je sobie chyba wszystkie), a fartuchy zakładałyśmy tylko w pracowni rzeźbiarskiej lub malarskiej. A i tak wracałam do domu brudna od farb i innych specyfików. Rodzice mieli już tego serdecznie dość i z utęsknieniem czekali na maturę.

– I zdałaś na Wydział Historii Sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim?

Tak. Oprócz rodziców naciskał na wybór tego nobliwego kierunku studiów mój ówczesny narzeczony, który nie chciał mieć żony plastyczki.

– Opowiedz mi o swoim domu rodzinnym. 

Od dzieciństwa pamiętam, że w domu rozmawiało się głównie o teatrze. Moja ciotka studiowała i była potem aktorką, jej mąż a mój wujek, Mieczysław Górkiewicz, był aktorem i reżyserem… Poza tym wtedy rzadko w którym domu stało pianino. A u nas było, więc przychodziła ciotka i jej koleżeństwo ze szkoły teatralnej, żeby grać, śpiewać, ćwiczyć po prostu. Wszystkich tych krakowskich studentów, czy potem początkujących aktorów – znałam.

– No to już wiem, czym za młodu „skorupka nasiąkła”… Tak więc studiujesz na Historii Sztuki już trzy lata i ?

Przychodzili do nas również scenografowie, tacy jak Andrzej Majewski, Andrzej Sadowski i często z nimi rozmawiałam. To oni doszli do wniosku, że marnuję się na tej historii sztuki i powinnam studiować scenografię, bo to mnie wyraźnie najbardziej interesuje. Tak więc na początku czwartego roku historii sztuki dostałam się na drugi rok malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych (scenografia zaczynała się dopiero chyba na trzecim roku). I niebawem mój wujek Mieczysław Górkiewicz zaproponował mi zaprojektowanie scenografii do „Szkoły żon” Moliera. I tak w lutym 1964 r. odbyła się w Bielsku-Białej premiera z moją – pierwszą w życiu – scenografią. Również Andrzej Majewski w tym czasie zaangażował mnie jako swoją asystentkę przy jego realizacji „Wariatki z Chaillot” Jeana Giraudoux w Starym Teatrze. Reżyserował Zygmunt Hϋbner, premiera: październik 1964 r. Było trochę żartów w teatrze dotyczących tej  asystentury – „Co mu się stało?” (Majewskiemu – śmiech).

– A trzecia premiera ? Witkacy w Katowicach ?

Pojechałam do Katowic na festiwal teatralny i okazało się, że nie ma już żadnych biletów. A ja bardzo chciałam zobaczyć pewien spektakl. Wślizgnęłam się więc do Teatru Śląskiego od zaplecza i zaczęłam krążyć po korytarzu z nadzieją, że przedostanę się na widownię. Zauważył mnie tam wicedyrektor teatru i zagadnął – co ja tu robię? Powiedziałam, że jestem studentką, że scenografia i że bardzo chcę zobaczyć spektakl. Rozmowa się przedłużyła i w końcu padło, że może będą dla mnie mieli jakąś pracę. I naprawdę tak się stało ! To była scenografia do „Mister Price, czyli bzik tropikalny” (1965, reż. Ryszard Sobolewski).

– Ciekawe, czy dziś studenci scenografii wykazują taką determinację na festiwalach teatralnych.

Mój mistrz Andrzej Stopka żartował, że aktorzy są gotowi opóźnić spektakl, bylebym tylko ja dostała się na widownię (śmiech). A na egzaminie dyplomowym mówił, że dam sobie radę. Bo nawet gdyby mnie gdzieś utkać, schować lub wyrzucić jakimiś drzwiami, to i tak spod  stołu usłyszy „Ja to zrobię !”. Nie obawiał się, że po studiach będę bezrobotna. Bo to była moja pasja. Chciałam robić wszystko. Od strony scenografii, oczywiście. I miałam wiarę w to, co robię. Poza tym jeździłam na festiwale, bo chciałam jak najwięcej zobaczyć i poznawałam wielu ludzi teatru, którzy często później mi pomagali. Pamiętam na przykład, że otrzymałam propozycję od choreografa Zygmunta Patkowskiego, z którym współpracowałam przy Witkacym w Katowicach, ażebym zaprojektowała scenografię i kostiumy do baletu w Operze Wrocławskiej. Gdy przyjechałam na spotkanie z dyrektorem opery, ten był nieco skonfundowany. „Dziecko, wiesz, my tu współpracujemy…” i tu padły nazwiska znanych scenografów – m.in. Majewskiego czy Pankiewicza. Ale ja spokojnie zaproponowałam, że zrobię projekty, przedstawię i wtedy pan dyrektor zdecyduje. W efekcie powstał balet „Don Kichote” w mojej oprawie – premiera w 1966 r. I wtedy przy ustawieniu świateł pomógł mi Franciszek Starowieyski – znaliśmy się. Poprosiłam go, bo mieszkaliśmy w jednym hotelu. Po prostu. Podczas pracy w operze dyrektor mówił do mnie „córeczko”, natomiast reszta pracowników zwracała się do mnie per „ Pani profesor” ( byłam na drugim roku scenografii ! – śmiech).

