Z Krzysztofem Orzechowskim w poszukiwaniu sedna

Zapraszam Państwa na wyprawę egzotyczną w poszukiwaniu sedna… Rany Boskie już mnie zjada Reisefieber. Sedna czego? Inteligencji? No nie, jeśli inteligencję sytuujemy tylko w przestrzeniach zdobytej, autorefleksją weryfikowanej wiedzy, błyskotliwej reakcji. Nie, jeśli pójdziemy śladem grupy społecznej peerelowskich umysłowych i współczesnych wykształciuchów. Choć te tropy będą się pojawiać, ale sedno „Orzechowskich” wojaży określa inteligenckość. Dziś rzadki, wręcz egzotyczny stan ducha, świadome kulturowe trwanie, kodeks moralny.

Taką inteligenckość Krzysztof Orzechowski wyssał z mlekiem matki. Fakt i rzeczywisty i symboliczny. Jego wędrówki mają swój czas, swój ciężar gatunkowy oraz swój opis.

Leżą teraz przede mną trzy książki. Podróż do kresu pamięci (Bosz 2015); Teatr ŚwiataŚwiat Teatru (Universitas 2017); Zapiski z niełatwych czasów (Universitas 2018). Łączy je znakomita polszczyzna. Swobodna, klarowna a równocześnie inkrustowana gęstym, soczystym zbliżeniem. Pierwszy tytuł sygnalizuje tryb narracji. To wędrówka wzdłuż i wszerz rodzinnych koligacji. Odkrywanych we wzruszeniu, żalu, dumie i refleksji. Tradycja i historia spotyka się z pulsującym wieloma tonami dziś. Trop biografii niesie szczególny rodzaj subiektywizmu. Szczerość artysty jest pod kontrolą ostrożnie dawkowanej prywatności. O rasie i klasie bardzo osobistego wątku najpiękniej mówi dedykacja Teatru świata: „Mojej Ani – dla której teatr jest najpiękniejszym światem”…

Trzy tytuły. Można się uśmiechnąć. Późny debiut literacki i od razu trylogia. Czytałam jednym haustem, więc forma trójgłosu szybko się ujawniła. Krzysztof Orzechowski – aktor, reżyser, dyrektor, nauczyciel akademicki – złapał za pióro jako poszukiwacz i świadek pamięci. Mało tego, urosły mu pisarskie skrzydła i podejrzewam, że hic et nunc obmyśla nową książkę. I bardzo dobrze! I niechże dalej go prowadzą ścieżki, zakręty, sprawy, które wciąż czekają na słowo komentarza. Dwa elementy, obok narratorskiej werwy, są pewne. Prymat refleksji oraz brak zawiści.

Już w Podróży widać, że autor omija szerokim łukiem przestrzeń odwetu. Nie, żeby rozgrzeszał stalinowskich oprawców, którzy katowali babkę ze strony matki Żenię Hozakowską. Nie, żeby usprawiedliwiał wątpliwy etycznie, gdyż zachowany do końca życia, dystans brata babci Leona Bortnowskiego – emigranta, tragicznego „sprawcy” rodzinnej gehenny. Te portrety kształtuje straszliwa prawda czasu. On oficer wywiadu II RP, agent polskiej „dwójki” w Londynie i równolegle brytyjskiej Secret Intelligence Service. Ona poddawana więziennym torturom UB jako zakładniczka… Komentarz wnuka odsłania ból i łzy. Gorzki sąd bez rachunku krzywd.

Idąc szlakiem „podróżnym”, dotykamy trzech stron. Pierwsza – mamy Ireny z Hozakowskich Orzechowskiej. Precyzyjnie udokumentowany rodzinno-historyczny splot wydarzeń. Dziejowe zakręty, miłosne intrygi, małżeńskie perypetie i przede wszystkim ciężka, mozolna, nieustępliwa praca u podstaw. Stąd też wyjątkowa ranga wspólnoty, w której kręgu pojawiają się wspaniałe, o sienkiewiczowsko-żeromskim formacie typy ludzkie, że wymienię dziadka Bronisława Hozakowskiego właściciela znanej toruńskiej firmy ogrodniczej. Postać barwna od stóp do głów, co wnuk z estymą i smakiem zaznacza.

„Dziadek – wykształcony w Danii, Holandii i we Francji (…) był światłym obywatelem swojego miasta. Oprócz pracy zawodowej oraz szerokiej działalności dobroczynnej i społecznej od 1922 roku piastował godność konsula honorowego Francji. To spłata „długu” rodzinnego: jego babka była rodowitą Francuzką osiadłą w Polsce w pierwszej połowie XIX stulecia. Pewnie ta domieszka krwi spowodowała, że był arbitralny i miał wybuchowy charakter, szybko i samodzielnie podejmował decyzje, czym zaskakiwał najbliższych i współpracowników. (…) Firma założona przez mojego pradziadka Bolesława w 1885 roku i pięknie rozwinięta przez jego syna Bronisława zajmowała się handlem nasionami, cebulkami i kłączami, a także sprzedażą narzędzi ogrodniczych i rolniczych”.

Nota bene dziadek, rzutki inteligent-pragmatyk, majątku nie przekazał kolejnym pokoleniom, gdyż najpierw Niemcy, a potem komuniści przejęli wszelkie dobra. Samego Bronisława przed inwigilacją UB uratowała śmierć w 48 roku. Jeszcze więc mógł się odbyć godny obywatelski pogrzeb z udziałem wielu mieszkańców Torunia, co utrwaliło robione z lotu ptaka, a ściśle z dachu kamienicy zdjęcie. Tak oto wspaniały organicznikowski rys postawy dziadka przetrwał dziejową zawieruchę.

