Sezon 2018/2019 w stolicy (I): Inni ludzie i ich sprawki

Pierwsza część obrachunków Tomasza Miłkowskiego z zakończonym sezonem w stolicy:

To był niezły sezon w stolicy, mimo tradycyjnych wyrzekań i pretensji, że repertuar nie ten, swoboda reżyserów ponad wszelką miarę, że na scenach zamiast sztuki panoszy się polityka, że aktorów nie słychać, nie widać, że to już nie teatr, tylko nie wiadomo co.

Jeśli teatr jest zwierciadłem życia (czy jak chciał Szekspir – natury) warto zapytać, nie tylko co było grane, ale o czym grane?

Warszawa należała do dramatopisarzy (około 30 prapremier, w tym 20 nowych dramatów). To był sezon nadzwyczajnego urodzaju na nowe sztuki (i scenariusze) polskie. Rozmaite towarzyszyły autorom inspiracje i motywy. Jedni próbowali diagnozować rzeczywistość, inni zaglądali w oczy historii, jeszcze inni tworzyli sztuki problemowe (przemoc, utopia, namiętności). Nie brakowało przy tym ujęć komediowych, ironicznych. Słowem, to wielkiej rozmaitości

urodzaj na nowe sztuki polskie

wśród których powszechny niemal zachwyt wzbudziła premiera komiksowych „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej wystawione przez TR Warszawa (w hali ATM) w reżyserii Grzegorza Jarzyny.

Grzegorz Jarzyna potrafi biegle czytać teksty Doroty Masłowskiej. To kolejny po „Między nami dobrze jest” ich mocny spektakl, rzecz o rozdrożu, na którym znaleźli się mieszkańcy stolicy końca drugiej dekady XXI wieku. Błądzą po niej zamuleni, myląc kierunki i zamiary, a odurzeni widzowie wraz z nimi.

Kamil Janik, lat 32, mieszkaniec blokowiska, który marzy o wydaniu hip-hopowej płyty, ale pewnie nigdy jej nie wyda, wyrzeka na INNYCH LUDZI. Wyrzeka w tworzonym a vista tekście, który sam mu się układa, bo płynie wprost z życiowych doświadczeń, tytuł nosi „INNI LUDZIE i ich sprawki”.

Masłowską najwyraźniej motywuje rozczarowanie: przełom ustrojowy po roku 1989 miał przeorać mentalnie rodaków, sprawić, że życie stanie się przyjemniejsze. Ale zamiast poczucia wspólnoty, narosła

obcość i wrogość,

pojawili się inni ludzie, oczekiwanie przemian okazało się swoim przeciwieństwem.

Wędrówka Kamila Janika (Yacine Zmit), drobnego kombinatora z blokowiska, niespełnionego autora rapowej płyty, który niczym anty-Odys krąży po Warszawie w poszukiwaniu jakiejś szansy, odsłania świat skarlałych pragnień, zwichniętych relacji i pogorzeliska idei. Kamil to dostrzega – wokół spotyka Innych Ludzi, których dzieli obcość, plemienna przepaść, obojętność, wrogość wypierająca dawne związki sąsiedzkie.

Opowieść o Warszawie końca drugiej dekady XXI wieku w okowach neokapitalizmu, smogu i zatruwającej umysły ksenofobii przyoblekła w TR Warszawa kształt przerażającego trafnością diagnoz widowiska. Nie zobaczymy tu demonstracji w obronie konstytucji i niezawisłości sądów ani politycznych debat. Inni ludzie żyją w świecie równoległym do tego, które można zobaczyć w telewizji, zajęci własnym rozgoryczeniem. Nagrania wideo ukazują pulsujące miasto, aktorów wpisanych w greenboxy, którzy co chwila wyłaniają się z nich na plan żywego teatru, sugestywną animację z dręczącym pytaniem, co się stało, że tak to się toczy, ku nieuchronnej katastrofie? Jakby nad Polską zawisło fatum.

Tak mocne

rozpoznanie społecznej alienacji

nie znajdzie się już w żadnym innym przedstawieniu minionego sezonu. Dotyczy to także chwalonego (i nagradzanego) spektaklu TR Warszawa „Cząstki kobiety”, które wyszło spod ręki cenionego węgierskiego reżysera Kornéla Mundruczó. To rzecz o prawie do wyboru własnej drogi cierpienia. Bohaterka traci dziecko po domowym porodzie i zewnętrznie nie okazuje oczekiwanej boleści. To wprawia jej najbliższych w stan niepokoju, ale ona nie zachowuje się stereotypowo. Zresztą rodzina od dawna ulega rozkładowi jak przypieczona kaczka (z kuchennego piecyka na scenie dymi widowiskowo) na spotkaniu u matki.

Tak można by najkrócej streścić scenariusz tego widowiska, napisany po prowadzonych próbach z aktorami. Dodatkowym jego atutem miały być wtręty polityczne. Autorka (Kata Wéber) poczyniła bowiem liczne aluzje do polskich podziałów, do typowych konwersji i radykalnych zmian poglądów, które stały się w Polsce chlebem powszednim. Scenariusz nie wychodzi jednak poza granice banału. Tekst jest – co tu kryć – słaby – i nie sposób na nim zbudować poważniejszych kreacji, nawet jeśli zasłaniać się konwencją hiperrealizmu. Udaje się to tylko Magdalenie Kucie, która sugestywnie rysuje postać Matki z początkami Alzheimera, broniącej się przed zdemaskowaniem.

