Po Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku

Alina Kietrys pisze po zakończeniu festiwalu:

23 Festiwal Szekspirowski w Gdańsku już za nami. Dopisała publiczność. Pobito rekord frekwencyjny. Dwanaście spektakli w Nurcie Głównym festiwalu obejrzało sześć tysięcy widzów w ciągu dziesięciu dni.

Była to najwyższa liczba widzów w dziejach tego festiwalu. Prezentowano spektakle na trzech scenach: w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, na Dużej scenie Teatru Wybrzeże i w Teatrze Muzycznym w Gdyni. SzekspirOFF, który od kilku lat towarzyszy festiwalowi, oglądany był również bardzo chętnie. Trzeba było organizować dodatkowe przedstawienia w Starej Aptece – scenie Teatru Wybrzeże, w Teatrze w Oknie przy ulicy Długiej. Grano również na dziedzińcu Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego i po raz pierwszy w Teatrze Miniatura. SzekspirOFF również pobił swoisty rekord. 74 razy pokazano „Najkrótszego Szekspira na świecie” w wykonaniu Huberta Michalaka. Polsko-amerykańskie przedstawienie trwało cztery minuty i za każdym razem oglądał je jeden widz. Czy ilość przeszła w jakość, to już zupełnie inny problem. Moim zdaniem nie. Natomiast bardzo słusznie nagrodzono po raz pierwszy dziecięce odczytanie „Hamleta” na SzekpirOFF inspirowane i przygotowane w Teatrze Polskim w Poznaniu.

W Nurcie Głównym

Festiwal otworzył gdański spektakl „Jak wam się podoba” w reżyserii Krystyny Jandy. To bardzo zachowawcza inscenizacja, pozbawiona reżyserskiego pomysłu. Krystyna Janda określa siebie mianem „reżysera użytkowego” i tym razem po prostu wystawiła sztukę, ale nie pomyślała, jak powinna ta komedia omyłek i przenikania się świata rzeczywistego ze światem nierealnym wyglądać na scenie. De facto aktorzy biegają po spadzistej, ustawionej pod kątem platformie. Ma to być teoretycznie bliżej widza.

Scenografii Magdaleny Gajewskiej w tym spektaklu praktycznie nie ma, jeśli nie liczyć kilku rekwizytów. Plastyczność przedstawienie ratują pomysłowe i nawet dowcipne kostiumy Doroty Raqueplo. Wyświetlane płatki śniegu ( konieczna wizualizacja w każdym niemal spektaklu) w Lesie Ardeńskim, czy potem „szczęśliwe koniczynki” i kwiatki koniecznie czerwone, kiedy miłosne umizgi nabierają rumieńców, nie wspierają aktorów. Zejścia i wejścia na scenę to trudne zadania, z którymi aktorzy sobie poradzili, ale z dykcją, mieli wyraźne kłopoty. Nie słychać było, szczególnie na balkonach, całych fraz tekstu. Zatem zabawna polemika Szekspira z własnymi tekstami nie wybrzmiewa właściwie. Rozalinda, główna postać sztuki – Magdalena Gorzelańczyk – tym razem nadmiernie ekspresyjna i nieznośnie dosłowna (melodramatyczna), histerycznie odtwarza fabułę i miota się po scenie. Jej luby Orlando – Piotr Biedroń, aktor zdolny i pomysłowy w budowaniu różnych ról, jest w tym przedstawieniu mdły i jakby obok intrygi. Godna uwagi jest rola Michała Jarosa – błazna Lakmusa, bo to iście szekspirowska postać, podobnie jak epizodyczna rola pasterza Sylwiusza (Jakub Nasiadek). Krzysztof Matuszewski zaiste nieźle posługuje się francuszczyzną (w akcencie) w roli dworzanina Le Beau. Zauważyłam jeszcze w aktorskich zadaniach Agatę Woźnicką w roli Celii, córki Fryderyka. Ta niby zabawna komedia Szekspira gubi w tej inscenizacji moc. Zbyt często jest nudnawo i nie widać, a także nie słychać tego, co jest szekspirowską metamorfozą postaci, które zamieniają się rolami i marzą o miłości.

„Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją” węgiersko-rumuńsko-angielski spektakl na podstawie tekstu Toma Stopparda otwierał dramaturgiczne prezentacje zagraniczne. Reżyser Tapasztó Ernӧ i producent Aradi Kamaraszinhaz bardzo okroili tekst dramatu i stworzyli szaloną, groteskową formę, czym zaskoczyli i nawet rozbawili widzów. Akcję umieścili w piekle, w którym odbywała się jakaś diabelska impreza. Reżyser pomiatał aktorami, szaleństwom brakowało umiaru, ale to miał być teatr robiony dla przyjemności. Najważniejsza była kwintesencja „złotych sentencji” z „Hamleta” z podstawową „być albo nie być”. W tekście Stopparda drugoplanowe postaci stają na pierwszej linii. W tym spektaklu niekoniecznie. Brytyjski zespół The Tiger Lillies stał się najistotniejszy, choć nie bardzo komunikował się aktorami. Ale udział tego zespołu w spektaklu był wręcz warunkiem reżysera, by zaistniało przedstawienie, które widzowie przyjęli dość dobrze.

Również frenetyczne brawa, a nawet owację na stojąco zebrał spektakl „Lady Makbet” – baletowa wizualizacja mrocznej szekspirowskiej opowieści zaprezentowana dzień wcześniej. Zespół Perfect Danceres z Włoch świetnie czuje się w tańcu współczesnym połączonym z formułą baletu klasycznego. Kilka dobrych pomysłów inscenizacyjnych – np. wykorzystanie gramatury materiału kostiumów Lady Makbet i Makbeta, które początkowo ledwo draśnięte czerwienią, stają się (pod wpływem potu tancerzy) szkarłatno-purpurowe, zalane krwią. Zbrodnia się dokonała. Rytmiczność i dyspozycja fizyczna tancerzy była godna podziwu, a opowieść o Lady Makbet harmonijna i efektowna, choć powtarzały się pewne sekwencje choreograficzne.

„Romeo i Julia” z Armenii, z Państwowego Teatru Kameralnego w Erywaniu nawiązywała do absolutnie uwspółcześnionych inscenizacji, dziejących się tu i teraz, nieomal na ulicach, na których walczą ze sobą gangi. Reżyserka Lusine Yarnjakyan zwaśnione rody Montekich i Kapuletich pokazuje właśnie jak gangsterską opowieść wpisaną w ciężkie metaliczne, hardrockowe brzmienie muzyczne. A o miłości Julii i Romea snuje zdumiewająco sentymentalną opowieść. Trochę kłócą się te dwie stylistyki, ale kostiumy aktorów bliższe są konwencji punkowej subkultury i młodzieżowego zderzenia. Także w gestach i ruchach aktorów siła młodości bierze górę. Bohaterowie – łącznie z narratorem, który również występuje w roli ojca Laurentego – to ludzie młodzi. Nawet opiekunka Julii – Marta jest bardziej jej koleżanką niż zatroskaną nianią. Nowe odczytanie Szekspira jest też w finale. Duchowny – narrator po śmierci kochanków czuje się winny i popełnia samobójstwo. To spektakl przejmujący i ciekawy aktorsko, muzycznie i scenograficznie. Dobrze oświetlonych kilka podestów, metalowe pręty, które będą balkonem i magia sznurków-lin budują swoisty obraz ascetycznej współczesności. Ten minimalizm w aranżacji przestrzeni widowiska kontrastował z aktorską aktywnością i dyscypliną. Dobrze, że to przedstawienie znalazło się na tym festiwalu.

