Teatr musi grać

Z Gołdą Tencer, dyrektor Teatru Żydowskiego rozmawia Tomasz Miłkowski

– Teatr Żydowski nosi imię dwóch wielkich patronek: Ester Rachel i Idy Kamińskich. To jedyny bodaj taki przypadek podwójnego patronatu. Jakie jest jego źródło?

Matką teatru żydowskiego była Ester Rachel Kamińska, na swoje czasy bardzo nowoczesna aktorka. Z pieniędzy zebranych na tournée po Ameryce stworzyła na ulicy Oboźnej teatr na 1800 miejsc. Jej córka, Ida Kamińska, po wojnie, którą tak niewielu Żydów przeżyło, postanowiła stworzyć pomnik dla tych 6 milionów pomordowanych. Tym pomnikiem był Teatr Żydowski. Jego patronką uczyniła swoją matkę. Ocaleni wciąż jeszcze mówili w jidysz. Kamińska tłumaczyła współczesne sztuki na jidysz, stworzyła, podobnie jak jej matka nowoczesny, ważny teatr. Szymon Szurmiej, jego późniejszy dyrektor, po wyjeździe Idy Kamińskiej w 1968 roku, walczył o nadanie teatrowi jej imienia. To był przecież jej teatr, jej ideowy dom. W ten sposób teatr stworzony przez Esterę Rachel ma kontynuację, ciągłość, nie zapomina o tym, z czego wyrósł. Dobrze się stało, że ma dwie patronki, matkę i córkę.

– Mija 70 lat od powstania Państwowego Teatru Żydowskiego w Warszawie. Najprościej podzielić ten okres na 3 etapy: dyrekcję Idy Kamińskiej, dyrekcję Szymona Szurmieja i Pani Dyrekcję od kilku lat. Czym się różnią te trzy etapy?

Mają wspólny mianownik – teatr przez te wszystkie lata gra w jidysz. Poza tym to zawsze był teatr repertuarowy, starał się docierać do wszystkich. Każdy dyrektor wnosi od siebie to, co ma najlepsze. Ida Kamińska miała bardzo trudne zadanie zbudowania po wojnie teatru praktycznie od zera, szukała aktorów nie tylko w Polsce, próbowała scalać ten rozbity żydowski świat i dać go artystom i widzom. W pewnym sensie każda z dyrekcji wniosła coś do odrodzenia żydowskiego życia w Polsce. Po wyjeździe Kamińskiej dyrekcję objął na rok Juliusz Berger, a po nim Szymon Szurmiej. Zasługą Szymona Szurmieja było stworzenie studium aktorskiego, które skończyło trzynaście roczników. To ogromne osiągnięcie dla żydowskiej sceny. 80 procent obecnego zespołu Teatru to aktorzy wykształceni w tym studiu. Swoją dyrekcję rozpoczęłam od zaproszenia do współpracy Mai Kleczewskiej, zrobiła u nas cztery spektakle. Pamiętam tę pierwszą rozmowę. – Maju, chciałabym troszeczkę przewietrzyć teatr, ale bez przeciągu. Konsekwentnie to realizuję. W ciągu pięciu lat dałam prawie 40 premier, kontynuuję pracę Kamińskiej i Szurmieja, ale idę też własną drogą. Do swoich zasług zaliczam współpracę z wieloma młodymi reżyserami, niektórych angażowałam, kiedy jeszcze byli w szkole, innych zaraz po jej ukończeniu. Też kiedyś dostałam taką szansę, teraz mam możliwość zrewanżować się losowi.

– Ida Kamińska nie doczekała się otwarcia nowej siedziby teatru przy Placu Grzybowskim, a wydarzenia marcowe położyły się długim cieniem na jego losach. A jednak Teatr Żydowski przetrwał. Cudem?

Tu nie było cudu. Przestańmy mówić o cudach. Wiele osób było przeciwnych. Bez ciężkiej pracy Szymona Szurmieja, nie udałoby się tego teatru utrzymać. Pamiętam doskonale początki, bo też wtedy zaczynałam. Na widowni siadło 20-30 osób, naprawdę zamiast cudów była ciężka praca, aby teatr mógł grać przy pełnych salach i aby w ogóle nie przestał istnieć.

– Czy misja kultywowania odchodzących w zapomnienie tradycji żydowskich, przypominania klimatu małych miasteczek była dla Teatru Żydowskiego swego rodzaju opoką, czy obciążeniem?

