Andrzej Strzelecki pokazał własną twarz

Laudacja Grzegorza Mrówczyńskiego dla Andrzeja Strzeleckiego, Laureata Nagrody AICT im. Stefana Treugutta:

Kapituła Nagrody im. Stefana Treugutta przyznaje nagrodę za sezon 2018/2019 za dzieło telewizyjne – Andrzejowi Strzeleckiemu, autorowi scenariusza, tekstów piosenek i reżyserię spektaklu Teatru Telewizji pt. „Paradiso”. Premiera 18.03.2019 r.

Andrzej Strzelecki napisał utwór dramatyczny, którego źródłem inspiracji był okres dwudziestolecia międzywojennego. Autora interesował przede wszystkim pełen złożoności i naturalnego napięcia moment poprzedzający wybuch wojny. Mamy rok 1938, już po zajęciu Zaolzia. Bohaterowie widowiska zbierają się w „Paradiso”, lokalu kawiarniano-dancingowym przypominającym słynną warszawską „Adrię” – na kolejnym wieczorze towarzyskim. Widzimy elitę ówczesnego społeczeństwa. Orkiestra bardzo profesjonalna gra nastrojową muzykę, piękna solistka śpiewa niebanalne piosenki. Nad całością czuwa właściciel lokalu. Zabawa trwa. Jesteśmy w raju dla bogatych i wpływowych.

W gabinecie właściciela „Paradiso” Floriana Drawicza (Witold Dębicki) nieoczekiwanie zjawia się pisarz Władysław Wierzejski (Piotr Machalica), więzień Berezy Kartuskiej, który podpisał lojalkę, aby wyjść na wolność. Po rocznym zatrzymaniu stał się kaleką. Teraz w „Paradiso” chce się zemścić na sprawcy okrutnego wyroku, wiceministrze spraw wewnętrznych Konstantym Barwińskim (Sławomir Orzechowski), który często przychodzi do tego modnego lokalu. Wierzejski to postać fikcyjna, ale kojarzy się nam ze Stanisławem Catem-Mackiewiczem, redaktorem naczelnym „Słowa Wileńskiego” niesłusznie osadzonym w Berezie za krytykę władz. Zresztą nie tylko z nim lecz również ze skatowanym przez nieznanych sprawców Tadeuszem Dołęgą-Mostowiczem, czy z innym pisarzem Adolfem Nowaczyńskim, któremu wybito oko. O tych dwóch ostatnich rozmawia się zresztą w „Paradiso”.

Właściciel lokalu Florian Drawicz usiłuje odwieźć Wierzyńskiego od szalonego zamiaru zabójstwa, ale zdaje się, że na próżno.

Strzelecki dramaturg stosuje coś w rodzaju suspensu. Tak naprawdę nie wiadomo, co się stanie, zwłaszcza że wiceminister Barwiński przybywa do lokalu, rozpoznaje Wierzejskiego i z atencją zaprasza go do własnego stolika, przy którym siedzi już żona wiceministra (Dominika Kluźniak) oraz sławny jasnowidz Stefan Kossowski (Tomasz Sapryk), także z żoną (Joanna Pałucka). Konstanty Barwiński przypomina kolejną postać historyczną Kostka Biernackiego, twórcę i nadzorcę Berezy Kartuskiej nazwanej niewinnie „miejscem odosobnienia”, utworzonego za wiedzą samego Marszałka. Z kolei jasnowidz Kossowski kojarzy się ze Stefanem Ossowieckim, uważanym za najsłynniejszego polskiego jasnowidza cieszącego się sympatią Józefa Piłsudskiego. Podobno Ossowiecki przewidział wybuch wojny, ale na prośbę władz zachował tę wiedzę dla siebie.

