DOROTA KOLAK: Perkozy w trzcinach

Dorota Kolak jest tegoroczną laureatką Nagrody AICT im. Ireny Solskiej. Z tej okazji przypominamy portret Doroty Kolak z książki Łukasza Maciejewskiego „Aktorki. Odkrycia”.

Fotos ze sztuki Słodki ptak młodości Tennessee Williamsa w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Dorota Kolak jako Alexandra del Lago ‒ w rozmazanym makijażu, z papierosem w dłoni. Przed nią pusta szklanka, papierośnica, popielniczka. Nicość i poniżenie? Nie, bo przecież dłonie Doroty/ Alexandry są zadbane, oczy błyszczą, a na stopy luźno nasunięte ma eleganckie szpilki. Doskonałe zdjęcie ‒ tam jest wszystko. Cała „hybrydalność” aktorstwa Kolak. Pewność racji i rozwibrowanie, zacietrzewienie i specyficzny somnambulizm.

Na pierwszej stronie albumu Autoportret Dorota Kolak pyta: „W jaki sposób te dumne, mroczne, niejednoznaczne postaci się ze mnie wyłaniają, co im z siebie daję i ile jest ich we mnie. Skąd biorę tę pewność gestu, odpowiedni ton, tę umiejętność skrywania tajemnicy, które czynią moje postaci wiarygodnymi?”.

Nie ma jednej, właściwej odpowiedzi. Dorota Kolak czerpie z siebie: z imponującego dorobku zawodowego, z intuicji, dzięki której nawet najbardziej ryzykowne wybory łączące się zarówno z aktorstwem ekspresyjnym, jak i introwertycznym okazują się trafne i skuteczne. Ową dwoistość widać dobrze w kreacji Kolak w filmie Tomasza Wasilewskiego Zjednoczone Stany Miłości. Zagrała trudną do zaszufladkowania, niejednoznaczną postać ‒ Renatę, kobietę sympatyczną i samotną, ale niekiedy siłowo wręcz i egocentrycznie szukającą towarzyskiej kompensaty. Byliśmy razem na festiwalu w Berlinie. Na dużym ekranie Kolak była zjawiskowa, na czerwonym dywanie prezentowała się wspaniale ‒ elegancka i urodziwa, tajemnicza femme fatale ‒ ale wieczorem, na bankiecie, zobaczyłem inną Dorotę, której dotąd nie znałem. To była zagubiona dziewczynka w wielkim świecie. Dziewczynka bez wieku, krucha i delikatna. Świeciła się kula stroboskopowa, ktoś się śmiał, ktoś tańczył, a mina tej wspaniałej, szanowanej, nagradzanej aktorki mówiła: mnie to przerasta, nie chcę pasować do takiej rzeczywistości, wolę być obok.

Nie wiem, nie jestem pewien, która Dorota Kolak była najprawdziwsza. Myślę, że wszystkie razem. Dzięki niejednoznacznościom jej aktorstwo wyłamuje się z podręcznikowych reguł. Dorota na scenie czy filmowym planie może być wulgarna, ostra, nieprzejednana, ale w gruncie rzeczy ciągle powtarza: „mnie to wszystko przerasta”.

Jest obok.

Obok, czyli w samym centrum.

***„Chyba największy aktorski talent, jaki się na Wybrzeżu objawił”, pisała przed laty „Polityka”. „Kolak zmaga się głównie z wielkim repertuarem tragicznym. To tragizm w bardzo współczesnym rozumieniu, odnajdywany tam, gdzie dotykamy palcem rany samej egzystencji ludzkiej” – można było przeczytać w „Teatrze”. A Tadeusz Sobolewski dodawał: „Dorota Kolak to aktorka o niebywałej, jakby powstrzymywanej wewnętrznej ekspresji. Nikt tak jak ona nie potrafi grać zwyczajności, jakby od niechcenia nadawać znaczenia najpotoczniejszym zwrotom”.

Kilka lat temu mówiła:

Jako dziewczyna nie lubiłam siebie. I paradoksalnie, właśnie dlatego zostałam aktorką. Jak człowiek siebie nie akceptuje, to aktorstwo wydaje się ucieczką. Tymczasem to pułapka. Żeby uprawiać ten zawód, trzeba do siebie „wrócić”.

Dziś dodaje:

U mnie samoakceptacja, zadowolenie z tego, co robię ‒ to wszystko przyszło z wiekiem. Ale na pewno przed największymi sukcesami. Po prostu któregoś dnia powiedziałam sobie: szkoda życia na umartwienia, na wieczne kompleksy. To, co robisz, jest fajne, ty jesteś fajna, ale możesz być jeszcze lepsza.

Przykład Doroty Kolak przeczy tezie, że dla aktorki przekroczenie granicy czterdziestu lat oznacza wczesną emeryturę. Coraz mniej ról, coraz banalniejsze wyzwania. Z Kolak jest akurat odwrotnie.

W rozmowie z Lilianą Fabisińską podkreślała:

Moja praca zawodowa nabrała tempa, gdy skończyłam pięćdziesiątkę. Kobiety w moim wieku powinny mieć odwagę, żeby marzyć i działać. I, co równie ważne, by inni ludzie: pracodawcy, mężowie i dzieci, dawali nam do tego prawo.

Ma swój czas. Dobre spektakle, świetne filmy, popularne seriale. Wciąż jednak pozostaje wierna jednemu miejscu ‒ Teatrowi Wybrzeże w Gdańsku.

„Dorota jest klasycznym pracoholikiem. A że bliski jest mi ten sposób zachowania, więc doskonale ją rozumiem. Ale ponieważ jestem starszy, to wiem, że powinno się odpuścić. Dorotka jeszcze nie jest na tym etapie”, mówił w telewizyjnym programie Kulisy sławy Janusz Stokłosa, kompozytor i przyjaciel aktorki. A jej córka Katarzyna Z. Michalska dodawała: „Mama nigdy nie wierzy w siebie, ciągle nie dowierza komplementom, tak jakby te wszystkie wspaniałe role, które zagrała w Teatrze Wybrzeże, to był jakiś monstrualny zbieg okoliczności”.

W „Dzienniku Bałtyckim” Kolak zwierzała się:

Teatr nie szufladkuje. Pozwala na eksperyment, bo mamy na to czas. Pozwala błądzić i poprawiać błędy w każdym następnym spektaklu. W moim odczuciu teatr to fascynująca przygoda.

Zanim trafiła do Teatru Wybrzeże, przez kilka sezonów pracowała w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu ‒ zagrała tam między innymi Julię w Romeo i Julii, Klarę w Ślubach panieńskich, Marynę w Weselu.

W Teatrze Wybrzeże ma niezaprzeczalny status gwiazdy, głównie dzięki rolom w spektaklach Krzysztofa Babickiego (Pułapka, Panna Julia, Biesy, Parawany), Grzegorza Wiśniewskiego (Matka, Słodki ptak młodości, Zmierzch bogów, Kto się boi Virginii Woolf?), Anny Augustynowicz (Mąż i żona, Na początku był dom, Wiśniowy sad), Krystyny Jandy (Seks dla opornych, Raj dla opornych), Adama Nalepy (Maria Stuart). Zagrała także Maję Ochołowską w Opętanych Gombrowicza, tytułową bohaterkę w Antygonie Sofoklesa i w Pannie Julii Strindberga, Smugoniową w Uciekła mi przepióreczka… według Żeromskiego, Elwirę w Mężu i żonie Fredry, Maszę w Trzech siostrach Czechowa, Senję w Poznać strach Enquista, Solange w Pokojówkach Geneta.