Nie była ani obciążeniem, ani opoką. Cieszymy się z tego, że możemy opowiadać żydowskie historie. Czuję się spadkobierczynią 6 milionów zamordowanych Żydów, oni nie mogą już opowiadać swojej historii, to my je opowiadamy. Teatr Powszechny się wtrąca, a Teatr Żydowski pamięta. Jest wiele sztuk o Holokauście, od tego nie uciekniemy. Staram się budować bogaty repertuar. To, co robimy, wydaje się być dobrym kierunkiem.

– W ostatnich latach dyrekcji Szymona Szurmieja młodzi recenzenci zarzucali Teatrowi Żydowskiemu nadmierny konserwatyzm. Pani otworzyła drzwi Żydowskiego na nowe impulsy estetyczne. Jak udało się uniknąć kryzysu – sama nazywa Pani to „przeciągami”?

Nie do końca wiem, skąd wzięły się te opinie. Do nas bardzo rzadko przychodzili recenzenci, jakby teatr był zamknięty. Niedawno pokazaliśmy w sieci archiwalne spektakle „Komedianci”, „Gwiazdy na dachu” – bardzo mnie wzruszyły, jaka tam była muzyka (stworzona pod okiem Leopolda Kozłowskiego), choreografia Witolda Grucy, jakie kostiumy, jaka scenografia, jak wspaniale były zagrane. Widowiska na najwyższym poziomie. W Teatrze Żydowskim było wiele przedstawień muzycznych. Ktoś napisał, że to cepelia. A cepelia to rzadka sztuka, to pojedyncze egzemplarze robione przez twórców. Nie uciekam od cepelii, ale daję też inny repertuar. Na „Skrzypka na dachu” bilety wyprzedają się natychmiast, ile spektakli byśmy nie włożyli do repertuaru. Trudno nazwać ten spektakl cepelią. Rozrywka na poziomie jest ludziom potrzebna. W sieci pokazaliśmy też archiwalny spektakl „Mazel Tov” z tournée po Meksyku. Powtarzaliśmy na życzenie publiczności, za każdym razem oglądało nas kilka tysięcy osób. Nigdy nie lubiłam takiego powiedzenia Szymona Szurmieja, że gramy wszystko „od Hamleta do krowy”, nie zgadzam się z nim, ale rozumiem też, że teatr jest bardzo różny i różne są potrzeby widzów. Teatr Żydowski w tej chwili daje klasykę, wyrafinowany musical (jak „Śpiewak jazzbandu” w reż. Wojciecha Kościelniaka), rozrywkę broadwayowską i awangardę. Mamy szeroki repertuar.

– Korekty programowe zbiegły się nieszczęśliwie z pozbawieniem Teatru jego siedziby. Znowu zaczęła się walka o przetrwanie?

Oczywiście, że tak. Kiedy nas nagle wyrzucono, kiedy nie wpuszczono widzów do już okratowanego teatru, wyszliśmy z fragmentami „Skrzypka na dachu” na plac Grzybowski. Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów Polskich sprzedało to miejsce, w którym zawsze powinien być teatr żydowski. To nie wymaga komentarza. Jestem dumna, że pozbieraliśmy się, bo było to bardzo trudne, wciąż jest bardzo trudne, nadal nie mamy sceny, wynajmujemy, jesteśmy uzależnieni nie tylko od siebie. Za to skonsolidował się zespół, wszyscy chcemy grać. I mamy jeden cel – przetrwanie. W tym roku Teatr obchodzi 70-lecie. Inaczej miały wyglądać obchody, trudno, zorganizujemy je huczniej, kiedy to będzie możliwe. Najważniejsze, że jest z nami publiczność, to jest piękne.

– Dzięki Fundacji Shalom, którą Pani założyła i prowadzi od lat, Teatrowi Żydowskiemu przybył silny partner. Owocem tego partnerstwa stał się sławny już na cały świat festiwal „Warszawa Singera”. Czy utrata siedziby zatrzymała impet programowy festiwalu, który rozrastał się z roku na rok?

Nie zatrzymała. Oczywiście, Teatr Żydowski na placu Grzybowskim był miejscem spotkania, mieliśmy tam przepiękne patio, to był nasz dom. W nim wyrośliśmy. To smutne, że już tego miejsca nie ma. Ale festiwal się nie zatrzymał. Pomógł nam Teatr Kwadrat, goszcząc nasze festiwalowe wydarzenia. Jeszcze inaczej będzie w tym roku, bo z powodu epidemii, będziemy grać i w sieci, i w realu. Mam nadzieję, że się uda dzięki naszym wspaniałym pracownikom z techniki, administracji, dzięki aktorom. Zapraszamy w tym roku również gości zagranicznych. To wszystko nie jest łatwe, ta 17. edycja będzie inna, bo musi być, ale bardzo się na nią cieszę.