„Tytus Andronikus” chorwackiego Teatru Młodych z Zagrzebia w reżyserii Igora Vuka Torbicy to spektakl z aktualnymi kontekstami. Przez długą chwilę przedstawienie grane jest przy zapalonych światłach na widowni. Ta opowieść pełna krwawych zamachów, gwałtów i zemsty przygnębia, ale równocześnie pokazuje, jak ważne w tym spektaklu są kreacje aktorskie. W budowaniu postaci przemoc i okrucieństwo pokazywane są wręcz naturalistycznie. Zamiast obciętej głowy mamy kawałek wieprzowego mięsa, a zamiast obciętej ręki świńską racicę. A krwawa i przerażająca akcja dramatu rozgrywa się przy dwóch stolikach. Główny bohater Tytus, niby władca Rzymu marnie rządzi, jego decyzje są błędne i tym samym sprowadza nieszczęście na miasto i na najbliższych. A Rzym, który w spektaklu właściwie żegna całkiem współczesne wyśpiewanie znanego przeboju „Arrivederci, Roma” to uświadomienie także widzom, że jakiś świat się kończy, bo Rzym tak rządzony powoli upada. Przejmujący jest monolog Aarona, w którym najważniejsze wątki dotyczą braku solidarności i nienawiści. Pomysł inscenizacyjny tego spektakl porusza, ani na chwilę bowiem nie rozstajemy się z bohaterami dramatu. Kiedy ich nie ma w akcji, są w tle. Siedzą na krzesłach, jakby czają się przed kolejnym pojawieniem się na scenie. Nieobecni tylko pozornie obecni stale, nawet wtedy, kiedy ich śmierć dosięga. Ważne przedstawienie i mimo aktorskich potknięć, o współczesnej wymowie.

„Rzym” w reżyserii Karin Henkel z Deutsches Theater w Berlinie jedni widzowie uznali, za genialne wydarzenie, inni wyszli w przerwie. Niestety, to jedyny spektakl, na który nie dotarłam do Teatru Muzycznego w Gdyni, bo miasto komunikacyjne sparaliżowały pokazy akrobacji lotniczych.

Ale na zakończenie, na finał 23 festiwalu pojawiła się brytyjska grupa Cheek by Jowl i Moskiewski Teatr Puszkina. Ich „Rycerz ognistego pieprzu”, bardzo mało znana sztuka rówieśnika Szekspira, po raz pierwszy wystawiona na gdańskim Festiwalu Szekspirowskim pogodziła różne gusta publiczności. Ta zabawa teatrem, jego materią stanowiła przyglądnie się współczesnemu, często pozbawionemu głębi odczytywaniu sztuk Szekspira, bo ma być tak – również w teatrze – jak sobie to wyobraża odbiorca-widz. Jeśli za trudne teksty, jeśli zbyt wiele filozofii, moralistyki – trzeba to zmienić albo straci się widza, który dzisiaj w teatrze chce się bawić. Przedstawienie powinno toczyć się pod dyktando gustów widza. Dwoje prostych ludzi – wprowadza do spektaklu swojego bohatera i komentuje cały czas, siedząc na scenie, to co się dzieje. Przerywają akcję, korygują, zmieniają. Ciekawy, ironiczno-groteskowy pomysł, odprężający po dyskusyjnym werdykcie jury, które Złotego Yoricka na najlepszą inscenizację Dzieł Dramatycznych Szekspira lub Utworów Inspirowanych Dziełami Williama Szekspira w sezonie 2019/2019 przyznało za spektakl „Kupiec wenecki” teatrowi ze Słupska.

