Szukajmy w Polaku Człowieka

Jan Bończa-Szabłowski po raz kolejny, tym razem dzięki Fundacji Republika Marzeń, postanowił przypomnieć opowiadanie Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”, z racji przypadającej w tym roku 115 rocznicy narodzin i 50 rocznicy śmierci autora „Ferdydurke”. Adaptację tego tekstu znany dziennikarz Rzeczpospolitej przygotował na potrzeby Teatru Telewizji, gdzie spektakl wyreżyserował Robert Gliński z Anną Polony, Barbarą Krafftówną, Bohdanem Łazuką, Wojciechem Adamczykiem i Grzegorzem Małeckim.

Na scenie Collegium Nobilium warszawskiej Akademii Teatralnej tym razem doszło do niecodziennego spotkania, albowiem w role Marii Kotłubaj, Starej Markizy i Barona Apfelbauma wcielili się Jan Peszek, Jacek Fedorowicz i prof. Jerzy Bralczyk. Jakby i tego było mało, do roli kucharza Filipa doangażowany został Mateusz Gessler, a muzykę na żywo tworzył jeden najczęściej ostatnio nagradzanych wiolonczelistów – Marcin Zdunik. W scenariuszu Bończy-Szabłowskiego stworzonym na potrzeby tej nowej realizacji głos autora „Kosmosu” rozpisany został na trzech młodych aktorów – Krzysztofa Szczepaniaka i dwóch studentów AT – Krzysztofa Godlewskiego i Szczepana Kajfasza. Od razu trzeba powiedzieć, że wszyscy obsadzeni okazali się być dla siebie znakomitymi partnerami. Prof. Bralczyk i Jacek Fedorowicz grali niczym rasowi aktorzy, nie ustępując ni kroku Janowi Peszkowi, który od wielu lat jest z Gombrowiczem za pan brat. Magdalena Piekorz, reżyser tego wyjątkowego przedsięwzięcia, zadbała o to, by podczas uczty w salonie tytułowej hrabiny, pojawiły się prawdziwe widma jako demony naszej przeszłości, do tego w krynolinach, z pobladłymi twarzami, z rozwibrowanym arystokratycznym „r”, zamierzchłe figury zamknięte w „polskiej Formie”, bezceremonialne, bezwstydne, skretyniałe, nieokrzesane, pełne prowincjonalnych uprzedzeń, bezkrytycznie spozierające tylko na czubek własnego nosa i na to co nasze, swojskie i narodowe. Magdalenie Piekorz, dzięki wspaniałym aktorom, którzy podają tekst Gombrowicza jakby go znali od zawsze, z ogromnym wyczuciem charakterystycznej dla twórczości Gombrowicza dialektyki, (a przecież to miała być, jak zakładano na początku, tylko próba czytana), udało się pokazać to swoiste panopticum jako satyrę na nasze polskie przywary różnej maści, jako ironiczne obśmiewanie kulturowo-społecznej Formy. Jak na incydentalne zdarzenie spektakl okazał się być całkiem ciekawy, a nawet momentami głęboki, nie sprowadzony tylko do żartobliwego spotkania towarzyskiego z mistrzami, którzy być może już nigdy więcej na scenie razem się nie pojawią. Chociaż propozycja Małgorzaty Potockiej, nowej dyrektorki radomskiego Teatru Powszechnego, złożona wszystkim realizatorom w trakcie ukłonów, może doprowadzić do prezentacji spektaklu podczas uroczystości otwarcia Festiwalu Gombrowiczowskiego.

Można powiedzieć, że „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” w wykonaniu mistrzów z różnych dyscyplin – teatr, kabaret, słowo, kulinaria – proponuje nam nie tylko śmiech wynikający z niekonwencjonalności takiego zdarzenia, ale śmiech głęboko zakorzeniony w gombrowiczowskim pojmowaniu złośliwości, wszelkich sarkazmów i ironii, która przy dźwiękach wiolonczeli Marcina Zdunika wzmaga jeszcze swój artystyczny potencjał i strzela w samo sedno. Gombrowicz w takim wydaniu i w kontekście okoliczności w jakich aktualnie żyjemy, okazał się autorem wciąż żywym – dzięki temu, że nie został sprowadzony do roli li tylko enigmatycznego żurnalisty.

„Szukajmy w Polaku Człowieka”
Wiesław Kowalski
Teatr dla Wszystkich
24-10-2019

(na zdj. Jan Bończa-Szabłowski, sprawca smakowitej „Bieisady’)

Dodaj komentarz