Innym wątkiem akcji toczącym się równolegle w „Paradiso” jest sprawa produkcji nowego filmu fabularnego. Producentowi Maurycemu Grunbergowi (Wojciech Pszoniak) brakuje pieniędzy. Natomiast uspokaja on towarzyszącego mu gwiazdora kina Kazimierza Orszę (Jan Englert), że ten na pewno dostanie główną rolę, a może nawet dwie (bo bohaterowie są braćmi). Grunberg będzie chciał pożyczyć pieniądze od polskiego barona przemysłowca. Jeszcze nie wie, że ten już zbankrutował. Orsza wywierający presję na żydowskiego producenta jednocześnie bryluje w towarzystwie, opowiadając antysemickie żarty, co czyni go figurą tragikomiczną.

W „Paradiso” świetnie się bawi płk Adam Maślakiewicz (Krzysztof Tyniec), bo wpadła mu w oko ładna dziewczyna pracująca w lokalu, Adela Strońska (Milena Olchowska). Zatem bezceremonialnie wykorzystuje swojego adiutanta jako posłańca. Pułkownik Maślakiewicz okazuje się być wielce zasłużonym dla niedawno odzyskanej niepodległości. Jednak tego wieczoru szuka jeszcze stosownego momentu, by zamienić parę słów ze swoją kochanką obecną w lokalu. To Zofia, żona wspomnianego jasnowidza Kossowskiego. Z własną żoną Maślakiewicz pokazuje się tylko na rządowych rautach.

Mamy też w „Paradiso” wielką miłość. Wspomniany już polski baron przemysłowiec Witold Banicki (Piotr Fronczewski), cieszący się ciągle sympatią właściciela lokalu (który po raz kolejny otwiera mu rachunek) zakochał się w dużo młodszej Adeli Strońskiej, teraz obiekcie pożądań płk Maślakiewicza. To dla Adeli Banicki przyszedł do „Paradiso”. Może ostatni raz?…

Przy jednym ze stolików siedzi samotnie wciąż piękna hrabina Nelly Sarzyńska (Ewa Wiśniewska). Jej dialogi z młodymi mężczyznami – kelnerem (Hubert Paszkiewicz) czy Rahnem juniorem (Marcin Januszkiewicz), który przyjechał do Warszawy z ponurymi wieściami z Berlina imponują trzeźwą oceną sytuacji i potęgują niepokój.

Wymienione tu wątki fabularne łączy efektowny występ solistki (Katarzyna Dąbrowska). Piosenki (muzyka Marek Stefankiewicz) są poetyckim komentarzem, a ostatnia z nich staje się rodzajem kasandrycznej przepowiedni:

„Jutro może być inaczej

jutra może nie być już”

Warto jeszcze zwrócić uwagę na dramaturgiczną konstrukcję prologu i epilogu. W prologu pada samobójczy strzał jednego z głównych bohaterów oraz jesteśmy świadkami odczytania testamentu zmarłego nagle właściciela lokalu Floriana Drawicza. Drawicz przypomina historycznego właściciela Adrii Franciszka Moszkowicza, który zmarł przed wybuchem wojny. W testamencie anulował długi swoich gości, a niedobory polecił wyrównać ze swojego majątku.

Prolog łączy się z epilogiem dzięki młodym postaciom – Reporterowi (Bartosz Mikulak) i Adeli Stroińskiej, którą Drawicz uczynił spadkobierczynią (piękny motyw ukrycia żydowskiej dziewczyny jako pasierbicy, dziedziczki arystokratycznego rodu).

Zatem wydarzenia w „Paradiso” śledzimy w retrospekcyjnym oddaleniu. Czas w dramacie Strzeleckiego pełni istotną funkcję, a jego symbolem staje się złoty zegarek samobójcy barona Banickiego. Wcześniej to od barona dowiadujemy się, że właśnie Boy przetłumaczył „W poszukiwaniu utraconego czasu”. Potem złoty zegarek ponownie pojawi się w finale, jako znak podarowanego młodym czasu.