O Maszy w interpretacji Kolak pisano: „Fascynuje sposób, w jaki się porusza, siada, kuli na kanapie”. O Matce w sztuce Witkacego: „Matka Doroty Kolak jest w tym koncercie życia osobą wielowymiarową. Kocha i nie rozumie syna, a miłością, która jest odwróconą formą egoizmu, zabija jego i siebie. To świetna rola”. O Solange: „Grana jakby całym ciałem. Każdy gest i grymas doprowadzony do perfekcji. Ostatnia tyrada zagrana ze zrozumieniem każdej litery tekstu”. O Senji: „Znerwicowana, zawiedziona kobieta, szukająca nadaremnie ładu świata”. O Marii Stuart: „Zamiast zmysłowości obserwujemy wewnętrzną emocjonalność, która sprowadza się głównie do analizy własnej sytuacji i jej spodziewanych następstw”.

W jednym z wywiadów mówiła:

Aktorstwo jest jak płynięcie Titanikiem: trzeba mieć i zdrowie, i szczęście. Gdy grałam w Matce Witkacego, poczułam, że to rola o mnie. O moim myśleniu, kiedy się będę starzeć. Co będzie ze mną, z pracą? Czy potrafię znaleźć sobie inne miejsce? To zawód, który wymaga fizycznej siły.

Teraz dodaje:

Dzisiaj więcej we mnie spokoju, ufności. Los mi pobłogosławił, tak myślę. Spokojnie patrzę w przyszłość. Może to kwestia mojej osobowości, wychowania albo ludzi, którzy mieli na mnie wpływ? Mam dystans do popularności, komplementów, laurek. Kiedy wydaje mi się, że jest ciut za miło, przypominam sobie wstrząsający wiersz Andrieja Wozniesienskiego o Marilyn Monroe. W tym wierszu Marilyn krzyczy: „I zawijają we mnie śledzie”. Tak się często kończy żywot kolorowych okładek.

Czasem dziennikarze mnie pytają, czy marzyłam o jakiejś roli. Nie, wcześniej nigdy nie marzyłam. Może byłam rozwydrzona, nie musiałam marzyć, bo te wspaniałe, piękne role same do mnie przychodziły. Po tylu latach, dzięki spotkaniu z Mariuszem Grzegorzkiem, zdarzyło się coś, czego nie przewidywałam, nie brałam kompletnie pod uwagę, czyli że będę grała w filmach. Pojawiają się kolejne propozycje. Zobaczymy, co jeszcze przyniesie los.

Mam wrażenie, że i w kinie, i w teatrze zaczyna się czas dojrzałych kobiet. Helen Mirren, Meryl Streep, Judi Dench dawno temu skończyły pięćdziesiątkę, a raczej nie narzekają na brak propozycji. Czuję, że również i u nas to się zmienia. Pojawiło się grono młodych reżyserów, jak Tomek Wasilewski czy Grzesiu Jaroszuk, którzy przestali myśleć stereotypami, są niezależni. Nie muszą odnosić się do polskiego kina, polityki, całej tej sfery obyczajowej z wyraźnym podziałem na pierwiastek kobiecy i męski. Dzisiaj to się przenika: ani kobiecość, ani męskość nie są naznaczone. Ja marzę wręcz o zagraniu męskiej roli. Odważnej roli, odważniejszej nawet niż w Zjednoczonych Stanach Miłości. Odwaga popłaca.

***

Spotykamy się w Krakowie ‒ twoim i moim mieście. Niektórym może to wydać się dziwne, przecież Dorota Kolak niemal każdemu od lat kojarzy się z Gdańskiem i z Teatrem Wybrzeże.

W Gdańsku jestem już dłużej, niż byłam w Krakowie. Wyprowadziłam się zaraz po studiach – pojechaliśmy z mężem najpierw do Kalisza, potem do Gdańska.

Nie chciałaś zostać w Krakowie?

Chciałam, ale mnie nikt tutaj nie chciał. Złożyłam papiery do Teatru Słowackiego, nie udało się. O Starym Teatrze nawet nie marzyłam, za wysokie progi. Pomyślałam więc, że pojadę do pracy tam, gdzie mnie chcą, czyli do Kalisza.

Rozmawiamy w kawiarni Europejskiej przy Rynku. To miejsce ‒ wnętrze i menu ‒ wydaje się wieczne jak sam Kraków. Przychodziłem tu jako licealista, potem na studiach, wreszcie jako dojrzały facet. Z biegiem lat, z biegiem dni… Zawsze jest tak samo. Taki chyba w ogóle jest Kraków.

Rynek i jego okolice to są moje rewiry; tędy chodziłam do V Liceum imienia Witkowskiego, do podstawówki muzycznej biegałam na ulicę Basztową. Mieszkaliśmy na Sławkowskiej, a więc i do szkoły teatralnej miałam kilka kroków.

Masz rację, Kraków jest niezmienny, choć nie do końca. Według mnie jednak trochę się zmienił. Ty tego nie możesz pamiętać, ale mój Kraków był o wiele bardziej prowincjonalny, wręcz przaśny. Kiedy stąd wyjeżdżałam, nikt nawet nie marzył o tych wszystkich ogródkach, restauracjach, kawiarniach. Było szarawo.

Gdzie umawiałaś się z chłopakami na randki, z dziewczynami na plotki?

W barze kawowym Rio na świętego Jana, najczęściej. On chyba jeszcze istnieje?

Jest, jest. Cudowne miejsce, bo ciągle zanurzone w przeszłości. I to nie żadna podróbka, tylko oryginał. Wysokie stoliki barowe, kawa pita na stojąco, ale za to pyszna. To bar dla krakusów, turyści nie kupują tego prowincjonalnego sznytu.

Czuję zapach tamtej kawy… Na ogół we wspomnieniach zostają zapachy, coś zmysłowego. Sensualnie nasz dom kojarzy mi się ze świeżo wypastowaną podłogą, na glanc. Od tego zapachu nie można było uciec. Dom to także zapach ciasta i pomarańczy z trudem zdobywanych dla wnuczek przez babcię Cesię. I jeszcze smak kwasu chlebowego, który piło się wtedy namiętnie. Przez otwarte okno słuchałyśmy z siostrą hejnału mariackiego, na Planty tata zabierał nas zimą na sanki, latem na lody. Pamiętam też, jak mama sadzała mnie na fortepianie i grała z pamięci. Albo jak rodzice wieczorami tańczyli charlestona, a my z siostrą patrzyłyśmy na nich z podziwem.

Czasami płynęliśmy stateczkiem Wisłą do Tyńca. Kiedy byłam naprawdę mała, tata kupił nam na taką podróż kolorowe bibułkowe parasolki na patyku. Mam nawet zdjęcie, na którym stoimy z siostrą w Tyńcu ‒ z bibułkowymi parasolkami, wyprostowane i dumne.

Babcia mieszkała na Stradomiu, więc krakowskim zwyczajem co niedziela odbywaliśmy długi i bardzo przez nas lubiany spacer nad Wisłę. Ciotka natomiast mieszkała na Salwatorze, także w pięknej dzielnicy, w związku z tym doskonale znam również i te rejony Krakowa. Kiedy poszłam na studia, czasem służyłam za przewodnika, pokazywałam Kraków, bo w szkole teatralnej wielu było przyjezdnych.

Zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam teatr. Nawet w szkole podstawowej robiliśmy teatrzyk, chłopcy grali na instrumentach, coś w rodzaju jazzu, bo to była szkoła muzyczna, a dziewczynki śpiewały. W liceum też bawiłam się w teatr. Naszym opiekunem był starszy od nas o jakieś dziesięć lat Sławek Rokita, dziś ceniony aktor Teatru Słowackiego. Jednym słowem, bardzo wcześnie połknęłam bakcyla. Jako nastolatka byłam wręcz zaczadzona teatrem, przede wszystkim Starym Teatrem. Miałam wielkie szczęście, bo dzięki pracującemu w tym teatrze tacie Konrad Swinarski zgodził się, żebyśmy z koleżanką usiadły w ostatnim rzędzie i oglądały jego próby do legendarnego potem Wyzwolenia. Prawie nic nie słyszałyśmy, bo wszystko odbywało się w wielkiej ciszy. Miałam wtedy szesnaście lat i absolutną pewność, że uczestniczę w czymś niezwykłym. Swinarski pracował jakby na puentach. Wszystko działo się niepostrzeżenie. Ktoś wychodził, wchodził, reżyser nachylał się, szeptał komuś coś do ucha, kiwał głową. Tak rodziło się arcydzieło. Było to kompletnie nieefektowne i może dlatego tak piękne. Jeżeli tak ma wyglądać teatr, pomyślałam wtedy, to ja chciałabym brać w tym udział.

