Czyją twarz ma Polska?

Grzegorz Ćwiertniewicz pisze po premierze „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej w reżyserii Macieja Stuhra:

Stało się. We wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych dokonał się dojrzały i prawdziwy debiut reżyserski Macieja Stuhra. Napisałem „prawdziwy”, bo to nie jest jednak tak, że ten zdolny aktor teatralny i filmowy nie miał wcześniej z reżyserią do czynienia. Przed dziewięcioma laty wyreżyserował „Smuteczek, czyli ostatni naiwni”, spektakl impresaryjny z okazji emisji przez Narodowy Bank Polski monety z wizerunkiem Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. Premiera odbyła się w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, a widowisko zostało wyemitowane w Telewizji Polskiej. Stuhr, poza tym, że podjął się reżyserii wspomnianego przedstawienia, napisał również scenariusz na podstawie tekstów z Kabaretu Starszych Panów.

Wrocławscy „Inni ludzie” to tylko dowód na to, że w roli reżysera, kreatora teatralnej rzeczywistości, kierownika scenicznego przedsięwzięcia, odnajduje się znakomicie. A zadania nie miał łatwego. Mierzenie się z tekstami Doroty Masłowskiej wymaga nie tylko odwagi, ale i tego samego, co autorka czucia, czy ładniej – współodczuwania. Lepszego materiału na egzamin dyplomowy studentom czwartego roku zaproponować nie można było. Ponieważ w głównej mierze utwór koncentruje się na problemach młodych ludzi, przyszłych aktorów zaabsorbował on na dobre. Egzamin zdany celująco. Nie napiszę, że pod kierunkiem takiego opiekuna inaczej zadziać się nie mogło, bo zdarza się, że i spod skrzydeł najlepszych wylatują marne ptaki. Tutaj nie zawiódł nie tylko talent, ale i zmysł organizacyjny. Myślę, że nie bez znaczenia jest w pełni świadomy dobór materiału, stający się w pewnym sensie głosem samego reżysera, rozumienie problemu, a nawet identyfikowanie się z nim, oraz jasno określona wizja i czytelny przekaz, którymi udało się zarazić adeptów sztuki aktorskiej. Istotne jest zdobyte przez Stuhra doświadczenie. Uczył się od najwybitniejszych – przedstawienie dyplomowe w reżyserii samego Andrzeja Wajdy, później praca z Maciejem Wojtyszką, Krzysztofem Warlikowskim, Krzysztofem Garbaczewskim, Iwanem Wyrypajewem czy Jerzym Stuhrem. No i pokora. A tej Stuhrowi nie brakuje. Nawet jeśli ktoś uważa, że razi Stuhr nadmierną pewnością siebie, to zważyć należy, że nie wynika ona z buty czy nonszalancji, ale inteligencji i wiedzy. I inteligencja, i wiedza dają mu prawo do bieżącego, niepochlebnego dla władzy, diagnozowania sytuacji w kraju. A przyznać należy, że są to diagnozy bezkompromisowe. I taką też była ta, którą zawarł we wrocławskim przedstawieniu.

Spektakl, co trzeba zaznaczyć bardzo wyraźnie, nie jest szkolną inscenizacją, ale pełnoprawnym i pełnowartościowym widowiskiem teatralnym, którego nie powstydziłby się pierwszoligowy teatr repertuarowy. A nawet więcej – czasem trudno o takie w teatrze pierwszoligowym. A jeśli chodzi o bieżący wrocławski repertuar teatralny, spektakl Stuhra jest jednym z najlepszych. Hipnotyzująca muzyka Michała Gorczycy, potęgująca prawdopodobieństwo funkcjonalna scenografia Mateusza Stępniaka (wszystko na widoku, wszystko na pokaz – jak w reality show), przemyślany, oddający emocje współczesnych czasów (prędkość, chaos, często bezcelowość) ruch sceniczny Bożeny Klimczak czy światło Katarzyny Łuszczyk, będące poniekąd osobnym zjawiskiem, czynią to przedstawienie bardzo profesjonalnym. Nie ma wątpliwości, że każdy z twórców potraktował je niezwykle poważnie. Aktorzy również. Bez żadnych odstępstw.

Głównym bohaterem, jeśli takiego można w spektaklu wskazać, bo wszyscy są tutaj tak samo ważni, jest Kamil, chłopak z warszawskiego, na pewno nie elitarnego, osiedla. W relację z nim wchodzą wszyscy bohaterowie opowieści – a już najbardziej pracująca w drogerii Aneta, zadufana, niby przebojowa, niby chodzi jej tylko o barwne życie seksualne, ale tak naprawdę głęboka samotna i poszukująca miłości (w jej roli Anastazja Małocha, która z lekkością zbudowała swoją bohaterkę – skonstruowała ją na bazie języka i ruchu, czyniąc ją niebywale wiarygodną). Kamil zajmuje się sprzedażą narkotyków i marzy o karierze hiphopowca. Zresztą na hiphopowym rytmie oparty został cały spektakl. Szalenie ważną rolę odgrywa w widowisku język. Język rapu, który porywa widownię. Nikogo nie razi. Jest prawdziwy. Jest życiowy. To zresztą nie może zaskoczyć tych, którzy znają powieści Masłowskiej. Znowu jest on momentami potoczny, wulgarny, pełen ekspresji, uliczny, charakterystyczny dla środowiska, z którego wywodzą się bohaterowie. Język odzwierciedla w pełni stany emocjonalne postaci i czyni opowieść wiarygodną. Masłowska bezwzględnie zadbała o realizm językowy. Zanim jednak dostosowała język do pozycji społecznej i osobowości postaci, poszukiwała idiolektów i slangów, wypełniających naszą rzeczywistość. Jeśli więc ktoś obrazi się na język przedstawienia, zaświadczy o nieznajomości literatury jednej z najbardziej oryginalnych pisarek.