Złoty Yorick dyskusyjny

Łukasz Drewniak od kilku lat jest selekcjonerem polskich inscenizacji sztuk Szekspira, które można typować do nagrody Złotego Yoricka. Dwa lata temu krytyk zadecydował, że nie było w repertuarze polskiego teatru spektaklu, który mógłby rekomendować na gdański festiwal. Rok temu wybrał dwa przedstawienia: „Makbeta” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz z Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu i w reżyserii Grzegorza Brala spektakl „Hamlet-komentarz” z Teatru Pieśń Kozła. Jury nie przyznało wówczas nagrody głównej, a wyróżniło oba spektakle. Była to salomonowa decyzja. W tym roku Łukasz Drewniak wybrał do nagrody Złotego Yoricka trzy spektakle: „Hamleta” w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru Polskiego w Poznaniu, „Kupca weneckiego” w reżyserii Szymona Kaczmarka z Nowego Teatru w Słupsku i „Wieczór Trzech Króli” wyreżyserowany przez Łukasza Kosa w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Każdy z tych spektakli był diametralnie różny zarówno pod względem konwencji realizacyjnych, jak i wartości artystycznych, czy wreszcie potencjału aktorskiego zespołu. „Hamleta” Kleczewskiej wystawiono w kościele św. Jana, miejscu wielokrotnie wykorzystywanym w Gdańsku do wydarzeń artystycznych. Gotyckie wnętrze staje się Elsynorem i znakomicie wspiera wizje twórców. Kleczewska stworzyła swój spektakl razem z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim na podstawie dwóch dramatów: „Hamleta” Szekspira w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka i sztuki Heinera Müllera „HamletMaszyna” w tłumaczeniu Jacka St. Burasa. Reżyserka zniosła podział na scenę i widownię, widzom kazała chodzić za postaciami dramatu w słuchawkach i niemal symultanicznie odbierać kilka wersji opowieści wokół Hamleta. Trzy główne plany dotyczyły relacji Gertudy (znakomita Alona Szostak, na pewno najlepsza rola kobieca na tym festiwalu) i Króla Klaudiusza, stryja Hamleta (doskonale powściągliwy Michał Kaleta i skupiony także w scenach, kiedy tylko obserwuje sytuacje), Gertrudy i Hamleta (w tej roli ukraiński aktor Roman Lutskyi, dziki, wściekły, nieokiełznany, którego bronią jest przemoc) oraz opowieści unieruchomionego na wózku inwalidzkim przyjaciela Hamleta – Horacjo (Michał Sikorski), który w posturze jako żywo przypomina przykutego do wózka Stephena Hawkinga dotkniętego stwardnieniem zanikowym bocznym. Ofelia (Teresa Kwiatkowska) to pani w słusznym wieku odziana początkowo w garsonkę typu urzędniczy dress code, a potem w białą, ogromną suknię z napisem „I love you”, jest zaprzeczeniem większości dotychczasowych interpretacji tej postaci. A do tego Fortenbras w trzech osobach, które mówią i po ukraińsku i po rosyjsku, ekspresja taneczna Kai Kołodziejczyk, świetna ilustracja muzyczna pod batutą Adama Damurata w wykonaniu Orkiestry Antraktowej Teatru Polskiego w Poznaniu. Ilość propozycji aktorskich połączona z nadmiarem bodźców wizualnych, tych prezentowanych na ekranach i ruchowych stawia czasami widza w trudnej sytuacji percepcyjnej. Ale warto było się utrudzić, choćby po to, by obejrzeć mistrzowską scenę w sypialni Gertrudy między nią a Hamletem. Wątek kompleksu Edypa, kazirodczego odczytania uzależnienia Hamleta od Matki robi niezwykłe wrażenie podobnie jak pieśni Fortenbrasa.