Natomiast we mgle nie tyle dziejowej, co metafizycznej chowa się tajemnica stryjecznego pradziadka – księdza profesora Władysława Jana Hozakowskiego. Człowiek wielu talentów i tytułów. Biblista, kanonik metropolitarny poznański, protonotariusz apostolski. A równocześnie charakternik, pasjonat giełdowych operacji, amator toruńskich pierników, co kwitował uroczą sentencją: „O brzuszek też starać się trzeba”. Pyszny konterfekt! Tylko, gdzie tu szukać mrocznych sekretów? Otóż są i kryją się w akcie spalenia rękopisu przekładu Biblii. Ogromna praca, o której mówiono, że sięga źródeł hebrajszczyzny. Skąd zatem decyzja, że śmiertelnie chory ksiądz profesor niszczy dzieło, któremu poświęcił kawał życia. Stygmat szaleństwa towarzyszący ostatnim godzinom? Tragiczna presja krytycyzmu? Strach, że jakieś zabłąkane słowa wywołają interpretacyjny chaos? Lęk przed czymś, czy przed kimś? Orzechowski zostawia pytania w przestrzeni cui bono?

Swoją drogą „ Hozakowska” saga mogłaby się znakomicie odnaleźć na planie filmowym! Zwłaszcza że wyrazisty koloryt cechuje też portret matki autora.

Irena z domu Hozakowska-I voto Orzechowska, II voto Fenikowska. Miało Ją wprowadzać w życie staranne wykształcenie u sióstr sercanek oraz rodzinny majątek. Plan zniszczony przez wojenną i powojenną zawieruchę. A jednocześnie wola życia, żeby iść dalej pomimo i ponad. Trudny rozwód, który otwierał okres samotnego, pełnego finansowych zawirowań macierzyństwa. I drugi, zawarty w wieku dojrzałym, ślub ze znanym pisarzem marynistą Franciszkiem Fenikowskim. Poznali się dzięki omyłce telefonicznej (sic!) i przeżyli siedem wspaniałych wypełnionych podróżami lat. Po śmierci Franciszka Irena porządkuje i „Fenikowskie” i „Hozakowskie” dokumenty. Jest wytrwała i dzielna aż do końca. Fakt, że nosiła w sobie również gen apodyktyzmu tylko ten wizerunek ubarwia, czego puentę stanowi piękny synowski dopisek:” Myślę, że dobry Bóg pozwolił mojej mamie odpokutować za popełnione grzechy jeszcze tu, na ziemi!”

Wędrując Proustowskimi ścieżkami, trzeba powiedzieć, że trzon Podróży do kresu pamięci stanowi strona Matki. Ale czytelników odsyłam też w ojcowskie zakola. Tam pojawia się m.in. sylwetka socjaldemokraty Stanisława Gutta – linia babci Kamilli Orzechowskiej. Kwestia idealista, czy ortodoks ustępuje zagadce daty zgonu. Zmarł na emigranckim zesłaniu w Szwajcarii (1906). A może wyrwawszy się ze szponów luksemburgizmu, wrócił cichaczem do kraju, gdzie żył długo i szczęśliwie poza wszelkiej maści polityką. Fakt dopełnia legenda. Światło pojawia się obok cienia. Zaś wśród rodzinnych koligacji błyszczy nazwisko wybitnych aktorów Ludwika i Mariusza Benoit. Osobny wspaniale kontynuowany trop w kierunku architektury co uświetnia familia Guttów z profesorem Romualdem Guttem na czele. Nota bene ojciec autora – Tomasz Orzechowski – łączył z iście ułańską fantazją pracę architekta i hodowlę pieczarek. Ale to już habent sua fata rzeczywistość PRL.

I tak krążąc tędy owędy, spotykamy się po obu brzegach rampy. Granice określa człowiek teatru pełną gembą. Aktor, reżyser, dyrektor, wykładowca. Dwa kolejne tytuły: Teatr świata i Zapiski poszerzają oczywiście sferę nazwisk i spektakli. Natomiast nie zmienia się – powiedziałabym organicznie inteligencki – osąd teatralnego języka. A więc fundament sensu w materii wyzwolonej wyobraźni, świadomość celu na planie otwartej metafory.

Maciej Wojtyszko, który rozpoznał autora na wskroś dydaktycznej wspólnoty wydziału reżyserii AT stwierdził, iż największą zaletą Krzysztofa Orzechowskiego jest „żarliwa, szczera pasja”. Jan Michalik usłyszał w tych komentarzach głos „polskiego inteligenta zatroskanego losem swego kraju”. Sądzę, że nawet oponenci muszą przyznać Orzechowskiemu, iż używa w dyskursie smaku i dba o racjonalne jądro sporu. Dzięki temu możliwa jest autentyczna rozmowa, której państwu życzę. Niechże więc egzemplifikacja zostanie waszym wyborem.

PS.1. Krzysztof Orzechowski w tym roku akademickim nie będzie prowadzić zajęć na warszawskiej reżyserii. Teraz ja zadaję pytanie – Cui bono?

PS.2. Tytułem delikatnej pretensji moja osobista prośba do autora, żeby się nie wycofywał, kiedy słusznie surowo ocenia postmodernistyczno-performatyczny huragan, widząc konkretne przykłady arogancji i hoksztaplerstwa.

Jagoda Opalińska

Dodaj komentarz