O tym się mówi… w Wybrzeżu i Muzycznym

Alina Kietrys o wydarzeniach teatralnych w Trójmieście:

W październiku otwarcie piątej sceny Teatru Wybrzeże w Starej Aptece było wydarzeniem architektoniczno-towarzyskim. W Teatrze Muzycznym przebrzmiały już echa wrześniowego jubileuszu. Publiczność nadal najchętniej ogląda znane musicale. Biletów brak nie tylko na Wiedźmina.

Trojanki Klaty z kreacją Doroty Kolak w Wybrzeżu.

Spektakl oczekiwany, a Klata tuż przed premierą zostaje laureatem Europejskiej Nagrody Teatralnej za Nowe Rzeczywistości Teatralne. Reżyser wraca po 13 latach na gdańską scenę jako twórca uznany, z dyskutowaną, ale docenianą przeszłością dokonań w Starym Teatrze w Krakowie, a ostatnio w Pradze i Poznaniu. Oczekiwano więc w Gdańsku Klaty rozsierdzonego, niemal takiego jak przed laty w H na motywach Hamleta, za który to spektakl zgarnął ważne nagrody, czy choćby coś bliskiego konwencji spektaklu Fanta$y, albo tych głośnych przedstawień Króla Ubu czy Wesela. A pojawił się w Teatrze Wybrzeże spektakl Klaty uporządkowany, z dramaturgiczną dyscypliną z Eurypidesa Trojanek, Hekabe i Heleny, gotowy do teatralnej, ważnej dysputy o bezsensie wojny, o zbrodni i zemście, o tendencyjnej interpretacji historii. Jedynie w epilogu spektaklu Klata zerwał konwencję.

Na zapiaszczonym proscenium budowle i mury są jak dziecięce zabawki. W białych laboratoryjnych uniformach pojawiają się Atena (zbyt przerysowana Sylwia Góra-Weber) i Posejdon (wyważony Jacek Labijak). To oni za chwilę zawrą układ i określają przyszłość Trojańczyków. Z pasją zburzą ich miasto i zmienią los w apokalipsę. Wytarzają się w piachu w egzaltowanej furii. Tak rozpoczyna się opowieść o tragedii królowej Troi – Hekabe, żony Priama. Scena jest martwym, piaskowym światem ze stożkami mogił i rozrzucanymi manekinami żołnierzy. To przejmująca i świetnie wpisana w dramat scenografia Mirka Kaczmarka. Troja jest już zdobyta przez Greków. A Hekabe nie ma już męża, za chwilę zginą synowie, córka i wnuki. W roli Hekabe Dorota Kolak – to prawdziwa kreacja sceniczna w spektaklu Klaty. Kolak świetnie operuje i kontroluje emocje: od przerażającego szeptu-skowytu po narastający krzyk nienawiści. Jej Hekabe pulsuje nieszczęściem, grozą, ale i świadomie tłumionym bólem nawet wtedy, gdy jej ukochaną córkę Polyksenę (w tej roli Magdalena Gorzelańczyk – bardzo ważna i świetnie zagrana postać) gwałci i bezcześci gromada żołdaków. To Hekabe w ciemnym worko- płaszczu wiedzie Trojanki, które wpierw stanowią chór, a potem będą brankami. W jednej gromadzie pełznie z nimi – w nieszczęściu po wyklętej ziemi – i przyjmuje ciosy, które z porażającym spokojem wieści Talthybios (sugestywny Cezary Rybiński). To również Hekabe, która przygotowuje zemstę na Polymestorze (przejmujący Krzysztof Matuszewski jako ślepiec) i jego dzieciach za to, że zabił Polydora (Robert Biedroń) syna Hekabe. Klata nie ukrywał, że szukał współczesnej wspólnoty z tekstami Eurypidesa i znalazł ją w scenie zemsty Hakabe, wtedy gdy zwycięzcy stają się ofiarami, a ofiary mordercami.

Klata tworzy w tym spektaklu efektowne obrazy barbarzyńskiej przemocy. Wspiera go scenograf. Koń trojański to zaledwie dziecięca zabawka wiedziona na sznurku, ale obraz zemsty inkrustują świetlne efekty. Również przejmująca, ale i drażniąca (poza arią z Ha̎ndla) jest muzyka w spektaklu Klaty zarówno w wykonaniu Kasandry (świetna instrumentalnie i wokalnie Małgorzata Gorol) z umiejętnym gitarowym riffowaniem, jak i instrumentalne wspierające i ogłuszające brzmienie Michała „Nihila” Kuźniaka z Furii dopełniają wyrazistości znaczeniowej Trojanek Klaty.