Ten spektakl nie został nagrodzony przez jury tegorocznego Złotego Yoricka ku zaskoczeniu wielu osób, także moim. Owo zdumienie decyzją dało się też odczuć po reakcji festiwalowej publiczności, która raczej konwencjonalnie niż spontanicznie i gorąco oklaskiwała ten werdykt. Trójka oceniających Dorota Buchwald, Jacek Kopciński i Roman Pawłowski podjęli decyzję nie jednogłośnie i uhonorowany został „Kupiec wenecki” w reżyserii Szymona Kaczmarka z Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku. To przedstawienie z pomysłami inscenizacyjnymi i wielowarstwowe. Obowiązkowo pojawia się ekran, na którym początkowo poznajemy Porcję (Monika Janik, która dopiero w drugiej części spektaklu w roli Doktora w scenach sądowych pokazała aktorskie możliwości). Reżyser wydobył kilka ważnych konfliktów – antysemityzm i doświadczenia, którym obdarza się we współczesnym świecie Obcych. Żyd Shylock (Igor Chmielnik, niestety słaby w tej roli) poniesie wszelkie konsekwencje, bo chce by w Wenecji przestrzegano prawo. W końcowej scenie przymuszony, z na siłę wciśniętą głową do miski z wodą święconą, wyrzeka się swojej wiary i przyjmuje chrzest. Ta ostatnia scena jest interpretacyjnie przeszarżowana, choć przejmująca, szczególnie gdy towarzyszy jej pieśń „Personal Jesus” płynąca z głośników w wykonaniu J. Casha. Drugi ważny uwypuklony wątek, to widoczny w tekście sztuki Szekspira homoseksualny związek między Antoniem a Bassaniem. Reżyser pominął kilka wątków i postaci z tekstu Szekspira, więc tym samym rozłożył inaczej interpretacyjne akcenty. Mogłabym się zgodzić z takim myśleniem, gdyby nie fakt, że spektakl był nudny i mało przekonywający w części pierwszej, a w całości marny aktorsko. Przykro mi o tym pisać. Słupski teatr to młodzi aktorzy, ale przed nimi jeszcze morze pracy warsztatowej i na to musi zwracać uwagę reżyser. To jedno z tych nielicznych przedstawień festiwalowych, które publiczność opuszczała w czasie przerwy.

A trzeci nominowany spektakl do Złotego Yoricka to klasyczna komedia omyłek „Wieczór Trzech Króli” w reżyserii Łukasza Kosa. Zespół Teatru im. Osterwy z Lublina zagrał to przedstawienie koncertowo, co długimi brawami nagrodziła publiczność. Konwencja przedstawienia, umowność zdarzeń zaznaczona w prologu została konsekwentnie przeprowadzona. Role żeńskie grali mężczyźni jak na elżbietański teatrze przystało, a role męskie – kobiety i to już był pomysł reżysera. Tak więc tożsamość bohaterów staje się wartością płynna, a płeć można dowolnie zmieniać. I rzeczywiście w tym spektaklu „świat to scena” i na niej poruszają się ci, którzy poszukają miłości, wsparcia i zrozumienia. Czyste i klarowne przedstawienie z wielokrotnym, jednak natrętnym wykorzystaniem kamery, która ma przybliżyć widzom twarze bohaterów, ich reakcje. Mam wrażenie, że zabawa z kamerą obezwładniła i trochę uzależniła reżysera tego przedstawienia. A szkoda. Wielkie brawa dla całego zespołu, a szczególnie dla Niny Skołuby-Urugi za postać Błazna zagraną z ogromną siłą i świetnie śpiewanymi songami. Końcowy taniec pozwolił uwierzyć, że teatr też może być krainą cudownej ułudy zwaną Ilirią.

Co na pewno można było zauważyć w trakcie 23 Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku. Bardzo dobrą organizację i to, że zapanowała absolutna moda na skracanie tekstów Szekspira i osadzanie ich w psychologizujących kontekstach współczesnych lub w ostrej krytyce społecznej. Czego zabrakło? Najczęściej wymiaru filozoficznego obecnego w sztukach Szekspira, tak jakby nam nie starczało cierpliwości do słuchania tekstów, w których mowa o ważnych moralnych i intelektualnych dylematach świata, który też nas otacza.

Alina Kietrys

Dodaj komentarz