– To festiwal Singera sprawił, że zdarzenia związane z kulturą żydowską przekroczyły granice teatru i placu Grzybowskiego, a utrata siedziby wzmocniła tę obecność. Dzisiaj Żydowski gra właściwie wszędzie?

Mogę tylko potwierdzić, że gramy prawie w całej Warszawie. A Festiwal Warszawa Singera również w Leoncinie, Biłgoraju, Radzyminie i Nowym Jorku, miejscach związanych z Singerem.

– Jednym z trudnych problemów, przed którymi stanął Szymon Szurmiej był język – kurczyła się widownia znająca jidisz. Teatr początkowo grał w jidisz z tłumaczeniem symultanicznym na język polski, a potem już tylko po polsku. Teraz jidisz – przynajmniej od czasu do czasu – wraca na scenę Teatru Żydowskiego. Kolejny cud?

Same cuda! Rzeczywiście wraca. Szymon nie odszedł nigdy od jidysz, a my staramy się wystawiać w sezonie jedną, dwie sztuki w jidysz, jeśli nam się to nie udaje, dajemy programy jidysz, na przykład prezentacje poezji, bo w jidysz pisali wybitni poeci. Teraz przymierzamy się do dwóch sztuk w jidysz, myślę, że to będzie zaskoczenie dla widzów i krytyków. Piętnaście lat temu założyłam Centrum Kultury Jidysz, na początku uczył prof. Michał Friedman, teraz uczymy na trzech poziomach. Organizujemy międzynarodowe seminaria języka jidysz. Uczymy historii i kultury Żydów, wspólnie z UW prowadzimy Żydowski Uniwersytet Otwarty, również żydowski Uniwersytet Trzeciego Wieku. Obie kultury, polska i żydowska na siebie emanowały i nie mogą bez siebie żyć. W tej chwili Centrum Kultury Jidysz jest częścią Teatru Żydowskiego. Proszę zaglądać na naszą stronę internetową, zapraszamy na zajęcia, wykłady, warsztaty, mamy bardzo bogaty program.

– Obowiązek pamięci – ta idea przenika wiele spektakli Teatru Żydowskiego. Widoczna jest silnie w zainicjowanej przez Panią niezwykłej wystawie „I ciągle widzę ich twarze”. Patronuje jej pani wytrwale od ćwierć wieku – pierwsza wystawa o tej nazwie została otwarta w Zachęcie w roku 1996. Czy czuje się pani strażniczką pamięci?

Tak, czuję się strażniczką pamięci. Na Festiwalu Warszawa Singera wręczamy statuetki „Strażnik pamięci”, bo tych, którzy pilnują przeszłości na szczęście jest wielu. Całe moje życie było związane z kulturą żydowską. Z dzisiejszej perspektywy widzę ogrom działań. Zrobiliśmy naprawdę dużo. Kiedy w prasie, w telewizji ogłosiłam, że szukam zdjęć Żydów, słyszałam: – Nie licz na to. Nie przetrwały. Nie ma Żydów, nie ma zdjęć. Tymczasem dostałam 9000 zdjęć. To olbrzymie archiwum. Dziedzictwo. Z tych zdjęć powstała wystawa „I ciągle widzę ich twarze”, którą pokazaliśmy już w 60 miastach świata.

– Pamięć to nie tylko Holocaust, co znajduje wyraz w dokonaniach teatru – to także opowieść o relacjach polsko-żydowskich, czasem bardzo trudnych, jak doświadczenia Marca 68. Czy dlatego Jerzy Walczak w „Malowanym ptaku” czyta list, zawierający te słowa: „Zwracam się do Państwa z prośbą o przygarnięcie pamięci o żydowskich mieszkańcach naszych ulic, o żydowskich właścicielach domów, w których teraz mieszkamy. O żydowskich lokatorach mieszkań, które dziś są nasze”.

To przepiękny list Jurka Walczaka, napisał, co sam czuje, nie muszę tego komentować. Marzec to ciągle niezamknięta karta i ogromny ból, na pewno w moim pokoleniu. Ból tych, którzy wyjeżdżali, tych, których opuszczali, tych, którzy zostali. Dlatego moja książka „Jidysze mame” zawiera relacje i opowieści moich przyjaciół, Perecowiczów, moich szkolnych kolegów. Mój brat wyjechał, ja zostałam. Dwie zupełnie inne opowieści o Marcu i o bólu.