Andrzej Strzelecki oparł swój scenariusz na prawdziwych wydarzeniach, ale postaci, które widzimy, są fikcyjne. Sugestywne splecenie dwóch materii dało ciekawy rezultat. Wierzymy, że tak mogło być naprawdę. Przy czym autor nie dokonuje apoteozy międzywojnia, jak również nie atakuje za tak zwane „rachunki krzywd”. Strzelecki postanowił po swojemu i w sposób widowiskowy opowiedzieć znaną historię o pięknym, eleganckim świecie, który nie istnieje. To także świat polskiego inteligenta i dalekie echa zmagań z tradycją i historią á la Gombrowicz. Wyjątkowy jest też język, jakim posługują się bohaterowie „Paradiso”. Dialogi bez zbędnego słowa, pełne ironii, niekiedy paradoksalnie dowcipne mogą przywoływać echo rozmów mrożkowskich. Podobnie jak autor „Tanga” – Strzelecki gotów jest kpić ze wszystkiego z wyjątkiem Śmierci.

Niezaprzeczalną wartością spektaklu „Paradiso” stała się niecodzienna obsada aktorska. Każda z kreacji wymagałaby szczegółowego omówienia, co przekraczałoby normy niniejszej laudacji. Reżyserowi Andrzejowi Strzeleckiemu należy się uznanie za zaproszenie znakomitych aktorów i wzorową, jak się zdaje, pracę z nimi. To również świetny przykład dla młodych talentów, jakie zagrały w tym przedstawieniu. Pojawiła się nadzieja, że przemiany, którym podlega rzeczywistość teatralna nie muszą oznaczać obniżenia wysokiego poziomu aktorstwa.

Spektakl „Paradiso” wyróżnia się także konsekwentnie budowanym obrazem filmowym, gdzie jak w „Starym kinie” skupiono się głównie na aktorskich osobowościach, a przestrzeń stanowiła tło dla wydarzeń. Autor zdjęć Piotr Bernat wydobywał więc z tętniącej muzyką, spowitej dymem cygar i wypełnionej po brzegi sali tanecznej – elegancko ubrane postaci gości „Paradiso”. Czasem widzimy zarys głównego wejścia i ażurowych okien (scenografia Marek Chowaniec, Tatiana Kwiatkowska). W przeraźliwie białej smudze reflektora pojawia się i oddala śpiewająca Solistka. Wyjątek stanowi intymność gabinetu Floriana Drawicza. Tutaj „gra” szczegół bibelotów z epoki i modernistyczny fresk z fotelem właściciela. Jak zawsze zadziwia delikatny i perfekcyjny zarazem montaż Beaty Barciś.

Andrzej Strzelecki wymyślił i zrealizował spektakl w formule trudnej do nazwania. Mamy do czynienia z teatrem osobnym, z charakterystycznym, pełnym gryzącej ironii lekkim sposobem narracji.

Sándor Márai, który (podobnie jak baron Banicki w „Paradiso”) swoje życie zakończył samobójczym strzałem, zawsze podziwiał u innych twórców umiejętność lekkości w przedstawianiu zawiłych, a czasem i tragicznych historii. Cyt: „Lekkie gatunki, wcale nie takie łatwe. Są lekkie w inny sposób – jak numer artysty cyrkowego, który na czubku palca podnosi ciężki przedmiot, jakby nic nie ważył”.

Wydaje się oczywiste, że autorski spektakl telewizyjny Andrzeja Strzeleckiego nie jest tylko podróżą w czasie. Na pewno twórcy udało się to, że myślimy o współczesności, o naturze władzy, o Polsce silnej lub też słabej.

Niezależnie od asocjacji i bardziej lub mniej stosownych porównań z innymi autorami i tradycją – Andrzej Strzelecki pokazał własną twarz i opowiedział napisaną historię w sobie tylko właściwy sposób.

W imieniu Kapituły Nagrody im. Stefana Treugutta serdecznie gratuluję laureatowi.

Grzegorz Mrówczyński

Warszawa, 15 lutego 2020

Dodaj komentarz