Twoja mama Alina była choreografem, prowadziła również studencki zespół taneczny i kabaret. Ojciec – Jerzy Kolak – pracował w Starym Teatrze. Prawdziwie artystyczna rodzina.

Rodzina mojego męża Igora Michalskiego, którego poznałam na trzecim roku studiów, to jest dopiero wielopokoleniowa aktorska familia. W moim przypadku z teatrem był związany głównie mój tata, kierownik techniczny Starego. Wcześniej pracował w Bagateli. Ale on akurat nie był moją pasją zachwycony, ponieważ znał teatr od kulis, od tej, powiedziałabym, ciemniejszej strony. Jemu nie spodobał się mój wybór ze względu – bardzo przepraszam, bo wiem, jak to zabrzmi – na obyczajowość. Ojciec wiedział, że dla kobiety to jest trudna droga. Mama z teatrem współpracowała tylko okazjonalnie, tańczyła. Oboje natomiast mieli za sobą epizod zdawania do szkoły teatralnej, więc to jabłko nie padło znowu tak daleko od jabłoni.

Z teatrem, ze sztuką był też związany dziadek ze strony taty.

I dziadek, i babcia ze strony mamy, a nawet prababcia, która razem ze swoimi ciotkami grała w orkiestrze. Pływały między innymi po Morzu Czarnym statkami wycieczkowymi i koncertowały w Sewastopolu i Odessie. Babcia była taperem, pracowała w kinie, gdzie grała na pianinie. To były prawdziwe koncerty podczas projekcji niemych filmów. Dziadek był teatralnym krawcem w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie. Pracowała tam również moja ciotka. Żałuję, że zanikają powoli te wszystkie cudowne profesje będące częścią teatralnego krwiobiegu. Dziadek czasem mówił do mnie: „Wiesz, Dorotko, szyłem najlepsze fraki w tym mieście”. I śmiejąc się, opowiadał mi, jak kiedyś przyszedł do niego wielki Józef Szajna z prośbą o skrojenie pięknego białego fraka. Odbiera ten frak i mówi: „Panie Felusiu, bardzo pięknie pan to uszył”, a potem łapie za żelazko, zapałki i robi w tym fraku dziury. Dziadek omal nie zszedł na zawał. No, ale każdy, kto wie, na czym polegał teatr Szajny, na pewno się nie zdziwi. Trudno sobie wyobrazić w jego wizji plastycznej miejsce na nienagannie skrojony frak. Dominowały kurzawa, popiół. I dziadek to uszanował.

Teatralna rodzinna saga na tobie się nie kończy. W Teatrze Wybrzeże pracujecie razem z córką Katarzyną. W wywiadzie dla trójmiejskiej „Gazety Wyborczej” Kasia wspominała: „W trzeciej klasie liceum poczułam, że nie mogę robić niczego innego, że muszę iść w ślady rodziców. Wszyscy w kółko powtarzali: »Musisz zostać aktorką!«, dlatego w pewnym momencie powiedziałam, że nie chcę. Ostatecznie jednak okazało się, że to oni mieli rację. Musiałam zostać aktorką, bo nawet jeśli myślałam o innych zawodach, to serce ciągnęło mnie do teatru”.

Wybór Kasi spędzał mi sen z powiek, dlatego że przez te wszystkie lata sporo się naoglądałam i wiem, co to znaczy być aktorką niespełnioną. Jaki to jest rodzaj bólu, jaka udręka. Pomyślałam więc, że może jak jej to wybiję z głowy, ochronię ją przed rozczarowaniem. Zrobiła, co chciała, podobnie jak jej mama i ojciec, nie ma na to rady. Ze mną prowadzi niekiedy ostre rozmowy na temat artystycznych wyborów, bo ja jestem raczej tą od krytycznych uwag, ojciec natomiast jest zapatrzony w Kasię jak w obrazek, rozpieszcza ją i akceptuje bez zastrzeżeń. Ale Kasia nie potrzebuje taryfy ulgowej, bardzo dobrze sobie radzi. Pracowała w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, teraz jest w Wybrzeżu. Mamy za sobą pierwszy wspólny spektakl ‒ Wiśniowy sad Czechowa w reżyserii Anny Augustynowicz.

Twoją pierwszą przygodą aktorską, poza szkolnymi teatrzykami, był występ w widowisku telewizyjnym w reżyserii legendarnej Marii Biliżanki, twórczyni powojennego teatru dziecięcego, w której przedstawieniach i słuchowiskach radiowych debiutowali między innymi Roman Polański i Tadeusz Łomnicki. Polański w autobiografii Roman wspominał, że „Biliżanka nie lubiła dziecięcych gwiazd ani przerośniętych osobowości. Dbała, by jej podopieczni nie popadali w samouwielbienie związane z występami w radiu i na scenie. Zależało jej, by młodzi aktorzy nie lekceważyli nauki i poważnie podchodzili do obowiązków szkolnych”.

Najpierw, jako dziecko jeszcze, byłam namiętnym widzem spektakli dziecięcych w Grotesce i w Bagateli właśnie. Spektakle Marii Biliżanki, Zofii i Władysława Jaremów, scenografie Kazimierza Mikulskiego, Jerzego Skarżyńskiego i Lidii Minticz-Skarżyńskiej ‒ to wszystko działało na moją wyobraźnię. Minęło tyle lat, a ja do dzisiaj mam w głowie gotowe obrazy: na przykład pamiętam scenę, kiedy na olbrzymim podeście ułożona została kratka, a przez nią ulatywały gwiazdki. Po chwili pojawiał się aktor przebrany w zielony, średniowieczny kostium trubadura. Wchodził i łapał te gwiazdki w dłonie. Dla mnie, małej dziewczynki, to było dotknięcie czegoś wręcz mistycznego. Prawdziwa euforia. Oglądając Chatę wuja Toma, z wrażenia dostałam wysokiej gorączki. Do dziś mam dreszcze, wspominając scenę, w której wuj Tom ucieka przez rzekę, w teatrze zapada ciemność i słychać tylko pojedyncze głosy: „Tutaj, tutaj!…”. To była nauka teatru, ale także rozumienia sztuki, metafory. Raptem kilka lat później pani Biliżanka potrzebowała dziewczynki do przedstawienia Błękitny ptak w Teatrze Bagatela i mój tata popełnił ten błąd, że się zgodził. Miałam dwanaście lat, gdy pierwszy raz pojawiłam się na profesjonalnej scenie. Potem pani Maria realizowała w Teatrze Telewizji spektakl dla młodzieży i kolejny raz potrzebowała dziewczynki w moim typie. I znowu zagrałam. To była opowieść o Cyganie ‒ wrażliwym chłopcu, który ukradł skrzypce, ponieważ tak bardzo chciał grać. Myślę, że wyszedł bardzo piękny spektakl, może jeszcze zachował się gdzieś w archiwach telewizyjnych, kto wie.

Ojciec pracował w Starym Teatrze w jednym z najważniejszych okresów w historii tego miejsca. Domyślam się, że w waszym domu rozmawiało się o teatrze, bywali tam też artyści związani z tą sceną.