Znacznie głębsze teksty trafiły na Scenę Studio Teatru Narodowego – aż

trzy kameralne odkrycia:

Tchnienie Duncana Macmillana (debiut reżyserski Grzegorza Małeckiego), Kilka dziewczyn Neila LaButte’a (reż. Bożena Suchocka) i Ironbound. Za torami, za mostem Martyny Majok (reż. Grzegorz Chrapkiewicz). Pierwsze dwa z minimalistyczną scenografią – Tchnienie praktycznie obywa się bez scenografii, muzyki i światła. Sztuka toczy się tu w języku, aktorzy muszą sobą zbudować całą dramaturgię: Justyna Kowalska i Mateusz Rusin tworzą zmieniającą się relację pary młodych ludzi, potem już starszych, a wreszcie bardzo starych, usianą momentami zabawnymi, kuszącymi, dramatycznymi, czasem trudnymi do zniesienia.

Bohater Kilku dziewczyn, nieźle prosperujący na rynku pisarz (Grzegorz Małecki), przed ślubem z wybranką spotyka się z byłymi partnerkami. Wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Świetnie zagrana sztuka – powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie przewrotnego komentarza do relacji męsko-damskich. To nie jest sztuka feministyczna (LaButte uchodzi nawet za mizogina), ale zbiega się z nurtem feministycznym jak błyskotliwy polski debiut dorastającej w Zabrzu laureatki Pulitzera Martyny Majok, autorka Ironbound. Jej bohaterka (Ewa Konstancja Bułhak), emigrantka z Polski, odważna, choć bezbronna kobieta, zmaga się z przeciwnościami losu, aby chronić swego syna narkomana. Odkrywa fałsz amerykańskiego marzenia, ale nie rezygnuje z walki.

Choć nie wszystkie

diagnozy kondycji Polaków

się udawały, można wskazać na kilka trafnych rozpoznań (i przeczuć). Poczynił je w swoich nowych sztukach Maciej Wojtyszko, któremu setna rocznica odzyskania suwerenności państwowej podpowiedziała tematy do „Fantazji polskiej” (Ateneum, reż. Andrzeja Strzeleckiego) i „Deprawatora” (Polski, w reżyserii autora). O ile „Fantazja” to inteligentny żart historyczny, w którym mowa o roli przypadku w historii, o tyle „Deprawator” wpisuje w dyskusję o polskości jako micie, przynosząc nadzwyczaj trafny portret Gombrowicza (niedościgła rola Andrzeja Seweryna, najlepsza rola męska w tym sezonie) i jego przesłania: „Nie lawiruj, płyń prosto pod wiatr”.

W innej konwencji, bliższej performansowi niż tradycyjnemu dramatowi, w stronę niedawnej historii zwraca się Jędrzej Piaskowski w swoim spektaklu „Dawid jedzie do Izraela” (TR Warszawa, na scenie w muzeum Polin), należącym do fali „marcowego grania”, czyli teatralnego echa Marca 1968, które tak silnie doszło do głosu w warszawskich teatrach w sezonie 2017/2018. Różni się ten spektakl wyraźnie od tych poprzednich zarówno formą, jak i treścią. To próba odcięcia się od „marcowego gadania” zawołaniem: „Dosyć już marca!”. Nie z tego powodu, że reżyser chce coś zamazywać czy zakłamywać, ale uważa, że nie powinno się żyć z głową do tyłu i ciągle popatrywać w przeszłość, bo niekoniecznie to musi przynieść ozdrowieńcze rezultaty.

W tę falę wpisuje się również „Rejwach” wg Mikołaja Grynberga (Teatr Żydowski), złożony z opowieści ludzi o chwiejnej tożsamości, ukrywających albo odkrywających swoją stłumioną żydowskość, broniących swojej polskości, żądających od autora wsparcia albo zaświadczenia, kim są, a przynajmniej rady, co mają ze sobą począć. Grynberg oddał duszną atmosferę niepewności, wyparcia, buntu pamięci, która domaga się ujawnienia, Andrzej Krakowski (reżyser) wydestylował z tych opowieści nie tylko aurę, ale i linię dramaturgiczną, która prowadzi do samoidentyfikacji.

Teatr interesowały (na szczęście) nie tylko wielkie syntezy czy mozaika społecznych procesów, ale także

zbliżenia i mikroanalizy

Taki jest „Fatalista”, nowy dramat Tadeusza Słobodzianka (Dramatyczny, reż. Wojciech Urbański). Autor nazwał tę słodko-gorzką sztukę, nawiązującą do opowiadania Izaaka Singera, „historią romantyczną w IV scenach”. Smaku przydaje jej sceneria: odniesienia do żydowskiej dzielnicy międzywojennej Warszawy, przez okno widać kamienicę przy Krochmalnej – ukochanej ulicy Singera, starannie odtwarzane są tradycje szabasowe, centralnie usytuowany stół, na którym znajdzie się świąteczny złocisty rosół. Przedstawienie toczy się w rytmie komedii konwersacyjnej, która – jak się okazuje – może

wciąż przykuwać uwagę, jak to się dzieje w tym koncertowym duecie aktorskim (Magdalena Czerwińska, Robert T. Majewski) o miłości, zdradzie i przywiązaniu.

Kameralne zbliżenia bywały przesycone duchem uniwersalności, zgodnie z przynależną teatrowi zasadą pars pro toto, jak choćby w adaptacji opowiadania Kazimierza Brandysa „Jak być kochaną” (reż. Lena Frankiewcz, Narodowy). Felicja, kobieta z wypatroszonym sercem, finezyjnie i przejmująco grana przez Gabrielę Muskałę, ogląda samą siebie niemal jak kogoś obcego, malując portret kobiety, która poświęca wszystko, nawet dobre imię, aby ratować ukochanego. Piękny powrót do opowieści Brandysa o cichych bohaterkach czasu okupacji.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz