Przypadek: Olgierd Łukaszewicz

Trud, jaki podjął autor, wart jest odnotowania. To praca pionierska – bodaj pierwsza książka o takim charakterze. Przynosi wielostronne spojrzenie na dorobek artystyczny, społeczny, intelektualny aktora o tak rozległych terytoriach aktywności właśnie na styku kultur, albo wręcz wewnątrz kultury sąsiedzkiej – o książce „Polsko-niemieckie transgresje kulturowe. Olgierd Łukaszewicz – studium przypadku” Michała Jamiołkowskiego pisze Tomasz Miłkowski w Trybunie.

«”Działalność artystyczna Olgierda Łukaszewicza to zbliżanie się do siebie dwóch kultur, nie tylko na płaszczyźnie literatury, teatru i aktorstwa, ale także przypominanie wydarzeń historycznych które zatarły się w pamięci obu narodów”.

Tak pisze Michał Jamiołkowski pod koniec swej książki „Polsko-niemieckie transgresje kulturowe. Olgierd Łukaszewicz. Studium przypadku”, która właśnie ukazała się nakładem Instytutu Germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zarówno profesja autora, germanisty o zainteresowaniach teatrologicznych, jak i adres wydawcy każą przypuszczać, że mamy do czynienia z pracą naukową. Tak jest w istocie – autor nie kryje swoich celów badawczych, opisuje warsztat, jakim się będzie posługiwać, szeroko przedstawia źródła, inspiracje i tło porównawcze.

Zaznacza, (i wyjaśnia dlaczego), że ważnym źródłem była dla niego oral history, czyli rozmowy, jakie przeprowadził z bohaterem monografii. Bo jak sama nazwa książki wskazuje, idzie Jamiołkowskiemu o zbadanie roli, jaką w dialogu kultur sąsiadujących narodów spełniła osobowość transgresywna Olgierda Łukaszewicza, a przekładając to na język potoczny osobowość nastawiona na przekraczanie barier i budowanie mostów, poszukiwanie nowych interpretacji i możliwości wymiany (treści, wartości, idei, faktów artystycznych).

Trud, jaki podjął autor, wart jest tu odnotowania. To praca pionierska – bodaj pierwsza książka o takim charakterze. Przynosi wielostronne spojrzenie na dorobek artystyczny, społeczny, intelektualny aktora o tak rozległych terytoriach aktywności właśnie na styku kultur, albo wręcz wewnątrz kultury sąsiedzkiej.

Ten zdumiewający dorobek Łukaszewicza, znaczony jego obecnością na scenach austriackich i niemieckich, w kinie i telewizji, niepoliczonymi koncertami poetyckimi, triumfalnym objazdem z „Psalmami Dawida” po całych Niemczech (mówionymi po niemiecku), wreszcie akcjami upamiętniającymi polsko-niemieckie fascynacje, jest stosunkowo mało znany i doceniany nad Wisłą. Poza nielicznymi doniesieniami prasowymi i wywiadami z artystą niewiele o tym było wiadomo. Toteż niezwykły prestiż, a nawet nimb aktora-przewodnika duchowego, jaki otacza Łukaszewicza w Niemczech, wydaje się w Polsce niemal bajką. Tymczasem Jamiołkowski dowodnie wykazuje, że tak jest, przytaczając liczne echa jego występów i wystąpień, świadczące jak silny wpływ wywierał artysta na przecieranie ścieżek wzajemnego zrozumienia i budzenia zainteresowania kulturą sąsiada. Przy czym była to aktywność z wektorem zwrotnym, w równej mierze budziła wśród Niemców apetyt na polską literaturę, poezję i teatr, jak wśród Polaków zainteresowanie kulturą niemiecką.