W Starym pojawiła się wówczas cała grupa młodych, zdolnych aktorów, wśród nich mój ulubieniec Leszek Piskorz. Zagrał fantastycznie w Nocy listopadowej i Biesach w reżyserii Wajdy, w Dziadach Swinarskiego i w innych spektaklach. Był fascynujący nawet w niewielkich rolach. Kiedyś budzę się w nocy i słyszę dochodzący z jadalni głos mojego idola. Śni mi się to czy nie śni? Jednak nie, Leszek naprawdę jest w naszym domu. Wpełzłam pod szafkę oddzielającą moją sypialnię od drzwi, tam była spora szpara, i wsadziłam ucho, żeby podsłuchać, o czym rozmawia z rodzicami. W końcu słyszę, że Piskorz wychodzi. Nie wytrzymałam i niby to idąc do ubikacji, wyszłam z pokoju tylko po to, żeby zobaczyć Leszka na własne oczy. Że on naprawdę tu jest, że przyszedł specjalnie do nas. A on zobaczył mnie w koszuli nocnej ozdobionej całym kurzem spod mojej szafki.

Nikogo więc nie dziwiło, że chcę zdawać do PWST. Miałam jednak problem: wadę wymowy, nie wymawiałam prawidłowo „r”. To poważny kłopot. Na rok przed maturą przesłuchiwała mnie pani profesor Wanda Kruszewska, aktorka Starego. Powiedziała mi tak: „Możesz być konferansjerką, jak pan Lucjan Kydryński, on również nie wymawia »r«, ale z taką wadą do teatru? Wykluczone! Szkoda twojego zapału”. I wtedy dopiero się zawzięłam. Zaczęła się intensywna praca. Kiedy rok później zdawałam do szkoły teatralnej, miałam kartkę od logopedy, że dobrze rokuję, ale nawet nie pokazałam tego zaświadczenia komisji. Poradziłam sobie, zdałam za pierwszym razem, co było dla mnie wstrząsem zupełnym, bo przewidywałam raczej dłuższe dystanse.

***

Na studiach długo czułam się zagubiona, a może nawet bardziej zdziwiona niż zagubiona. Byłam dziewczynką z bardzo tradycyjnego krakowskiego domu. Nie było mi wolno wychodzić samej po dwudziestej pierwszej, wracać późno, pić alkoholu, palić papierosów. W niedzielę chodziłam z rodzicami do kościoła, potem do babci na rosołek. Szkoła teatralna to był dla mnie szok. Ja nie byłam tam gwiazdą, prymuską ‒ w żadnym wypadku. Kończyłam uczelnię z etykietką, że jestem za porządna na ten zawód. Że nie ma we mnie potrzebnej odwagi, brawury i szaleństwa. Porządna, poprawna ‒ tak mnie oceniano.

To paradoks, bo przecież twoje najważniejsze role to role kobiet na granicy nerwowego załamania, kobiet pokręconych, skomplikowanych. Taka była matka w filmie Jestem twój Mariusza Grzegorzka czy Marta w Kto się boi Virginii Woolf? Albeego w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Wybrzeże.

Tu pewnie chodzi o osobowościową dychotomię. Obudziłam w sobie coś uśpionego. Kiedy ni stąd, ni zowąd zaczęłam dostawać takie propozycje, stało się oczywiste, że jako aktorka tego właśnie potrzebuję, w tym się spełniam. Widocznie tak się w naszym zawodzie układa, że druga część człowieka, odsuwana gdzieś głęboko, potrzebuje ujścia dla swoich emocji.

W szkole teatralnej trafiłaś na ciekawy, mocny rok. Studiowałaś z Krzysztofem Globiszem, Krzysztofem Pieczyńskim, Rafałem Jędrzejczakiem, Janem Monczką.

Tak, to prawda, koleżanki i koledzy byli świetni, ale ja się męczyłam. Wspominam studia jako czas ciągłej niemożności zrozumienia, czego oni wszyscy ode mnie chcą. Dlaczego jestem poprawna i nic więcej? Rzeczywiście, było coś takiego, że miałam pewną łatwość. I karano mnie za tę łatwość i poprawność. Coś, co moim zdaniem było w porządku ‒ że umiem to zrobić, rzemieślniczo jestem naoliwiona ‒ okazało się koronnym zarzutem. Zbyt porządna, uprzejma, uładzona. To mnie frustrowało i bolało. Jerzy Święch, opiekun naszego roku, w najlepszej wierze powiedział mi na pożegnanie: „Nie bądź już taka grzeczna”. Nie rozumiałam, o co mu chodzi; dzisiaj już wiem ‒ chodziło o wolność. Dookoła wszystko się kotłowało, ludzie rozmawiali o polityce, o kinie moralnego niepokoju, a ja po całym dniu spędzonym w szkole grzecznie wracałam do domu, do mamy i taty. A wcześniej starałam się precyzyjnie im określić, o której godzinie wrócę. Trudno, taki miałam temperament. Nie potrafiłam tego zmienić.

Otrzymałaś przecież dyplom z wyróżnieniem.

Tak, wszystko było na wysoki połysk, na piątkę. Dla mnie to niewiele znaczyło. Nie chciałam być piątkowa, chciałam być „jakaś”. A gdy się patrzyło na profesorki takie jak Ewa Lassek czy Anna Polony, to naprawdę można było stracić pewność siebie. To było przecież zetknięcie amatorki z gigantami. Kończąc szkołę, zapytałam panią Polony, co jest w tym zawodzie najważniejsze. Jej odpowiedź mnie zaskoczyła. Sądziłam, że powie mi: praca, wysiłek, trening, poszukiwania. Nieprawda. Usłyszałam: „Szczęście. Dziecko, bez szczęścia daleko nie zajedziesz”. Byłam wtedy na nią zła, chciałam pracować, a nie kokietować los. Dzisiaj wiem, że miała rację. Szczęście jest naprawdę cholernie ważne.

***

Pierwszy zawodowy adres Doroty Kolak do Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. W ciągu dwóch lat zagrała tam wiele ważnych i dostrzeżonych ról. Zadebiutowała brawurowo rolą Klary w Ślubach panieńskich, czyli Magnetyzmie serca Aleksandra Fredry w reżyserii Bogdana Michalika. Wybitny krytyk teatralny Wojciech Natanson pisał wówczas w „Życiu Literackim”: „Dorota Kolakówna jest Klarą, już dziś obdarzoną pomysłowością w scenicznej szermierce. Triumfalna replika jest wyrazem najszczerszych, najbardziej indywidualnych dążeń. W naiwnej i trochę dziecinnej postawie feministycznej mieści się żywiołowy bunt: mieszanina ambicji i przekonania o niedoskonałości stosunków ludzkich”. Później zagrała między innymi Praczkę w Procesie Franza Kafki, Julię Giuli w Cieniu Wojciecha Młynarskiego (nagroda na festiwalu w Kaliszu) i Marynę w Weselu Wyspiańskiego w inscenizacjach Romany Próchnickiej, Dziewczynę w spektaklu muzycznym Dopóki nam ziemia kręci się Bułata Okudżawy w reżyserii Bogdana Michalika, Julię w Romeo i Julii Szekspira w inscenizacji Jacka Pazdry, Celimenę w Mizantropie Molière’a w reżyserii Bogdana Toszy.

Z perspektywy czasu uważam, że wyjazd do Kalisza to był wybór najlepszy z możliwych. Cieszę się, że tak się właśnie potoczył mój los. Młody aktor zaraz po szkole nie nauczy się aktorstwa z samego tylko patrzenia zza kulis nawet na największych aktorów. A ja chciałam grać. Wyjazd do Kalisza nam to zapewniał. Pani profesor Próchnicka, która obejmowała tam teatr, powiedziała: „Chodźcie, dzieci, ze mną. Nie wiem, jak będzie. Ważne, że dostaniecie mieszkania – bo tam był Dom Aktora – i że gwarantuję wam pracę od rana do nocy”. I pojechaliśmy całą grupą, w sumie sześć osób.

Teatr kaliski miał wtedy renomę. Pracował tam przez kilka międzywojennych sezonów Iwo Gall. A lata świetności przeżywał za dyrekcji Izabelli Cywińskiej, Aliny Obidniak.

