Miał być cud!

Grzegorz Ćwiertniewicz pisze po premierze TATUSIA w Teatrze Polskim we Wrocławiu:

„Tatuś”, najnowszy spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, zapowiadał się na prawdziwą ucztę teatralną.

A to dlatego, że wysokiego poziomu pracy oczekuje się od Seba Majewskiego, reżysera, który ma swoim dorobku naprawdę dobre przedstawienia. A to dlatego, że do współpracy zaprosił Majewski dwoje znakomitych, z wybitnymi kreacjami w dorobku, aktorów: Teresę Sawicką i Mariusza Kiljana. Coś jednak poszło nie tak, bo „Tatuś” przypomina, piszę to z pełną odpowiedzialnością, spektakl nieco amatorski, pomimo aktorskiego zaangażowania odtwórców dwóch ról (oboje byli znakomici). Przedstawienie zdaje się być zrobione przez Majewskiego z doskoku, naprędce. Zdaje się, że powstało bez zamysłu, a jeśli nie – to na pewno wolne jest ono od zamysłu oryginalnego. Koncepcja zaproponowana przez reżysera jest już widzom dość dobrze znana. I co tu kryć – na scenę Teatru Polskiego we Wrocławiu za infantylna.

Piszę o tym z niemałym smutkiem. A to dlatego, że bardzo cenię Teresę Sawicką i podziwiam Mariusza Kiljana. Uważam, że drzemie w nich potencjał, z którego reżyserzy powinni czerpać dla wyższych celów. Tym razem zostali zaangażowani do przedstawienia, w którym mogliby zagrać aktorzy bez takich rozległych, jakie mają oni, predyspozycji. Winien niepowodzenia spektaklu jest, niestety, scenariusz, który powstał z inspiracji powieścią Henry’ego Farrella „Co się zdarzyło Baby Jane?” oraz z fascynacji rolami Bette Davis i Joan Crawford w filmie w reżyserii Roberta Aldricha pod tym samym tytułem. Słaba dramaturgia Tomasza Jękota nie wpłynęła na emocjonalność widzów. Chyba że na obojętność. Pomimo że podawana ze sceny problematyka obojętna publiczności być nie powinna. Ponieważ przedstawienie było słabe koncepcyjnie i w konsekwencji – organizacyjnie, Sawicka i Kiljan stali się w pewnym sensie jego ofiarami. Ich wybitność w zderzeniu z naiwnością formy, dialogów, scenografii, skazała ich paradoksalnie na amatorszczyznę. Chciałbym zostać dobrze zrozumiany – aktorzy, ze względu na swoją wielkość, nie poradzili sobie z jałowością spektaklu. Nie potrafią grać w błahych widowiskach, co uznać należy za komplement.

Zgodnie z założeniem twórców „Tatuś” miał być opowieścią o wzajemnej relacji między dorosłym rodzeństwem, które żyje obok siebie i żyje przeciw sobie. W tym przypadku o relacji między dwiema siostrami – B.T. (Teresa Sawicka) i J.M. (Mariusz Kiljan). Z tym że J.M. była kiedyś chłopcem, a dziś czuje się (jest) dojrzałą kobietą. Wkracza tutaj reżyser w tematykę gender – bardziej w kontekście płci psychologicznej lub psychicznej. Bohater(ka) Kiljana, poza zniewieściałymi ruchami i posługiwaniem się rodzajem żeńskim, nie przypomina kobiety. Ale się nią czuje. Za tę socjalizację odpowiedzialny jest tytułowy tatuś… Trochę ten problem został przyklejony do spektaklu na siłę. Miał być swoistym głosem w toczących się obecnie debatach. Takiego prawa reżyserowi w żadnym razie odbierać nie można.