Mówiliśmy o tym trochę w naszej książce „Seksmisja i inne moje misje. Olgierd Łukaszewicz w rozmowie z Tomaszem Miłkowskim” (Kraków 2016, Wydawnictwo Literackie). Aż dwa rozdziały tej rozmowy-rzeki poświęciliśmy wątkom niemieckim („Aktor niemiecki”, „Impuls z Niemiec”), na tę książkę zresztą autor studium wielokrotnie się powołuje, przytaczając fragmenty wypowiedzi bohatera. To, co zostało przez nas jedynie dotknięte, czy zasygnalizowane, Jamiołkowski pogłębia i bada „mędrca szkiełkiem i okiem”. Autor przekopał się przez dziesiątki recenzji i artykułów, przewertował prace na podobne tematy, przeprowadził porównania z aktywnością innych polskich artystów na obszarze kultury niemieckiej (i nie tylko, także francuskiej). Od tego zresztą zaczyna badania, przywołując wiele znaczących dla tych kontaktów i przepływów nazwisk, począwszy od Henryka Baranowskiego, twórcy berlińskiego Transformer-Theater, a kończąc na Andrzeju Wajdzie, jako reżyserze niemieckiej wersji „Wesela” w Salzburgu – notabene z udziałem Łukaszewicza w roli Widma. Nie wymienia zresztą wszystkich (nie ma tu choćby związanych z niemiecką sceną reżyserów Jana Kulczyńskiego czy Janusza Wiśniewskiego, o którym autor wspomni pod koniec książki, nie ma Piotra Lachmanna), ale nie taki jest cel tego przypomnienia, chodzi raczej o zarysowanie tła.

W polu widzenia badacza znalazły się wszystkie formy aktywności Olgierda Łukaszewicza, także jako recenzenta czy organizatora debat publicznych albo festiwali (Teatr w Remizie w Helu powołany do życia wspólnie z żoną Grażyną Marzec), choć – siłą rzeczy – najwięcej uwagi poświęca autor teatrowi i literaturze. Mimo że to książka naukowa, badacz nie może ustrzec się podziwu, jaki budzi w nim ta oszałamiająca wręcz aktywność artysty, a bodaj największe wrażenie czyni na nim sukces „Psalmów Dawida”, monodramu najpierw realizowanego w Polsce (premiera w warszawskiej Piwnicy na Wójtowskiej Ryszarda Ostromęckiego, 1984) w różnych etapach zakazywanego przez cenzurę), a potem wystawionego w Niemczech.

Po raz pierwszy Olgierd Łukaszewicz sięgnął po Psalmy Dawida dawno temu jako aktor jeszcze młody. Pełen zapału i energii recytował Psalmy przedzielone utworami muzycznymi – był to więc tzw. koncert słowno-muzyczny, a towarzyszące mu emocje sprawiły, że w oczach aktora pojawiły się łzy. Młodego artystę ogarnął jednak popłoch, kiedy zauważył, że wraz z nim płacze widownia i jeszcze chwila, a rozdzierający szloch wszystkich połączy. Nie o to mu jednak chodziło – emocja miała być kontrolowana i służyć ukazaniu wewnętrznej walki człowieka, szamocącego się między wiarą a zwątpieniem, między poczuciem własnej mocy a poczuciem znikomości. Słowem, znane motywy z romantycznych sporów z Bogiem, by tylko przywołać Wielką Improwizację.

Łukaszewicz na dobre dziesięć lat odłożył Psalmy, ale widocznie ich magia wciąż go przyciągała, bo wrócił do nich już w formie monodramu, bez muzyki, ale w układzie w zasadzie niezmienionym, i jak przed laty także w „gorącym” przekładzie Romana Brandstaettera. Być może tajemnica tego przekładu tkwi w przeżytej przez jego autora konwersji religijnej i stąd szczególna żarliwość, ale i siła wątpliwości, która z tych tekstów przebija.

Z tą wersją monodramu przyjechał przed laty aktor na festiwal teatrów jednego aktora do Torunia (1986), ze spektaklem o fakturze misteryjnej, bliższym modlitwie niż zwykłemu spektaklowi. By podkreślić sytuację bohatera (wówczas już starszego, jak to powiada Dante w „Boskiej Komedii”: „W życia wędrówce, na połowie czasu”), przez środek małej sali Teatru Baj, gdzie spektakl przedstawiał, przechodził wąski podest, jak chwiejna kładka, na której bohater zmagał się ze sprzecznymi uczuciami i myślami. Ścisk był ogromny, tak więc widzowie, którzy znaleźli się trochę dalej od „kładki” nie mogli jej zobaczyć, ale przynajmniej usłyszeli emocję.

