DON KICHOT I SANCHO PANSA – JAN KOBUSZEWSKI

Odszedł Jan Kobuszewski (1934-2019) – sylwetkę wspaniałego aktora kreśli Łukasz Maciejewski:

Oczy ciekawskie, figlarne, oczy uśmiechnięte. I jeszcze wąsik, ten wąsik. I jeszcze cylinder – cokolwiek sfatygowany. Jan Kobuszewski jak malowanie. Patrzył na nas z góry – 186 centymetrów wzrostu – ale patrzył bez wyższości. Bo miał to w sobie. Poczucie humoru, najcenniejszą z cnót. A humor rozbraja wielkie serio, humor detonuje strach który miewa wielkie oczy, i rozbija złość która często jest skarlała.

Ponad trzydzieści lat temu mówił o sobie w „Sztandarze Młodych”: „(…) długie toto jak Don Kichot przynajmniej, chude toto, gęba pociągła i mizerna, nos orli niestety, uszy odstające, a do tego od dołu takie długie nogi, a od góry takie długie ręce. Czerwony Kapturek mógłby omdleć”. Aktorsko Jan Kobuszewski miał w sobie naiwność Don Kichota, komizm Sancho Pansy i entuzjazm Czerwonego Kapturka.

W albumie „Fotonostalgia” z portretami Zofii Nasierowskiej, pod pięknymi fotografiami znajdują się podpisy Agnieszki Osieckiej. O Janie Kobuszewskim napisała tak: „Powinien być prowadzony w szkole teatralnej i filmowej specjalny kurs pt. Fenomen aktorstwa Jana Kobuszewskiego, ponieważ to jest aktorstwo, które zaprzecza wszelkim banalnym kanonom. Kanony powiadają, że nie powinno się przerysowywać, robić małpy, wyginać we wszystkie strony i śmiać się z własnych dowcipów, a Janek K. przegrywa, wygina i robi, a mimo to jest cudowny”. W piosence „Małpa” do słów Andrzeja Bianusza, Kobuszewski śpiewał: „Zrobić małpę, zrobić świnię, zrobić osła – / Właśnie tak! / Umiejętność ta latami we mnie rosła / I naprawdę potrafiłem tylko to jedynie: / Robić małpę, robić osła, robić świnię / To bezbłędnie potrafiłem”.

Nie tylko to potrafił. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Kobuszewski, kochany przez publiczność, obłaskawiany przez krytykę, pozostał jednak artystą niewykorzystanym do końca, zwłaszcza przez kino. Z teatrem, przede wszystkim z kabaretem, było zdecydowanie lepiej. Za sprawą żoną, Hanny Zembrzuskiej, trafił na estrady. Zadomowił się tam na dobre. Dzisiaj, po przeczytaniu wiadomości o śmierci Jana Kobuszewskiego, odruchowo zacząłem buszować po „You Tube’ie” w poszukiwaniu archiwalnych nagrań z Janem Kobuszewskim. Jest tego sporo. Co za energia, jaki komizm i siła. Aktorsko rozkwitał zwłaszcza w kabarecie „Dudek”. Można powiedzieć, że to właśnie Edward Dziewoński, szef „Dudka”, zapewnił Kobuszewskiemu nieśmiertelność. To jest coś więcej niż talent komediowy, coś ponad miarę. Co? Chyba nadzwyczajne połączenie realizmu dopasowanego do pozostałych -izmów (komunizm, socjalizm, tumiwisizm) z wyjątkowym wyczuciem absurdu, surrealizmu, groteski. Bywa, że w aktorstwie jedno przeczy drugiemu. Bo albo-albo: weryzm lub fantasmagoria. W aktorstwie Jana Kobuszewskiego antypody stylu stawały się jednością. Inna rzecz, że teatralnie Kobuszewski rozkwitał w towarzystwie najlepszym z możliwych. Mając za artystycznych kompanów Wiesława Michnikowskiego, Wiesława Gołasa, Edwarda Dziewońskiego czy Jana Kociniaka, nie można było zadowolić się poprawnością. Trzeba być najlepszym.

Kobuszewski miał świadomość, że najważniejsze w aktorstwie – zwłaszcza w aktorstwie komediowym i kabaretowym – jest spotkanie z widzem i mówienie mu prawdy. Ale że ową prawdę musi poprzedzić jej wypracowanie: dyscyplina, emocje, intelektualne zrozumienie przesłania. A potem następuje występ lekki jak mgiełka, niby nic, rola bezwysiłkowa, tyle że wcześniej wszystko przecież zostało wypracowane i przyswojone na wszelkie sposoby. Występ w kabarecie to tylko i aż końcowy szlif długiego spotkania, wielomiesięcznej przygody.

Oglądając dzisiaj Kobuszewskiego, którego nie tylko Osiecka przyrównywała do Chaplina, można szczerze zatęsknić za tego rodzaju kondycją komediową, wynikającą nie z wypracowanych ciężkim łapskiem grepsów i skeczy, ale z literatury, błyskotliwości własnej i pożyczonej, z wielkiej kultury osobistej. Uśmiech Kobuszewskiego to była sprawa wielkiej wagi.

To tak jak z Picassem. Żeby osiągnąć mistrzostwo w abstrakcji, wcześniej nauczył się wszystkich technik malarstwa. Z Kobuszewskim było podobnie: arcydzielny w komedii, przez lata, o czym niewielu dzisiaj pamięta, zdobywał szlify w spektaklach dramatycznych czy eksperymentalnych. Grał w wielu słynnych spektaklach Dejmka – „Garbus”, „Żywot Józefa”, „Kordian”, „Dziady”. Występował w spektaklach Zygmunta Hübnera („Król Lear”), Adama Hanuszkiewicza, Jerzego Krasowskiego („Bracia Karamazow”). Występował w „Wariatce z Chaillot” Giraudoux u Bohdana Korzeniowskiego, w „Beatrix Cenci” Słowackiego w reżyserii Jana Kreczmara, w awangardowej „Przesadzie” Konrada Swinarskiego tańczył ducha z Aliną Janowską. U Ireny Laskowskiej grał z pasją role witkacowskie, i to w czasach kiedy Witkacy dopiero zaczynał być modny. Być może największym dramatycznym triumfem aktorskim Kobuszewskiego była właśnie tytułowa rola w „Janie Macieju Karolu Wścieklicy” Witkacego w reżyserii Laskowskiej w Teatrze Narodowym. „Jan Kobuszewski w roli Wścieklicy łączył w sobie groteskę z dramatem, chwilami był szczerze komiczny, chwilami zaś żałosny” – pisała w 1966 roku Karolina Beylin. Jeszcze stosunkowo niedawno, w 1991 roku, przejmująco zagrał Lucky’ego w „Czekając na Godota” Samuela Becketta w reżyserii Antoniego Libery, występując u boku Krzysztofa Kowalewskiego, Wiesława Michnikowskiego i Janusza Gajosa. Widzowie pokochali go jednak przede wszystkim za role w „Dudku”, w Teatrze Kwadrat, telewizyjne występy w „Wielokropku” z Janem Kociniakiem, z „Bajek dla dorosłych”, z ról w „Kabarecie Starszych Panów” i w „Kabareciku Olgi Lipińskiej”…

I chyba tylko kino nie sprostało wyzwaniu. Kobuszewski pojawiał się od czasu do czasu, zawsze wypadał świetnie, ale role w filmach Barei, Rzeszewskiego czy Chmielewskiego to nie były zadania godne jego talentu. Po raz ostatni na dużym ekranie oglądaliśmy go w filmach przyjaciół – u Janusza Majewskiego w „Złocie dezerterów” oraz u Stanisława Tyma w „Rysiu”.

Kiedy odchodzą postaci takiego formatu, jak Kobuszewski, zastanawiam się zawsze, co zostaje nam w zamian. Pamięć ludzka? Tak, to oczywiste. Pamiętamy, dopóki jesteśmy, a w rzadkich wypadkach również długo potem. Kobuszewski, jak Fijewski, jak Mikołajska, Łomnicki, Łuczycka czy Ludwiżanka, trafili do panteonu. Byli jedyni, niezwykli, są nie do podrobienia. Tacy zostaną. Jak Jan Kobuszewski. Podniszczony cylinder, mały wąsik, duże oczy, orli nos…

Grana przez Glorię Swanson Norma Desmond w „Bulwarze Zachodzącego Słońca” Wildera mówiła: „My mieliśmy twarze. Nie ma już takich twarzy”. Nie ma.

Łukasz Maciejewski

[Pierwodruk: Onet.pl, fot. Sejmik Mazowiecki/Nagroda Norwida]

Dodaj komentarz