Bohaterkami przedstawienia, przyjmijmy dla porządku, są dwie siostry. B.T. jest starsza, J.M. – młodsza. Trudno jednoznacznie określić miejsce ich zamieszkania czy przebywania. Może to być zarówno ich rodzinny dom, jak i zakład psychiatryczny. W tym drugim trudno byłoby mieć chyba do dyspozycji piwnicę, w której można byłoby przechowywać skarby z młodości – między innymi stare zdjęcia, kasety, gazety… A z drugiej strony koszula J.M. przypomina tę, w którą ubierani są pacjenci takiego właśnie szpitala. Siostry łączy jedno – obie były kiedyś aktorkami. Starsza siostra czuje się artystką wybitną i zarzuca młodszej mierność (wykorzystany został epizod Kiljana w „Truskawkowym Studiu”), młodsza tej wybitności siostry nie uznaje (postawą przypomina zresztą Kaja z baśni Andersena, zaraz po tym, jak utkwił w jego oku pyłek stłuczonego zwierciadła czarodzieja; nie widzi piękna i dobra, wyśmiewa starszą siostrę, mówi, że jest głupia, nie chce spędzać z nią czasu, czemu trochę trudno się dziwić, bo B.T. jest momentami nie do zniesienia; metamorfoza Kaja została przywołana przez reżysera również w innym kontekście – wspomnianego gender). Starsza wciąż żyje wspomnieniami, młodsza stara się żyć teraźniejszością. Starsza jeździ na wózku inwalidzkim, młodsza musi się nią opiekować. Tworzą bardzo toksyczny rodzinny związek. Destrukcyjny wpływ na rodzeństwo ma również, stojący pomiędzy siostrami, tatuś, dawno już nieżyjący, ale wciąż stanowiący dla sióstr jakiś wzór, autorytet (choć to może za duże słowa). I choć go już nie ma, wciąż rywalizują o jego względy, jak wtedy, gdy były małymi dziećmi… Tatuś jest w pewnym sensie źródłem konfliktów i agresji. O ile czytelne były podstawy siostrzanych relacji, o tyle trudno było dostrzec w tych relacjach jakąś dynamikę. Od samego początku wiadomo było, że siostry nie pałają do siebie miłością, a dialog, który się między nimi toczył, nie eskalował napięcia. Był monotonny w swojej monotonności.

Teatr i film znają już opowieści o zaborczości sztuki, o destrukcyjnym wpływie sławy na artystę, o braku akceptacji dla przemijającego czasu, o braku zgody na starość. Znają też opowieści o dobru i złu, o bezduszności świata i fatalizmach… Nie oznacza to jednak, że mają nie powstawać kolejne. Byle tylko były oryginalne, byle ujmowały problemy z nieznanych jeszcze perspektyw, byle nie były kopiowane, odgrzewane, byle były w stanie poruszyć drzemiące w człowieku pokłady emocji. Tym razem tak się nie zadziało. Było pospolicie. Co więcej, tę pospolitość podkreśliły wniesione na scenę portrety wielkich polskich i zagranicznych artystów. Jeśli szło o to, by w ten sposób wyeksponować uniwersalność, to powiedziane i pokazane zostało to, o czym już wiadomo od dawna. Miał być cud, gdy dostojna Teresa Sawicka wstawała z wózka inwalidzkiego. Ale się nie zdarzył…

Teresa Sawicka skończyła pierwszego czerwca siedemdziesiąt lat. Zakończenie spektaklu pozwala sądzić, że było to przedstawienie z okazji zacnego jubileuszu. Swoisty benefis. Smutny benefis. Teresa Sawicka należy do grona najwybitniejszych aktorek. Swoją karierę zawodową rozpoczęła w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pracowała w nim przez trzy sezony. Przez dziesięć lat występowała na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego, a od blisko trzydziestu pięciu pracuje na dobre imię Teatru Polskiego we Wrocławiu. Ma swoim dorobku blisko siedemdziesiąt ról teatralnych w spektaklach znamienitych reżyserów – m.in. Adama Hanuszkiewicza, Tadeusza Minca, Kazimierza Brauna, Helmuta Kajzara, Macieja Wojtyszki, Andrzeja Wajdy czy Krystiana Lupy. Wiele z nich wysoko oceniła krytyka, za wiele z nich otrzymała prestiżowe nagrody. Bogata jest także jej filmografia. Wystąpiła u wielkich z wielkimi. Jest profesorem sztuk teatralnych. Będąc wciąż aktywną aktorką, uczy aktorstwa przyszłych aktorów.

To wszystko pozwala mi wysunąć jedno żądanie. Żądam poważnego benefisu Teresy Sawickiej, benefisu z prawdziwego zdarzenia, benefisu godnego aktorki wielkiego formatu.

Mam nadzieję, że się doczekam(y), bo „Tatuś” ukoronowaniem i uhonorowaniem nie był!

Grzegorz Ćwiertniewicz – doktor nauk humanistycznych (historia filmu i teatru polskiego po 1945 roku), polonista, wykładowca akademicki, autor wydanej pod koniec 2015 roku biografii Krystyny Sienkiewicz – „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko” (2015) oraz książki „Amantka z pieprzem” – wywiadu-rzeki z Grażyną Barszczewską (2019); należy do Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT /IATC); jego teksty można przeczytać m.in. w „Teatrze”, „Śląsku” i „Polonistyce”; współpracował jako recenzent z Nową Siłą Krytyczną Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie (e-teatr.pl), wortalem „Dziennik Teatralny” i wortalem „Teatr dla Was”; obecnie związany z internetowym przeglądem teatralno-literackim „Yorick” Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych.

Jedna myśl na temat “Miał być cud!

Dodaj komentarz