Spotkałam się w Kaliszu z Rudkiem Ziołą, Tadziem Słobodziankiem, Bogdanem Toszą. Janusz Stokłosa był kierownikiem muzycznym. Rzeczywiście pracowaliśmy bardzo intensywnie. Próba, premiera, próba, premiera. Od bajki i kabaretu po dramat. Żyło się wyłącznie sprawami teatru. Czegoś takiego już nigdzie nie ma, zanikło zupełnie. Pamiętam wyprawy do domów kultury: Koło, Turek… Wyjazd rano, ustawienie dekoracji, charakteryzacja, o dwunastej spektakl, dwie godziny przerwy, obiad, o szesnastej drugi spektakl, rozlatującym się autokarem powrót prosto na wieczorną próbę, która zaczynała się, powiedzmy, o osiemnastej trzydzieści i trwała do dwudziestej drugiej. A potem bankiet i dyskusje aż po świt. I tak to się kręciło miesiącami. Romea i Julię graliśmy w objazdach. Powiem ci, że gdybyś mnie zapytał o moją najgorszą rolę, to ja bez wahania wymieniłabym tę nieszczęsną Julię. Grałam ją przeokropnie.

„To Julia nieskrywająca swojej impulsywności”, pisał w „Gazecie Poznańskiej” Zbigniew Kościelak.

Pisali, nie pisali… Nie pamiętam. Uważam, że to było kompletne nieporozumienie.

Głośne Wesele w reżyserii Próchnickiej i twoja ostatnia rola w Teatrze imienia Bogusławskiego. Premiera odbyła się w kwietniu osiemdziesiątego drugiego roku, cztery miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego.

W Kaliszu nie przeżywało się tego wszystkiego tak dramatycznie jak w Warszawie czy w Gdańsku. Były strajki, chodziliśmy czytać wiersze do fabryk, w centrum pojawił się jakiś czołg, ale nie odczuwaliśmy tak bardzo represyjności tego czasu. Dyrektor Próchnicka poszła z furią do urzędu cenzury. Zapowiedziała nam: „Idę walczyć”. Wcześniej nie dali jej zgody na wystawienie sztuki Mrożka. „No dobrze – pyta urzędników – ale chyba Wesele może być?” A oni: „Wesele? Dobry tytuł. Radość, muzyczka, całkiem dobry tytuł, może być”. Ostro przywaliliśmy wtedy to Wesele, z mocnym finałem, sceną z chochołami, z drapieżną muzyką Jaśka Stokłosy. To był dość słynny spektakl, nagradzany.

***

Jesteś jedną z największych gwiazd w historii gdańskiego Teatru Wybrzeże. Latami pracowałaś na tę markę ‒ zbudowało ją kilkadziesiąt ról zagranych u największych reżyserów. Na Kolak chodzi się do teatru, na jej role zawsze się czeka i otwarcie je komentuje.

Pamiętasz pierwszą wizytę w Gdańsku?Przyjechałyśmy z mamą i siostrą. Mama chciała, żeby córeczki wreszcie zobaczyły morze, ale zanim tam trafiłyśmy, najadłam się strachu. Pierwsze wspomnienie to Hucisko ‒ wielkie, ruchliwe skrzyżowanie. Tu dwa pasy, tam dwa pasy, środkiem jedzie tramwaj. Huk straszliwy. Pamiętam taki obrazek: usiłujemy przejść z mamą na drugą stronę, ale za bardzo się boimy.

W Krakowie niczego podobnego nigdy nie widziałam, tam jednak zawsze było spokojniej. Patrząc na ten ruch, harmider, pomyślałam sobie, że tak musi chyba wyglądać piekło.

Od jak dawna mieszkasz w Gdańsku?

Od osiemdziesiątego drugiego roku. Oswoiłam sobie piekło, jak widać.

Aktorką została również twoja siostra Beata, z którą przyjechałaś wówczas do Gdańska.

Beata pracuje teraz w Łodzi, w Teatrze Nowym, wspaniale zagrała tam w Ziemi obiecanej Remigiusza Brzyka, a wcześniej przewędrowała wiele teatrów, bo i Szczecin, i Koszalin, i Łódź, i Kalisz. Jest prawdziwą aktorką wędrowną. Bardzo się kochamy i świetnie dogadujemy. Beata szczerze mi kibicuje, jest kompletnie pozbawiona zawiści. Kiedyś nie grała dużo, i to nas bolało, ale teraz znowu pracuje w zawodzie i mam nadzieję, że daje jej to szczęście.

W jednym z wywiadów mówiłaś:

Nie wiem, czego Beata nauczyła się ode mnie. Ale ja na pewno nauczyłam się od niej pokory oraz tego, że w naszym zawodzie często trzeba czekać. Że nawet trudne chwile kiedyś się skończą. Bo jeśli tę pracę kochamy, ona nam kiedyś za to odpłaci.

Aktorstwo to długa lekcja pokory.

Coś wiem na ten temat. Dobrze, jeśli sukces nie przyjdzie za wcześnie.

I mówi to największa gwiazda Teatru Wybrzeże.

Lokalna gwiazda, jak ładnie określa to mój teatralny kolega Grzesio Gzyl. I dodaje: „Nasza popularność jest taka osiedlowa”. Ja uważam, że najlepiej niczego specjalnego się nie spodziewać po tym zawodzie. Można się sparzyć. Mnie nawet przez myśl nigdy nie przeszło, że ktoś rozpozna mnie na przykład na ulicy. Dotychczas to mi się zdarzało tylko w Gdańsku, no ale ja tam pracuję już dość długo. A teraz, po kilku filmach i serialach, nieoczekiwanie dla siebie stałam się bardziej rozpoznawalna. Dla mnie to wciąż jest jakaś magia. Nigdy nie podejrzewałam, że będę grała w filmach, udzielała wywiadów, że będę ubierana i malowana. Wiedziałam, jakie jest moje miejsce w szeregu, że moim domem jest teatr i że nie mogłam trafić lepiej.

Jak znalazłaś się w Teatrze Wybrzeże?

Próchnicka po stanie wojennym stwierdziła, że jednak nie ma siły. Że odchodzi. Ja już byłam wtedy mężatką. Mój mąż Igor również trafił do Kalisza, przyjechał tam z Łodzi. To był trudny moment, ale pani Próchnicka powiedziała też: „Odchodzę, ale nie zostawię nikogo na lodzie. Obiecuję, że każdemu załatwię przyzwoity angaż”. Spełniła tę obietnicę, była wobec nas fair od początku do końca. Niezwykły człowiek. Wezwała dyrektorów, których była w stanie wezwać, żeby nas obejrzeli, i wszyscy dostaliśmy jakieś angaże. Mnie i Igora chciał angażować do Warszawy, do Teatru Nowego, pan Bohdan Cybulski, ale odmówiliśmy. Nie było to może rozsądne, ale ja się zwyczajnie bałam tej Warszawy. Jestem tchórzem podszyta. Uważałam, że po dwóch latach pracy w Kaliszu to ja jeszcze strasznie mało umiem, nie poradzę sobie. Igor natomiast całe życie marzył, żeby pracować ze swoim ojcem Stanisławem Michalskim. Powiedziałam: „Dobrze, zgadzam się, pojedziemy do Gdańska na dwa, trzy lata najwyżej, jakoś to przeżyję, chociaż to tak daleko od Krakowa”.

Stanisław Michalski był legendą teatralnego Wybrzeża. Wystąpił w dziesiątkach spektakli, zagrał w ponad stu filmach i serialach telewizyjnych.

Do dzisiaj wspominają go taksówkarze, dyrektorzy domów kultury, zwykli ludzie, których spotykał. Jakiś czas pracowaliśmy razem. Igorowi nie udało się nigdy zagrać z ojcem, mnie zdarzyło się kilka razy ‒ nawet byliśmy kochankami w Antoniuszu i Kleopatrze Szekspira. Z Igorem zagraliśmy w Mężu i żonie Fredry i w popularnym serialu Radio Romans.