Po tej przejmującej i klasycznie uporządkowanej, przejrzystej koncepcji Trojanek i po końcowych oklaskach, reżyser drażni widza pseudo dystansem. Epilog to nowa wizja Heleny trojańskiej: na współczesnej plaży eks-seks bomba z fagasem. Katarzyna Figura ogrywa od lat numer cielesnej młodości. To niby nicość wojny peloponeskiej – ironiczny dystans reżysera-pacyfisty. Mam wrażenie, że ta pseudo prowokacja tylko zburzyła świadomą jednorodność spektaklu. I wcale nie zadowoliła tych, którzy czekali na Klatę obrazoburcę. Publiczność rechotała. I co z tego?

Cud…Zadary albo…Krakowiaki i Górale w Muzycznym

Wystawienie konwencjonalnej osiemnastowiecznej śpiewogry (opery?) jest dzisiaj przedsięwzięciem niełatwym w teatrze musicalowym. Michał Zadara – reżyser nowatorskiej generacji w dramacie, obecny na polskich scenach od przeszło 15 lat, zaproszony został chyba w ramach swoistego eksperymentu Teatru Muzycznego w Gdyni. Wrześniową premierą teatr obchodził jubileusz 60 lecie sceny i nawiązywał dość umownie do zrealizowanego w 1979 roku spektaklu Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale, którym otwierano wówczas nową siedzibę teatru przy Placu Grunwaldzkim.

Zadara miał tchnąć nowego ducha w libretto Wojciecha Bogusławskiego z muzyką Jana Stefaniego. I tchnął. Skrócił wraz z dramaturgiem perypetie fabularne i zamienił wątek pojednania, owe „kochajmy się” Krakowiaków z Góralami na ciągle trwające waśnie. Opowieść jest dość banalna: na ślub Basi i Stacha nie zgadza się macocha Basi, bo ona sama – choć mężatka – ma ochotę na Stacha. Młodych uratują zręczne sztuczki inteligentnego Bardosa. A Krakowiaków i Górali połączy cud, czyli w gdyńskim wydaniu elektryczność, a ściślej niby awaria prądu w teatrze.

W pierwszej części widowiska szczególnie zabawna jest scena przybycia Górali do Krakowa. Przypływają na łodzi, pięknie śpiewają, a materia rzeki intensywnie faluje. W drugiej części rozwija się zabawa w konwencji „teatru w teatrze”. Na scenę wkracza w uniformach niby ekipa techniczna oczywiście z drabiną, o którą bez przerwy potykać się będą bohaterowie opowieści. Ci niepotrzebni wrzucani są (albo skaczą) do kanału orkiestrowego. Kabaretowe chwyty, żarty są czasami średnio śmieszne. Zwaśnionych Krakowiaków z Góralami mają godzić spięcia elektryczne. Ten cud niby się udaje. Zadara wycisza „ekipę techniczną”, która kończy ogrywanie gagów, a śpiewacy, tancerze i chór szczęśliwie docierają do finału.

Tekturowo-drewniana w odcieniach szarości scenografia Roberta Rumasa, bardzo zdolnego plastyka rodem z Gdańska, nawiązuje do stylistycznej realizacji sprzed lat, ale dzisiaj nie jest porywająca. Kostiumy natomiast Henrietty Müller, choć rozumiem i „kupuję” konwencję, nie wyzwalają mego estetycznego entuzjazmu. Na szczęście jest kilka ról, które podobają się publiczności i sprawiają radość. Zdecydowanie świetnie śpiewa i bawi się rolą Doroty – Karolina Trębacz, dowcipna i bardzo ciekawa wokalnie jest Basia w wykonaniu Mai Gadzińskiej i Bardos, którego gra Jakub Brucheister. Dobrze wpisuje się w rolę Bryndasa Krzysztof Kowalski. Ten spektakl budzi emocje widzów, szczególnie na przerwie, gdy we foyer teatru wyśpiewają dwie rywalizujące o rolę Basi aktorki. Eksperyment Michała Zadary ma zwolenników i przeciwników. Natomiast dyrygent Paweł Kapuła, odpowiedzialny za kierownictwo muzyczne oklaskiwany jest spontanicznie, bo tempa, melodyjność, a także prowadzenie orkiestry w gdyńskim Cudzie… są niemal bez zarzutu.

Alina Kietrys

[Na zdj.: Dorota Kolak jako Hekabe, fot. Michał Szlaga/ Teatr Wybrzeże]

Tekst publikowany w „Autografie 2018 nr 5

Dodaj komentarz