Językiem pełnym niechęci i uprzedzeń, językiem kalekim, często brutalnym, ale szczerym, płynącym prosto z serca, posługuje się właśnie Kamil. Język, bez przesady, wyznacza granicę jego świata. A światem tym jest dla niego miasto, ciemne miasto, parking, na którym spotyka rozmaitych meneli, tramwaj, którym wraca do domu o różnych porach, najczęściej późnych, galeria handlowa czy nocny klub. Bywa, że apartamentowiec, kiedy przychodzi do mieszkania Iwony, drugiej mocno związanej z nim bohaterki spektaklu, by naprawić cieknącą wannę (Iwona, podobnie jak Kamil, naznaczona jest tragizmem; zdradzana przez męża sama zdradza; żyje w plastikowym, dizajnerskim mieszkaniu; ta plastikowość ma jej zrekompensować samotność; zrobi wszystko, by choć przez moment czuć się pożądaną – nawet zapłacić). Kamil, wtedy kiedy włóczy się po nieprzyjaznym mieście i wtedy kiedy ociera się o luksusowe osiedle, walczy o miłość, uwagę, zrozumienie i akceptację. Wydaje się, że wręcz woła o pomoc. Nikt go jednak nie usłyszy. Wymowna jest scena finałowa, w której zastanawia się, w którą stronę poniesie go teraz los. Spektaklowy Kamil sprawia wrażenie chłopaka wręcz wciągniętego na scenę prosto z ulicy. Adam Rosa powinien dostać za tę perfekcyjną pod każdym względem rolę jakąś nagrodę. Nie ma w jego kreacji jednej nuty fałszu. To niesamowite, ale potrafił wzbudzić strach podobny do tego, jaki wzbudzają podejrzane uliczne typy. Gdyby tak wpuścić go do przestępczego środowiska, żaden boss gangu nie zorientowałby się, że to człowiek podstawiony. Dla mnie Rosa jest aktorskim odkryciem.

Stuhr, podążając tropem Masłowskiej, rozprawia się na scenie z trzema dekadami po transformacji. Wnioski płynące z tej rozprawy są bardzo smutne – nie zdaliśmy, jako społeczeństwo, egzaminu z wolności, nie zaprzyjaźniliśmy się z demokracją, a jeśli nawet, to tylko po to, by wykorzystać ją do swoich prywatnych celów i zdradzić, gdy przyjdzie stosowna chwila. Za pieniądze. Albo schamieliśmy jako naród, albo wyszła z nas chłopska, czy też chłoporobotnicza natura, jak pisała i mawiała Agnieszka Osiecka. Polska ma twarz chama – brzmi jedna z puent spektaklu. Inna – Polska ma twarz ksenofoba. Wieloletnia edukacja na rzecz tolerancji poszła w las. Wszystko okazało się pozorne. Jesteśmy powierzchowni, a nasze postrzeganie świata jest płytkie. Patrzymy na niego przez pryzmat własnego podwórka. Niczego się nie nauczyliśmy – wciąż budujemy narodową tożsamość na nienawiści wobec obcokrajowców czy mniejszości seksualnych. Dajemy się wypuszczać przedstawicielom władzy, którzy bogacą się na naszej głupocie oraz skłonnościach do konfliktu i martyrologii. Wykorzystują naszą romantyczność. Traktują jak żołnierzy, ale nie przejmują się stratami. Jesteśmy egoistami. Jesteśmy opętani pragnieniem szczęścia. Choćby wirtualnego. Jesteśmy wspólnotą bez więzi, kretynami, na których z trwogą, współczuciem, ale i politowaniem patrzy dzisiaj, uogólniając, cały świat. Nie wykończy nas smog. Wykończymy się sami. Jesteśmy samotni. Będziemy sami. Innymi powinniśmy być ludźmi, a innymi jesteśmy. Wstrętny to portret, niestety.

Grzegorz Ćwiertniewicz – doktor nauk humanistycznych (historia filmu i teatru polskiego po 1945 roku), polonista, wykładowca akademicki, autor biografii Krystyny Sienkiewicz – „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko” (2015) oraz książki „Amantka z pieprzem” – wywiadu-rzeki z Grażyną Barszczewską (2019); należy do Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT /IATC); jego teksty można przeczytać m.in. w „Teatrze”, „Śląsku”, „Odrze”, „Przeglądzie” i „Polonistyce”; współpracował jako recenzent z Nową Siłą Krytyczną Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie (e-teatr.pl), wortalem „Dziennik Teatralny” i wortalem „Teatr dla Was”; obecnie związany z internetowym przeglądem teatralno-literackim „Yorick” Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych.

Dodaj komentarz