Radio Romans to był wielki hit telewizyjny, który przysporzył ci ogromnej na owe czasy popularności.

Tam się zebrała niezła ekipa ‒ Foremka, czyli Małgosia Foremniak, Renata Dancewicz, Krzysiek Stelmaszyk, Mirek Baka, ja, Igor, Jasiek Jankowski, Ewa Kasprzyk. Scenariusz napisała Ilona Łepkowska, a to było, pamiętajmy, jeszcze przed Klanem, Złotopolskimi, M jak miłość. Kręciliśmy ten serial dwa lata, w spokojnym tempie, które w niczym nie przypominało realizacji dzisiejszych telenowel. Wtedy robiło się najwyżej trzy, cztery sceny dziennie. Wszystko było fajnie wymyślone – chociaż scenariusz nie został do końca wykorzystany. Grałam szefową stacji Wandę, mocną osobowość, mojego męża Andrzeja grał Krzysiek Stelmaszyk. Mieli raczej skomplikowane życie rodzinne. Dosyć to wszystko było oczywiście uproszczone, ale na pewno nie wstydziłam się tej pracy.

Przyzwyczaiłaś się do Gdańska?

Dobrze mi się na Wybrzeżu żyje, mieszka, pracuje. Mamy wspaniałą, wierną publiczność. Nasi widzowie kochają swoich aktorów, chodzą tabunami na wszystko, zawsze są „fulle”, czujemy się przez nich doceniani i dopieszczeni. Ten teatr pozwolił mi też na wieloletni rozwój, na pracę, która ma sens. Przez te wszystkie lata grałam najczęściej główne role ‒ po dwie, trzy w sezonie. A to bardzo, bardzo dużo. Pracowałam jak maszyna i nawet się nie zorientowałam, kiedy minęło dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat na jednej scenie. Na pewno nie wszystkie rzeczy były dobre, to ryzyko zawodowe, ale ten rozpęd, ten rodzaj gimnastyki, której nauczyłam się w Teatrze Wybrzeże, jest nie do przecenienia. Chodzi o rozgimnastykowanie – trening. Kiedy czasami narzekałam, że jestem zmęczona, nie mam siły, moja świętej pamięci koleżanka, wielka aktorka Joasia Bogacka mówiła mi: „Jak grasz, to trenujesz. Jak sportowiec. Im więcej grasz, im więcej trenujesz, tym bardziej jesteś rozćwiczona, więc nie narzekaj, tylko zasuwaj”.

Blisko dziewięćdziesiąt ról zagranych w jednym teatrze to wynik wręcz olimpijski. I dopiero ostatnio wystąpiłaś pod szyldem innej sceny ‒ grając gościnnie w warszawskim Nowym Teatrze rolę Hannah Porter Pitt / Rabbiego Izydora Chemelwitza w Aniołach w Ameryce w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego.

Stres był adekwatny do wyzwania, rangi tego spektaklu. Weszłam w rolę Stanisławy Celińskiej, która zrezygnowała z grania w Aniołach… To mi dodało skrzydeł. Zastąpiłam ją również w Końcu Krzyśka Warlikowskiego. Mam nadzieję, że te zastępstwa to nie wszystko. Że coś mnie jeszcze czeka zupełnie niespodziewanego, że spróbuję jeszcze dotknąć jakichś innych światów ‒ a tego bym chciała, na pewno.

***

Twoja córka Katarzyna opowiadała Mirosławowi Baranowi: „Wspomnienia mam naprawdę piękne. Było przesiadywanie godzinami w teatrze. Na przykład siedziałam pod stolikiem inspicjenta czy suflera nie tylko w trakcie prób, ale też spektakli. Mając cztery czy pięć lat, byłam podobno w stanie podczas poważnego przedstawienia ‒ na przykład Biesów Fiodora Dostojewskiego ‒ ani razu się nie poruszyć. Nawet nie robiło na mnie wrażenia to, że w jakimś spektaklu mamusię mi zabijali na scenie. Kiedy rodzice mnie wyganiali zza kulis, zakradałam się na drugi balkon ‒ to było jeszcze przed remontem dużej sceny Teatru Wybrzeże. Pilnowały mnie panie garderobiane, inspicjentka Joanna Januszewska ‒ osoby, które pracują tam do dziś. To wszystko moje ciocie i wujkowie, a teatr wspominam jako mój drugi dom. Nie było innej możliwości ‒ często oboje rodzice mieli próby cały dzień. Pamiętam też, że wyganiali mnie z bufetu, bo wtedy można było w nim jeszcze palić i był cały zadymiony. Dużo czasu spędziłam też w garderobie dziadka, w słynnej »dziesiątce«. To było miejsce magiczne; w końcu sam Stasiu spędził w nim chyba pół swojego życia. W gruncie rzeczy wszystkie moje wspomnienia z Wybrzeża są bardzo rodzinne”.

To prawda, Kasia jest dzieckiem tego teatru. I chodzi nie tylko o mnie i Igora. Przecież w Teatrze Wybrzeże w latach pięćdziesiątych grała również moja teściowa Sabina Taborska, a wspomniany już teść Stanisław Michalski był absolutną legendą i dyrektorem tej sceny. Los zrządził, że dzisiaj to ja mam słynną garderobę numer dziesięć, właśnie po Stasiu.

Wraz z mężem wyjechaliście z Kalisza, ale w 2007 roku Igor do Kalisza wrócił ‒ tym razem na fotel dyrektora Teatru imienia Wojciecha Bogusławskiego. Kierował tą sceną do 2014 roku, a od kilku lat jest dyrektorem naczelnym Teatru Muzycznego imienia Danuty Baduszkowej w Gdyni.

W przeciwieństwie do mnie Igor jest odważny. Nie boi się podejmować trudnych decyzji. Graliśmy, pamiętam, Parawany Geneta. Usłyszał, jak go wołają: „Igor Michalski – Arab Dwunasty, Dwunasty Arab – Igor Michalski”. Powiedział mi, że wtedy piorun w niego strzelił, oświeciło go. Uznał, że skoro tak to ma dalej wyglądać, to może jednak powinien robić jeszcze coś innego w życiu. I zaczął szukać innej drogi. Myślę, że postąpił słusznie. Być może byłby dziś smutnym, zgorzkniałym człowiekiem, a jest kimś, kto bardzo kocha chodzić do pracy. Fakt, że on większość czasu spędzał w Kaliszu, a ja w Gdańsku, nie był dla nas aż takim problemem. W pewnym sensie spłacałam mu dług, bo kiedy urodziło się nasze dziecko, mąż przejął niemal wszystkie obowiązki domowe, tylko po to, żebym mogła grać, rozwijać się, realizować zawodowo. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdy aktorka ma dwadzieścia parę, trzydzieści lat, to jest najlepszy czas do grania. I jeśli ja ten czas sobie odpuszczę, to być może trudno będzie mi potem wrócić. A kiedy pojawiła się propozycja objęcia teatru w Kaliszu, uznałam, że to dobry moment, aby ten dług troszeczkę spłacić. Skoro Igor postanowił, że pojedzie do Kalisza, powiedziałam mu: „Dobrze robisz. Ja będę jeździła do ciebie i jakoś to dźwigniemy”. On miał czystą sytuację i ja miałam czystą. A teraz jest bardzo blisko, bo tylko w Gdyni, rzut beretem. Ja na szczęście nie śpiewam, więc żadną „dyrektorową” być nie zamierzam.

Nie śpiewasz, ale za to od lat wykładasz na Akademii Muzycznej.

Ale nie uczę śpiewu! Artysta w operze czy w teatrze muzycznym musi też umieć grać, nie ma innego wyjścia. Kiedy ogląda się opery wystawiane dziś na świecie, to widać, że wszyscy ‒ poza tym że dobrze śpiewają ‒ naprawdę bardzo dobrze grają. Moich studentów uczę przede wszystkim podstaw rzemiosła, bo talentu ich przecież nie nauczę. Staram się zwrócić im uwagę na to, jak rzemiosło łączy się z muzyką, jak muzyka pomaga w ekspresji aktorskiej.