– W czasie pandemii Teatr też nie zamarł. Pracuje jak zawsze?

Od razu, kiedy zamknięto instytucje kultury postanowiłam, że będziemy grali w sieci – i to nie sporadycznie, ale że zaproponujemy widzom stały repertuar. Daliśmy w tym czasie ponad 50 wydarzeń, w stałe dni tygodnia. Spektakle archiwalne, czytania poezji, spotkania z piosenką żydowską, czytania performatywne sztuk, repertuar dla dzieci, filmy związane z Teatrem Żydowskim, koncert poezji Wisławy Szymborskiej, z jej udziałem nagrany tuż po otrzymaniu przez nią nagrody Nobla. Pracujemy na pełnych obrotach, angażując aktorów, technikę, administrację. W rocznicę wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim nadawaliśmy program przez wiele godzin, od południa do późnego wieczora, jak telewizja, nie tylko transmisję spod Pomnika Bohaterów Getta, ale też wypowiedzi ważnych osobistości, a przede wszystkim relacje Ocalonych. Przez cały dzień obserwowałam zainteresowanie, żywe, wzruszające komentarze. To było wszystkim potrzebne – widzom, nam, i pamięci tych, którzy 19 kwietnia rozpoczęli Powstanie. W każdych warunkach walczymy o naszą obecność, o przetrwanie, spotykamy się z widzami. Teatr musi grać. Ale to pokazało też, że być może teatr w jakimś stopniu pozostanie w sieci. Dlatego zaczęliśmy próby do spektaklu online „Nie ma” Mariusza Szczygła w adaptacji i reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej. Zaczęliśmy, kiedy świat się zatrzymał, to współgrało z tematem książki. W tym trudnym czasie było wiele pięknych sytuacji i chwil – chociaż teatr nie ma pracowni krawieckiej, prawdę mówiąc nie ma w tej chwili żadnej pracowni, nasza wspaniała garderobiana Ola Lipka zainicjowała, organizowała i nadzorowała szycie maseczek dla domów dziecka i różnych instytucji społecznych. Nasi pracownicy uszyli ponad 1500 maseczek, a dodam, że wcześniej nie umieli tego robić. Po prostu szybko się nauczyli, nasi pracownicy techniczni, administracyjni. Ola organizowała też zbiórkę karmy dla zwierząt dla schroniska w Celestynowie, a także zabawek dla domów dziecka. Wszyscy włączaliśmy się w te akcje, i dało to nam poczucie sensu w tej dość beznadziejnej i bezsensownej sytuacji. Jako teatr, mogliśmy się na coś przydać. Z kolei aktorzy przychodzili do mnie z własnymi pomysłami na działania online. Kręcili czytania i klipy. Bardzo to jest budująca wiedza, że Teatr Żydowski to ludzie z inicjatywą, twórczy i zdolni, chętni do działania, angażujący się.

– W tymczasowej siedziby przy Senatorskiej znalazło się miejsce na maleńką salę teatralną imienia Szymona Szurmieja. Dzisiaj kameralny przekaz będzie w cenie. Czy ta mała scenka pomoże przywrócić żywy kontakt z publicznością?

Na tej scence mogą w tej chwili grać cztery osoby. Widownia liczy 50 miejsc. Nie wiem, ile osób będziemy mogli wpuszczać. Zaczęliśmy próby, ale nie wiem, czy będziemy tam grać. Ale grać nie przestaniemy.

– Czy już więcej wiadomo o mających nastąpić przenosinach Teatru Żydowskiego do nowej siedziby? Najpierw była mowa o kamienicy przy ulicy Próżnej, potem o Teatrze na Woli. A teraz?

Wiadomo, miasto Warszawa, zakupiło, jak państwo wiecie z prasy, budynek Sceny na Woli Teatru Dramatycznego. Do budynku należącego do Miasta, ma się przenieść Teatr Żydowski. Jesteśmy w czasie rozmów. Ta przeprowadzka nie nastąpi szybko, konieczny jest remont, ale to już światełko w tunelu. Oczywiście, żal mi ulicy Próżnej, placu Grzybowskiego, bo to nasze klimaty. Ale jestem szczęśliwa, że skończy się nasza tułaczka, cała ta trudna logistyka, a przede wszystkim niepewność. To najlepszy prezent na nasz jubileusz.

[Poszerzona wersja rozmowy opublikowanej w „Dzienniku Trybuna” 10 czerwca 2020]

Dodaj komentarz