Zgaszone nadzieje

Rafał Górski pisze o nowej propozycji Teatru Dramatycznego w Białymstoku:

Białostocki Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki wystawił po raz pierwszy w Polsce, rozpisaną na 6 ról – trzy żeńskie i trzy męskie, komedię „Naprzód, Freedonio!” autorstwa angielskiego dramaturga Rogera Mortimera-Smitha. Wyreżyserował ją aktor Andrzej Mastalerz, który próbuje swoich sił w reżyserii teatralnej dopiero drugi raz. Zaś twórczość autora można było poznać w realizacji Teatru Telewizji w 2013 roku („Dawne grzechy”, reż. Krzysztof Lang).

Tytuł dramatu jest zaczerpnięty ze słów hymnu narodowego Freedonii – fikcyjnego państwa, ubiegającego się o wstąpienie do Unii Europejskiej. W kraju tym panuje korupcja, chaos, a także ma miejsce niezliczona ilość przeróżnych przekrętów. Spektakl opowiada o bezlitosnych mechanizmach polityki, brutalnych zakulisowych rozgrywkach oraz układach zawieranych dla osiągnięcia politycznych i osobistych celów, a także o przestępczych powiązaniach i zależności mediów, które wykorzystywane są do walki z politycznymi i biznesowymi przeciwnikami. To też opowieść o wzajemnym zakłamaniu i pozornej przyjaźni, stającej się narzędziem do pogrążenia oraz skompromitowania konkurentów. Prócz hipokryzji i cynizmu na scenie maluje się obraz niekompetencji oraz braku doświadczenia osób, które wybierane są, by piastować wysokie stanowiska publiczne. Freedonię można więc uznać za uniwersalny symbol współczesnego europejskiego państwa, gdyż są to dobrze nam znane z medialnych przekazów historie, które wydarzają się i mogą dziać się w każdym kraju. Na scenie poznajemy lokalnego działacza freedońskiego, aspirującego do funkcji wysokiego unijnego komisarza (gościnnie Grzegorz Suski) oraz jego zazdrosną i przesadnie szczerą żonę (Arleta Godziszewska), a także jego „prawą rękę” (Dawid Malec). Jest też dociekliwa dziennikarka (Beata Chyczewska), oligarcha z Freedonii, sponsor i poplecznik politycznej kariery głównego bohatera (Krzysztof Ławniczak), a także Europejski Komisarz do Spraw Negocjacji Akcesyjnych (Monika Zaborska).

Analizę spektaklu zacząć należy od scenografii i kostiumów, bo te elementy wypadają najlepiej. Statyczne dekoracje zachowane są w modernistycznym stylu gabinetowym. Brązowe skórzane kanapy, solidne biurko czy piękne potężne drzwi wspaniale wkomponowują się w tło zimno niebieskawych ścian, u podstawy wyłożonych ciemną boazerią. Kontrastuje z nimi czerwona wykładzina. Ładne i wyraziste są też kostiumy. Aktorki prezentują się w garsonkach, aktorzy zaś w garniturach. Scenografię i kostiumy zaprojektowała malarka Joanna Walisiak-Jankowska. Ostatnio jej prace można było oglądać w spektaklach Teatru Telewizji z 2019 roku („Inny świat” – kostiumy, „Wieczernik” – kostiumy i scenografia). Zaś z Andrzejem Mastalerzem pracowała w białostockim Dramatycznym w 2017 roku podczas realizacji „Autostrady” Michaela McKeevera.

Niestety, zawodzi obsada głównych bohaterów. Grzegorz Suski (reżyser „Hobbita” w TD) jako Rugier Luciernaga jest całościowo nad wyraz sztuczny, choć bardzo sprawny fizycznie. Do tego ubrany w za dużą, okropnie układającą się marynarkę i „papuzi” krawat. Zapewne jest to celowy zabieg, by przerysować bohatera, niedostatecznie jednak uwydatniony. Z kolei Beata Chyczewska – od niedawna zasilająca zespół teatru, w roli dziennikarki Cecile Lejeune, jest słabo słyszalna, „bez życia” i – czasem – serialowa. Ale należy podkreślić, że Chyczewska, zdaje się, dawno nie praktykowała na scenie, a w repertuarze komediowym występuje pierwszy raz w swojej karierze. Można więc te niedostatki wybaczyć, czekając na kolejne, miejmy nadzieję, lepsze role. Na szczęście ten podwójny obsadowy mankament korygują pozostali aktorzy. Specjalizująca się w rolach komediowych Arleta Godziszewska, interpretując żonę (Elena) Rugiera Luciernaga, zręcznie konstruuje swoją bohaterkę. Mistrzyni komizmu – jak zawsze – wie, do czego służy kostium i charakteryzacja. Jednak w tym spektaklu budzi mieszane uczucia swoim nieumiarkowanym przerysowaniem. Kiedy po długich pauzach w wypowiedziach nagle „huknie” swoim przeogromnym głosem, doznaje się szoku oraz niepokoju. I – ma się wrażenie – że Godziszewska za chwilę, niczym pocisk nuklearny, zmiecie nie tylko scenę, ale i widownię. Dla przykładu – w farsie „Wszystko w rodzinie” (reż. Witold Mazurkiewicz) każde pojawienie się aktorki na scenie ożywia spektakl, tak tu jej ekspresja jest momentami przesadna.