***

Z evergreenami w teatrze trzeba uważać. Czasem mogą się zemścić nawet na najbardziej utalentowanych adaptatorach. Kto się boi Virginii Woolf? Edwarda Albeego widziałem już tyle razy, także pod odmiennymi tytułami (od inspiracji po niemal plagiaty), że trudno było mi sobie wyobrazić, by komukolwiek udało się jeszcze wycisnąć z tej sztuki coś nowego. Sukces przedstawienia Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Wybrzeże polega na tym, że twórcy właśnie niczego nie zamierzali odkrywać na nowo. Zawierzyli sprawie, która od czasu powstania dramatu nie uległa przedawnieniu. Nowością jest za to bez wątpienia bardziej współczesny, ostry przekład Jacka Poniedziałka, dzięki czemu podwójną małżeńską psychodramę o nienawiści bez dna, nienawiści, która jest także ‒ a może przede wszystkim ‒ miłością, ogląda się ze ściśniętym sercem.

Poza czwórką protagonistów pierwszoplanowym bohaterem spektaklu jest scenografia nieocenionej Barbary Hanickiej. Wnętrze salonu George’a i Marty ugina się pod naporem książek. Mocno zakurzonych, ułożonych byle jak, od dawna nieczytanych. W tym domu nie chce się już nawet żyć na pokaz. Stare książki są jak ich błyskotliwi właściciele. Samotne i odtrącone. Inteligencja bohaterów ‒ zagranych bezbłędnie przez największe gwiazdy Wybrzeża: Dorotę Kolak i Mirosława Bakę ‒ przeszkadza im w wyrugowaniu wszystkiego, co stanowiło niegdyś o ich wdzięku, świeżości, ambicjach. Wódka lub whisky pozwalają im wprawdzie przełknąć kolejny dzień wzajemnego znudzenia sobą i innymi, znudzenia życiem, które mocno ich rozczarowało, bo w gruncie rzeczy zawsze rozczarowuje, ale nie są w stanie wyeliminować lęku, strachu, beznadziei…

Jestem dość krytyczna w stosunku do siebie, a także do innych, ale wobec Grześka Wiśniewskiego jestem właściwie bezkrytyczna. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Ufam jego wyobraźni, poddaję mu się całkowicie i jak do tej pory wychodziło mi to na dobre. Jestem mu wdzięczna, bo za każdym razem namawia mnie do przekraczania barier, co jest ważne i cenne. On ma za nic mój status w Wybrzeżu, nie boi się nakłaniać mnie do pomysłów zupełnie karkołomnych. Już pierwszy wspólny spektakl, Jan Gabriel Borkman Ibsena, przesądził o naszej relacji. Nie chciałam z Grześkiem dyskutować, chciałam za nim podążać. Myślę, że powinien też zrobić coś w kinie, bo jego to fascynuje. Kiedy nagrywaliśmy dla Teatru Telewizji Zmierzch bogów według Viscontiego, był zafascynowany tym, jakie to bliskie kina. Mówiłam jakiś monolog, a Grzesiek wołał do kamerzysty: „Bliżej, bliżej, bliżej…”, jakby chciał zajrzeć w samą duszę. Powiedział mi jeszcze: „Słuchaj, film to jest fascynujące medium”. W Kto się boi Virginii Woolf? również posługuje się środkami stricte filmowymi.

„Dorota nigdy się nie lansowała. Pozostała »niewinna«”, mówił w „Pani” reżyser Bartek Konopka. Na ekranach kin pojawiała się wprawdzie od lat: zagrała żonę Stimminga w Drugim brzegu Magdaleny Łazarkiewicz, milionerkę w Vincim Juliusza Machulskiego, żonę Kamińskiego w Strajku Volkera Schlöndorffa, kierowniczkę Domu Pracy Twórczej w Sopocie w Ile waży koń trojański Juliusza Machulskiego, matkę w Lęku wysokości Bartka Konopki, matkę Tomka w Miłości Sławomira Fabickiego, Marylę w Dniu kobiet Marii Sadowskiej, dyrektorkę liceum w Carte blanche Jacka Lusińskiego, matkę stażystki w Kebabie i horoskopie Grzegorza Jaroszuka, Zofię w Chce się żyć Macieja Pieprzycy, ale dwie najważniejsze role Doroty Kolak nagrodzone na festiwalu w Gdyni, to Irena w Jestem twój Mariusza Grzegorzka oraz Renata w Zjednoczonych Stanach Miłości Tomasza Wasilewskiego.

Streszczenie filmu Jestem twój wypada bałamutnie. Zaadaptowana przez reżysera sztuka kanadyjskiej pisarki Judith Thompson to ckliwy romans podszyty przenikliwą wiwisekcją ludzkich zachowań. Tak jakby Bergman kręcił serial M jak miłość. Bohaterkami są dwie siostry ‒ jedna nieprzyjemna i autystyczna (stomatolog), druga neurotyczna z wyraźnym skrętem w stronę nimfomanii. Jest jeszcze ten trzeci: podrywacz, prymityw, amator gier komputerowych, ojciec dziecka pani doktor. Ciekawie robi się wtedy, gdy do gry wkroczy jego matka. Dorota Kolak stworzyła w tej roli porywający portret kobiety opętanej żądzą sprawiedliwości społecznej i ksenofobią, nakazującymi jej mścić się na każdym, kto jest inny, lepszy, bardziej zaradny. Pary się mieszają, miksują, dialogi zacinają, a z luksusowego gabinetu biznesmena ni stąd, ni zowąd wylatuje rój os. Grzegorzkowi jednak chodzi nie o konwencjonalną fabułkę, szkiełko i oko filmowego prymusa, tylko o przejmujące wskazanie, że ludzkie osy żądlą się najdotkliwiej. Wszyscy jesteśmy szerszeniami.

Któregoś dnia moja agentka powiedziała mi, że ma taki scenariusz Jestem twój, że będzie to robił Mariusz Grzegorzek i że to jest już w zasadzie obsadzone, ale jeśli chcę, mogę spróbować i jechać na casting, a ona mi ten scenariusz wyśle. Przeczytałam, i to był rodzaj olśnienia. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie doznałam. Zobaczyłam tę rolę bardzo ostro i naprawdę wiedziałam, co z tym zrobić. Obudziła się we mnie determinacja, której dotąd nie miałam. Postanowiłam: jadę do Łodzi, spróbuję. Co mi szkodzi? Najwyżej powiedzą, że jest obsadzone, i nic z tego. Przygotowałam dwie czy trzy sceny, w takiej kompletnie pustej przestrzeni, zagrałam je przed Mariuszem i wróciłam do domu. A potem Grzegorzek zadzwonił, że mam tę rolę.

Mogę się oczywiście mylić, ale podejrzewam, że zarówno Maciej Pieprzyca, jak i Bartek Konopka czy Tomasz Wasilewski nie pomyśleliby o tobie, gdyby nie brawurowa rola w Jestem twój.

Mam tego świadomość. Tak, właśnie ten film uruchomił całą falę.

Mariusz Grzegorzek opowiadał mi: „Pracowaliśmy z Dorotą niezwykle intensywnie, bo jest we mnie histeryczna potrzeba nadgonienia, przyspieszenia procesu dochodzenia do postaci, który w teatrze zajmuje parę miesięcy. Ale w filmie jest inaczej. Nie możemy pracować tak długo. W zasadzie próby skupiały się na dwóch elementach: wstępnym otwieraniu znaczeń, emocji, które kształtują relacje bohaterów, oraz nadawaniu tym emocjom inscenizacyjnych wektorów, wtłaczaniu ich do inscenizacyjnej klatki, która ‒ odbita w kamerze ‒ nada wszystkim emocjom ład, rytm, poczucie muzycznej harmonii. Ale i tak wiemy, że to, co najważniejsze, musiało wydarzyć się na planie. Tak się właśnie stało”.

