Ostatnia szansa: jaskinia na Capri

Tomasz Miłkowski pisze po premierze „Capri – wyspa uciekinierów” Krystiana Lupy w Teatrze Powszechnym w Warszawie w „Dzienniku Trybuna”:

Capri – wyspa uciekinierów” – taką nazwę nadał swemu najnowszemu spektaklowi Krystian Lupa. Słynna włoska wyspa, uchodząca za synonim luksusu, miałaby więc być azylem?

Czyim? I chroniącym kogo? I od czego? Lista tych bowiem, którzy na Capri szukali schronienia – zwykle jednak przejściowo, z zamiarem odejścia gdzie indziej – jest niezwykła. Od cesarzy rzymskich Oktawiana i Tyberiusza, przez Maksyma Gorkiego i Włodzimierza Lenina, aż po Alexa Munthe, Curzia Malapartego i Jean-Louis Gotarda, który tu kręcił ostatnią scenę „Pogardy” (1963), filmu opartego na głośnej powieści Alberta Moravio.

Od tego zaczyna się ten spektakl – od sceny z powracającym spod Troi Odysem, kręconej do filmu Gotarda. Od widoku morza, gdzie majaczyć ma się brzeg Itaki, ale wcale go nie widać, bo może żadnej Itaki nie ma. Od szczególnego rodzaju zamknięcia. Bo choć przestrzeń jest otwarta, bezmiar morza daje poczucie wolności, to jednak jest wyspa, obszar zamknięty, niewiele ponad 10 kilometrów kwadratowych, i nie dla wszystkich dostępny. Choć, kto wie, może właśnie stąd, z dachu willi Malapartego, który dwadzieścia lat wcześniej, nim zjawił się tu Gotard z ekipą filmową, w tej willi kończył swoją książkę „Kaputt”, roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na świecie.

Przed premierą pisał Krystian Lupa:

Wyspa i dom na wyspie. Azyl, schronienie. Uciekamy przed monstrum Europy. Przed państwem, przed religią, przed dyktaturą, przed demokracją, przed Potworem Homo Christianis, przed wojną…

Dom Malapartego, Villa Tiberius, Casa san Michele…

Na zewnątrz trwa nieokreślona wojna, nie wiadomo, czy to jest pierwsza, druga, czy trzecia wojna światowa wynikła z szaleństwa współczesnego człowieka, pychy twórców polityczno-społecznych ustrojów, marzycieli LUDZKIEGO RAJU, FILOZOFUJĄCYCH ZBRODNIARZY I FANTASTÓW, narkomanów władzy.…

Reformatorów kultury, i tak dalej…

Ten dom jest więzieniem…

Ten dom jest schronem…

Ten dom jest Archetypem DOMU.

TEN DOM JEST TAJEMNICĄ.

Ten dom jest jaskinią artysty…

TEN DOM JEST MIEJSCEM SEANSU SPIRYTYSTYCZNEGO, SPOTKANIA UPIORÓW…

TEN DOM JEST MIEJSCEM SEANSU SPIRYTYSTYCZNEGO MARZYCIELI NOWEGO CZŁOWIEKA…”.

Więc jednak tak: jaskinia artysty i upiory, ale przede wszystkim aktorzy, bo tylko oni mogą ożywiać widma. W widmowym spektaklu Krystiana Lupy wyłaniają się kolejne warstwy: najpierw sceny filmowe, potem sceny filmowania, potem, sceny obramowujące filmowanie, czyli aktorzy niepewni własnej tożsamości i sytuacji. Głodni, zmęczeni, poszukujący pożywienia, niektórzy nadzy, odkrywający, że obserwują ich widzowie. Na rzeczywistość filmową, plany filmowe nakłada się rzeczywistość spektaklu i świata aktorów próbujących się w tym wszystkim odnaleźć. Z czasem towarzyszyć temu będą jeszcze komentarze samego reżysera, który się wtrąca w akcję i moderuje przebieg zdarzeń. Wygląda to zawile, a jednak jest bardzo proste – rzecz w tym, że widma mają ciała i potrzebę działania, choć niejasny status ontologiczny postaci-nie-postaci zakłóca tradycyjny przyczynowo-skutkowy bieg opowieści. Bo opowieść też się pojawi w obszernych scenach wyjętych wprost z prozy Malapartego. W dialogach salonowych toczonych przez pisarza z przedstawicielami rasy panów, na czele z niekoronowanym królem Polski, gubernatorem Frankiem. W imponujących rozmachem scenach neapolitańskich i orgiastycznego rytuału płodności.

Lupa za Malapartem ukazuje rozpaczliwe usiłowania odnalezienia zbawczej idei, która byłaby zdolna zmienić świat i zapobiec niszczycielskim instynktom człowieka. Wplata w tę opowieść sfilmowane sceny, ilustrujące okrucieństwo wojny, choć unikać będzie dosłownego przekazu – egzekucja przymusowych żydowskich prostytutek odbywa się tak jak nakazuje reguła tragedii greckiej: za sceną, wywierając piorunujące wrażenie.