 

 

    Człowiek z Ma Manchy, musical,reż.Jerzy Gruza, Teatr Muzyczny w Gdyni 1991

 

– Czemu Cię tak tytułowali ?

Okazało się, że taki jest zwyczaj w operze. Dyrektor mnie uprzedził, żebym nie oponowała.

– No i gdzie trafiłaś po skończeniu studiów ?

Najpierw był ślub z moim pierwszym mężem Leszkiem Staroniem, potem urodziłam naszego syna Kubę, a następnie otrzymałam angaż kostiumologa w Zespole Pieśni i Tańca Śląsk. Pojechałam więc do Koszęcina z dzieckiem, a mój mąż pojechał studiować reżyserię filmową w Łodzi. A ta praca w „Śląsku” okazała się dla mnie znakomitym doświadczeniem, ponieważ musiałam poznać i nauczyć się etnografii. Przez całe moje późniejsze życie zawodowe bardzo mi się znajomość tej dziedziny przydała.

– A co się stało z Twoją historią sztuki ?

Skończyłam. Studiowałam jednocześnie na Akademii i na UJ-cie, aż zostałam magistrem.

– O ! A kiedy odeszłaś z Koszęcina ?

Chyba po dwóch latach, potem rozwiodłam się z Leszkiem i poznałam mojego drugiego męża, Jerzego Koeniga (krytyk teatralny). Zamieszkaliśmy w Warszawie w jednym lokalu z Konstantym Puzyną (on w jednym pokoju, my w drugim). Potem Jurek dostał małe mieszkanko. Byłam już wtedy w ciąży z drugim moim synem. Krzysiem. Czyli był to 1975 rok.

– Według spisu Twoich dokonań (e-teatr) we wrześniu owego roku odbyła się premiera „Hyde-Parku” w Bydgoszczy. A syna urodziłaś 3 sierpnia. Jak to było?

Pamiętam tylko, że przy projektowaniu mogłam wyłącznie stać. Mogłam jeszcze ewentualnie leżeć, ale przecież nie zostawiłabym reżysera bez scenografii.

 

 

 

                                                                   Jaś i Małgosia, balet, Opera Bałtycka 1992

 

– Co za hart ! Jednak potem nadal żyłaś „na walizkach”, bo prawie wszystkie Twoje kolejne premiery miały miejsce poza Warszawą. Bydgoszcz, Olsztyn, Białystok, Kielce, Łódź, Gdynia (Teatr Muzyczny), Gdańsk (Teatr Wybrzeże) itd., a w stolicy sporadycznie. Jak to znosiłaś ?

Po prostu kochałam to, co robię. Kochałam do momentu, gdy zaczęto oddzielać scenografię od kostiumów. Dopóki tworzyłam całość czyli właśnie scenografię i kostiumy, mogłam tworzyć swój świat. Ale zaczęłam otrzymywać propozycje zaprojektowania tylko kostiumów. Tu porozumienie ze scenografem i reżyserem momentami graniczyło z cudem. I trzeba było iść na kompromis. A to nie bardzo było zgodne z moim charakterem. Poza tym lubiłam współpracować z mężczyznami. Lubiłam reżyserów, którzy dokładnie wiedzieli, co chcą osiągnąć, mieli konkretną wizję spektaklu. U kobiet też to się zdarzało, ale zdecydowanie rzadziej.

 

                                             Dyskusja przy makiecie, TVP – TTV

 

                                                                       Teatr Wybrzeże – Mała Scena

 

                                             Na pierwszym planie Anna Dymna – Biały łabędź TTV 1995

– I przez 16 lat współpracowałaś z reżyserem Krzysztofem Babickim…

Z początku bałam się, że się z nim nie porozumiem z powodu dużej różnicy wieku… Ale miał dla mnie kolejne propozycje, bardzo interesujące. No to brałam. Poza tym Krzysztof był (i pewnie jest do dziś – śmiech) bardzo inteligentny i konkretny w pracy. Dobrze mi się z nim pracowało i nagle zauważyłam, że pracuję właściwie tylko z nim. Podejrzewam, że jeśli ktoś inny mnie wymyślił do swojego projektu, to zaraz potem stwierdził – Ona jest na pewno zajęta, przecież współpracuje z Babickim…

 

                                                                    Kinga Preis w roli Pani Bovery, TTV 1998

  Malowanie drzwi widoczne w lustrze –  Teatr Telewizji – TVP

 

– Co myślisz o latach, w których tak intensywnie pracowałaś ?

Sądzę, że wtedy rozmawiało się ze sobą w dużo większym stopniu, niż dzisiaj. Siadaliśmy, robiliśmy jajecznicę lub jedliśmy rybę z gazety ( w czasach PRL-u sprzedawano, z braku papieru lub innych opakowań, żywność owiniętą w gazetę) i rozmawialiśmy. Do późnej nocy, szczególnie, jeśli tym rozmowom towarzyszył alkohol. Nie było telewizji, laptopów, tabletów, komórek. Nic nam nie przeszkadzało. Myślę, że w moim rozwoju zawodowym te rozmowy z ludźmi z branży odegrały dużą rolę.

 

 

Bardzo dziękuję za rozmowę – Ewa Sośnicka-Wojciechowska

Dodaj komentarz