Byliśmy doskonale przygotowani. Mariusz odbył ze mną normalne próby analityczne, pracę nad tekstem, próby sytuacyjne. Pracowaliśmy jak w teatrze. Grzegorzek umie rozmawiać językiem aktorskim, podsuwa rozwiązania. Potrafi na przykład powiedzieć: „Trzymaj inaczej głowę”, albo: „Nie patrz na bok, patrz na siebie”. To są niby drobne sprawy, ale bardzo aktorowi pomagają.

Największym filmowym wyzwaniem była na pewno rola w Zjednoczonych Stanach Miłości Tomasza Wasilewskiego. Wspaniała kreacja w filmie nagrodzonym na festiwalu w Berlinie. Za tę rolę otrzymałaś też, poza festiwalem w Gdyni, nagrodę aktorską na festiwalu w Valetcie na Malcie.

Może to moja najważniejsza nagroda z dotychczasowych? W Polsce jestem już jakoś tam rozpoznawalna, na każdy sukces pracują również wcześniejsze dokonania, ale na Malcie nikt niczego o mnie nie wiedział. Oni tylko obejrzeli film. Znałam poprzedni obraz Tomka Płynące wieżowce. Odważny, bezkompromisowy, zapowiedź dużego talentu. Wiedziałam od Marty Nieradkiewicz, że Tomek myśli o mnie pod kątem nowego scenariusza. Marta powiedziała mi jeszcze: „Przeczytaj. Zanim odrzucisz i się przestraszysz, to przeczytaj i się zastanów”. Rzeczywiście, przestraszyłam się ‒ i roli, i samego tekstu. To było dla mnie wyzwanie psychiczne i fizyczne. Tekst scenariusza wywoływał we mnie sprzeczne reakcje. Spotkałam się z Wasilewskim raz, drugi, trzeci. I zaiskrzyło. Pozbyłam się dystansu, dedukowania, że coś mi wypada albo nie, że coś na tym stracę, a może zyskam. Nie, nic z tych rzeczy. Powiem brutalnie i szczerze: znalazłam w tekście „mięso”, szansę dla siebie, szansę na wyjście z dotychczasowych ram. Tomek też był ze mną szczery: żadnego kunktatorstwa, pochlebstw. Mówił prosto z mostu, co chciałby osiągnąć, czego się po mnie spodziewa. On chciał z nas czterech: Marty Nieradkiewicz, Julki Kijowskiej, Magdy Cieleckiej i ze mnie, zrobić wspólny portret. Szukał czterech aktorskich osobowości, które jakoś tam nachodzą na siebie, i chyba je znalazł. Namówił mnie w tym filmie do nagości, co w moim wieku nie było łatwe, ale ja mu się poddałam. Chciałam, żeby w mojej bohaterce było coś dwuznacznego, niebezpiecznego wręcz. Myślę, że spotkanie z nim, w tym momencie mojego zawodowego życia, to było wielkie szczęście. Coś ważnego się chyba stało, coś się we mnie rozwibrowało.

„Wszyscy jesteśmy współautorami tego filmu, ale moje piękne, niewiarygodnie utalentowane aktorki ‒ Magda Cielecka, Dorota Kolak, Marta Nieradkiewicz, Julia Kijowska ‒ przede wszystkim. Nie zrobiłbym tego filmu bez nich”, mówił Tomasz Wasilewski na konferencji prasowej w Berlinie.

***

Chciałabym ci coś podarować. W zeszłym roku zrobiłam habilitację i musiałam napisać autoreferat. I ten autoreferat został dość przyzwoicie oceniony. To nie wyraz mojej pychy, tylko miłości mojego męża, który z tego autoreferatu zrobił książkę, pięknie ją oprawił, ozdobił zdjęciami z moich ról w teatrze w Kaliszu i w Gdańsku. Dzień przed Wigilią Igor wchodzi do domu i mówi: „Słuchaj, mam coś dla ciebie. Miałem ci to dać jutro pod choinkę, ale już nie mogę wytrzymać”. I wyciąga ten album, pięknie, starannie wydany. Nawet sobie nie wyobrażam, ile on trudu musiał w to włożyć, żeby te wszystkie zdjęcia odnaleźć w teatralnych archiwach, uporządkować je, opisać. Ogromną mam z tego przyjemność. Coś przecież zostanie.

Pooglądamy?

Na okładce jest fotos ze Słodkiego ptaka młodości. Dalej, Kolak demoniczna ‒ Opętani u Minca, pierwsza z serii moich, powiedziałabym, demonicznych ról. Tu Praczka w Procesie – to jest właśnie przedstawienie Próchnickiej z Kalisza. Dom Bernardy Alba z Wandą Neumann, w reżyserii Stanisława Różewicza. Halina Winiarska i Antygona ‒ Marek Okopiński reżyserował. Tu jest Kassandra w Troilusie i Kressydzie u Krzyśka Babickiego. Panna Julia z Jackiem Mikołajczakiem. Antoniusz i Kleopatra – Ewka Kasprzyk grała Kleopatrę, ja byłam Oktawią. A to Poskromienie złośnicy w reżyserii Anny Polony. Zrobiłyśmy razem spektakl dyplomowy, a po trzynastu latach pani profesor przyjechała do Gdańska i wystawiłyśmy to raz jeszcze. I znowu grałam Kaśkę. Spójrz na to zdjęcie: Trzy siostry Czechowa w reżyserii Krzysia Babickiego ‒ grałam Maszę, Olgą była Ewa Kasprzyk. Woyzeck Rudka Zioły, świetny spektakl. Pokojówki i Ryszard III u Nazara. Mewa z Joasią Bogacką. Jan Gabriel Borkman Ibsena ‒ pierwszy spektakl, który zrobiłam z Grzegorzem Wiśniewskim. Dalej mamy farsy, w których też zdarzało mi się grać. A tutaj, zobacz, Anka Augustynowicz ‒ oczywiście wszyscy jesteśmy ubrani na czarno.

Witkiewiczowska Matka w spektaklu Wiśniewskiego to chyba twoja najważniejsza rola.

Tak, i zarazem wielkie wyzwanie, przecież ja byłam wtedy młodą aktorką. Przed odejściem w stan spoczynku Bernharda, znowu reżyserował „Wiśnia”. Parawany Geneta w inscenizacji Babickiego. Różewicz – Grupa Laokoona z Mirkiem Baką. Pierwszy Adaś Nalepa, czyli Blaszany bębenek. Zmierzch bogów z Mariuszem Bonaszewskim. Anka Augustynowicz – Pieszo. Eva Peron w reżyserii Kuby Kowalskiego, to chyba było dopiero jego drugie przedstawienie. Maria Stuart ‒ moje kolejne spotkanie na scenie z Kasią Figurą, ciekawe. No i w ten sposób, Łukaszu, z tobą przeżyłam to wszystko jeszcze raz.

Dobrze mi było towarzyszyć w tej podróży. Na koniec porozmawiajmy o Kaszubach. Mieszkasz w Gdańsku, pracujesz w Trójmieście i w Warszawie, ale prawdziwą przystań odnalazłaś właśnie na Kaszubach. Macie tam wspaniały letni dom z tarasem, w cieniu sosnowego lasu.

Kaszuby scementowały naszą rodzinę. Coraz częściej trafiają tam rodzinne pamiątki, bibeloty, obrazy. Ciągle jeszcze trwa remont, stale przyjeżdżają goście. Częstuję ich firmowym przysmakiem: kiszonym barszczem czerwonym, a Igor zabiera ich na trzyosobową łódkę. Nawet nie wiesz, jaka to przyjemność wypłynąć na środek jeziora Wdzydze i obserwować zagubione w trzcinach perkozy.

Łukasz Maciejewski

[Na zdj. Dorota Kolak z autorem książki w Sopocie, lipiec 2019]

Dodaj komentarz