Krystian Lupa, odwołując się do Malapartego, prowadząc nas przez pejzaże włoskie, zwłaszcza wokół i na Capri, ukazuje upadek cywilizacji europejskiej. Wybór reportaży wyśmienitego choć niemodnego dzisiaj pisarza może zaskakiwać. Autorowi tych reportaży daleko było do krystalicznego wzorca cnót. „Dziwna postać – pisał zafascynowany jego twórczością Wojciech Żukrowski we wstępie do pierwszego polskiego wydania „Kaputt” (1962) – pełna wewnętrznego skłócenia, burzliwa mieszanina krwi i kultur, żołnierz i komediant zarazem, brutal i esteta, świadomy bliskiego kresu epoki, która go wydała”. Może właśnie dlatego Malaparte wciąż budzi zainteresowanie, a jego opisy wojennego zaplecza, swoistej „kuchni” zbrodni tchną wiarygodnością.

Nietrudno się domyślić, jakie motywy sprawiły, że Krystian Lupa sięgnął właśnie po reportaże Malapartego. Wybór wydaje się całkowicie jasny, jeśli wczytać się w melancholijne refleksje reportera, który niejeden raz daje wyraz swemu rozczarowaniu umierającą Europą: „Umiera wszystko, co Europa ma szlachetnego, miłego czystego”. Malaparte ukazywał te śmiertelne konwulsje podczas wojny, nie szczędząc gorzkich słów przegranym ale i zwycięzcom, u których dostrzegał zaczadzenie śmiercią, łatwość ferowania opinii i niechęć do weryfikowania własnych przeświadczeń.

„Dwa tysiące lat stracone”, taki pada wyrok pod koniec spektaklu, a nagromadzone sceny potwierdzają niebezpieczny stan zmierzchania, znaczony zbrodniami nazistów i moralnym upadkiem. Los wykluczonych, obcych, pozbawionych nadziei budzi niepokój artysty o przyszłość. Najgorsza w tym wszystkim jest bezużyteczność tzw. doświadczenia historycznego, Historia niewiele nas uczy – wcale nie nabieramy rozumu, wciąż gotowi do udziału w bezsensownych wojnach, wciąż gotowi krzesać w sobie złe, nienawistne uczucia wobec innego.

W hipnotycznych obrazach, w przewrotnych samplach aktorskich, scenach pełnych zmysłowego zagęszczenia i grozy przewija się pytanie, o to, kim jesteśmy i czy pojawi się jeszcze ratunek. Mimo bezwzględnej diagnozy, gdzieś na dnie tli się nadzieja – to nie tylko spektakl-przestroga, ale i wprost wyrażona myśli, że wciąż chce się żyć.

„Każdy może być każdym. Możemy zamieniać się rolami” – powiada jeden z aktorów, bo nikt tu do końca nie jest przypisany do jednej postaci, poza Piotrem Skibą, który jest uduchowionym wewnętrznie Malapartem (ale jednym z kilku jego wcieleń, którymi bywają Grzegorz Artman czy Julian Świeżewski), rozpamiętującym przeszłość. Aktorki nieuczestniczące (?) w akcji rozsiadają się przy stoliku z prawej strony sceny i grają w karty, jak to często bywało w garderobach czy bufetach teatralnych. Potem podejmują role wyznaczone im w poszczególnych scenach. I znowu siadają przy stoliku. Nie uczestnicząc pozornie w akcji, jednak uczestniczą, na scenie nie ma nic prywatnego, jest tylko granie prywatnego istnienia, które wprowadza do odbioru spektaklu dodatkowy czynnik niepokoju i wzmaga uwagę. Wprowadza efekt dystansu do opowieści. Tak więc poza grupą widmowych figur Malapartego, a także grupą gości gubernatora Franka (wyrazista postać skrojona przez Michała Czachora) tożsamość pozostałych jest chwiejna, jak to w dzisiejszym teatrze, a Lupa nie tylko nadąża, ale jak zawsze jest krok dalej do swych uczniów. Bawi się w grę udawania bycia kimś prywatnym na scenie, choć to przecież niemożliwe.

To jedynie przyprawa do tego bolesnego spektaklu, gęstego od znaczeń i odniesień do historii, kultury, sztuki, rewolucji obyczajowej. I do polskich obsesji. I w tym przypadku Malaparte okazał się niesłychanie czujnym reporterem, kiedy notuje (ironicznie) opinie gubernatora Franka o Polakach: „Wszyscy Polacy, a inteligencja przede wszystkim, to urodzeni konspiratorzy. Ich dominującą namiętnością jest konspiracją”. Także o jego misji w Polsce: „Moją jedyną ambicją – powiada Frank – jest wznieść naród polski ma zaszczytne miejsce w cywilizacji europejskiej”. Tyle że wcześniej wspomina, że nakazał zamknąć szkoły średnie i uniwersytety, bo „na cóż potrzebne w kraju bez kultury”. Malapartemu wystarczyło, że słuchał i notował – nie musiał uciekać się do komentarza.

„Capri” to spektakl formalnie skomplikowany, z precyzyjnie namalowanymi obrazami jak freski w starych kościołach i pałacach, jak rzeźby w galeriach. Trwa niemal 6 godzin i cały czas trzyma w napięciu widza, prowadzonego na koniec do jaskini, jakich na Capri nie brakuje. Czyżby ludzkość miała zaczynać wszystko od początku? Ostatnia szansa?

Tomasz Miłkowski

CAPRI – WYSPA UCIEKINIERÓW na podstawie utworów: „Kaputt” i „Skóra” Curzia Malapartego, reżyseria, scenariusz i scenografia Krystian Lupa, muzyka Bogumił Misala, kostiumy Piotr Skiba, wideo Natan Berkowicz, Adam Suzin, Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 12 października 2019

Dodaj komentarz