Inaczej jest w przypadku dobrze znanego białostockiej publiczności Krzysztofa Ławniczaka (na deskach Teatru Dramatycznego wystąpił w około 150 (!) rolach). W doskonale poprowadzonej roli Victora Komarovicha prezentuje się jako spokojny i stonowany intrygant. Ubrany w idealnie skrojony garnitur, który świetnie nosi. Bezbłędnie gra mafiosa, jawiącego się jako urzekający gentleman. Aktor wysławia się z klasą, finezyjnie akcentując poszczególne słowa swoich wypowiedzi. Z kolei Dawid Malec ubrany w podobny kostium jak Ławniczak, swoją rolę buduje innymi środkami. Grając oddanego oraz uczynnego asystenta (Valenki) Rugiera Luciernagi – jest dynamiczny w ruchu i mowie. Jego stopniowanie wypowiedzi i żonglowanie głośnością nośnego głosu uatrakcyjnia tę postać. A wszystko czego nie dopowie, rysuje plastyczną mimiką. Aktor rytmicznie prowadzi dialogi, a także zwinnie ripostuje adwersarzom, szczególnie w scenie wywiadu z Lejeune. Od początku zdobywa ogromną sympatię, stając się ozdobą przedstawienia.

Ostatnią bohaterkę kreuje Monika Zaborska, która zaznaczyła swoją obecność we „Wszystkim w rodzinie”, gdzie w epizodycznej roli stworzyła zauważalną, przerysowaną, „odjechaną”, a zarazem subtelną postać pielęgniarki. Tym razem wciela się w wysoką unijną urzędniczkę, pochodzącą z Niemiec. Jako Dorothea Baumann uwodzi swoją postacią. Jest wyważona i nienachalna w ruchu oraz geście, a także spokojna w mowie, lecz wciąż wyrazista. Na pewno mocną stronę w tworzeniu tej roli stanowi atrakcyjna gra twarzy. Aktorka ubrana jest w ciemne spodnie z karykaturalnie poszerzonymi biodrami oraz marynarki – niebieską oraz łososiową, które mocno zwężają się w ramionach. Taki deformujący kobiecą sylwetkę strój to częsty widok wśród urzędniczek. Ten zabieg okazuje się być trafiony dzięki charakterystycznemu chodowi, uwypuklającemu znaczenie ubioru. Monika Zaborska nie tylko fantastycznie radzi sobie z kostiumem, ale też celnie ukazuje niemiecką precyzję, stanowczość czy ogólną kindersztubę, a także uroczo stylizuje swoje wypowiedzi na niemiecki akcent. Nie brakuje też wyuczonych – jak to u polityków – ruchów i charakterystycznego składania rąk. Dorothea Baumann bardzo przypomina obecną kanclerz Niemiec. Monika Zaborska sięga po różne środki wyrazu. Raz jest realistyczna, raz zachowuje sceniczny dystans i bardziej odgrywa swoją postać. Najbardziej widać to w dialogach prowadzonych z Krzysztofem Ławniczakiem. Kreacja tej aktorki stanowi miłe dopełnienie przedstawienia.

Niestety, w „Naprzód, Freedonio!”, oprócz chybionych głównych ról, brakuje też reżyserskich pomysłów. Średnio napisaną i niezbyt śmieszną sztukę Rogera Mortimera-Smitha reżyser powinien okrasić najróżniejszymi gagami. Dobrym posunięciem jest nieoczekiwane salto bohatera Grzegorza Suskiego, podczas którego publiczność niemal podrywa się z miejsc. Spektakl obfity w takie niespodzianki, bez wątpienia, byłby bardziej atrakcyjny. Czasem też zacierają się rytmy. Prawie niezauważalnie dokonuje się kluczowa przemiana psychologiczna dziennikarki, która pod wpływem przekupstwa Victora Komarovicha, kompromituje głównego bohatera, publikując demaskujący artykuł. Zastanawiającym posunięciem są przypadkowo dobrane światła na wyciemnieniach przed kolejnymi scenami (raz scena tonie w całkowitych ciemnościach, innym razem dość wyraźnie dostrzec można techniczne przejścia aktorów) oraz odtwarzana podczas nich barokowa muzyka, włączana jakby po kolei z jednej płyty. Utwory są różne, ale gdy nie ingeruje się w przestrzeń sceniczną czy niewiele zmienia się w akcji, wystarczyłoby powtarzanie jednej kompozycji. Światło i muzyka przecież mają za zadanie przygotować widzów, wywołując w nich odpowiednie nastroje i emocje, które będą przeżywane w następnych scenach. W teatrze wszystko ma znaczenie!

Wydawało się po zapowiedziach, że „Naprzód, Freedonio!” będzie przyjemną, odprężającą i przede wszystkim pomysłową propozycją w imponujących wykonaniach, jednak pozostaje niedosyt. I – jak widać – w białostockim Teatrze Dramatycznym bezkonkurencyjną produkcją z lekkiego repertuaru pozostaje „Mayday” z 2017 roku w reżyserii Witolda Mazurkiewicza – śmieszny i – co najważniejsze – dobrze zagrany.

Rafał Górski

[Na zdj. M. Zaborska, A. Godziszewska i D. Malec, fot. Bartek Warzecha/TD]

Dodaj komentarz