W Niemczech artysta wrócił do „Psalmów” – po raz pierwszy zaprezentował je ekipie serialu „Mit den Clowns kamen die Tranen” (w reżyserii Reinharda Hauffa), korzystając z gościny studia telewizyjnego BRD. Nie wszyscy byli zachwyceni, bo aktor i tym razem zdobył się przekroczenie, tym razem niemieckiej tradycji czytania „Psalmów”, ale sława jego spektaklu rosła. Lisa Hochmuth z „Suddeutsche Zeitung” napisała: „Łukaszewicz jako zrozpaczony Dawid przytłacza, gdy tańczy na scenie z obłędem w oczach, wznosi ręce do góry i wykorzystując swoje nieprawdopodobne możliwości modulacji głosu błaga Boga, zrywając z siebie marynarkę i ukazując pod nią luźno

zwisający, pusty rękaw koszuli. Czołga się, rzuca na ziemię, ciągle zwracając się bezpośrednio do widzów (…) I schodzi ze sceny. Znów słychać muzykę. Cisza. Wreszcie długo rozbrzmiewające brawa. Fakt, że wielu widzów miało złożone do modlitwy dłonie, dowodzi, jak silnie urzekł ich Łukaszewicz. Przeszkadzało jedynie tykanie zegara”.

To tylko jedna z kilkudziesięciu więcej niż pochlebnych recenzji i jeszcze większej liczby listów zachwyconych widzów-parafian. Większość bowiem spektakli artysta wystawiał w świątyniach – co w tradycji niemieckiej ma zupełnie inne odniesienia niż w polskiej.

To tylko przykład rozległej pracy artysty nad zmianą wzajemnego o sobie myślenia Polaków i Niemców. Książka Jamiołkowskiego staje się więc siłą rzeczy pomnikiem dokonań artysty. Jeśli coś w tej książce uwiera, to gorset naukowy, chyba też ciążący autorowi, który ma temperament pisarza. Dość tu przywołać dowcipny fragment odnoszący się do wspomnianego już Teatru w Remizie (rozdział nosi tytuł „Remiza teatrem”): „Diabelski pomysł. Jak diabeł to piekło, czyli hell. Tu przez jedno „l” pisane, za to wielką literą. Na domiar złego na linii Hel-Władysławowo kursuje autobus linii 666. Nic dobrego z tego wyjść nie może – a jednak wyszło i to wszystkim na dobre. Teatr. Teatr na Helu. W remizie. Teatr w Remizie na Helu”.

Pisze autor o swoim bohaterze, że to „człowiek orkiestra”, aktor, którego credo stało się stwierdzenie: „aktor musi szukać swego losu” (to zdanie z „Seksmisji i innych moich misji”). Właśnie szukając swego losu, Łukaszewicz, aktor uznany i ceniony, nagle zwinął żagle i powędrował do krajów niemieckojęzycznych nie znając w ogóle języka. To był rodzaj szaleństwa i buntu, który miał wydać wspaniałe owoce. Całą ich paletę odmalowuje w swojej książce Jamiołkowski, pozwalając smakować niebywały sukces artysty, którego oświadczeniu, że zostanie aktorem niemieckim, towarzyszyło zdumienie, a nawet pukanie się w czoło życzliwych kolegów.

Michał Jamiołkowski, „Polsko-niemieckie transgresje kulturowe. Olgierd Łukaszewicz – studium przypadku”, Instytut Germanistyki UW, Warszawa 2019, ISBN 978-83-949472-9-3.»

„Przypadek: Olgierd Łukaszewicz”
Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna nr 153/2-4.08
02-08-2019

Dodaj komentarz