Nie ma już Kwiatusi: Anna Retmaniak – Pani od radia

7 lipca 2019 odeszła Anna Retmaniak (91 lat), nasza koleżanka klubowa, ceniona i lubiana dziennikarka Polskiego Radia. Początkowo współpracowała z redakcją „Muzyki i Aktualności”, w 1956 roku relacjonowała antyreżimowe powstanie na Węgrzech. Jej prawdziwą pasją stało się dokumentowanie polskiego życia teatralnego. Właśnie dlatego stworzyła cykl programów „Portret słowem malowany”, który prowadziła ponad 40 lat (sic!). Powstało dzięki temu trudne do przecenienia archiwum dźwiękowe. Prowadziła także inne audycje („Konfrontacje”, a potem „Gdy zgasną światła rampy”), a także liczne relacje z festiwali i innych ważnych wydarzeń teatralnych. Napisała dwie książki, opowieść autobiograficzną „Zapomniany smak tryskawek” (1994) i „Portret słowem malowany” (2013). Uhonorowana została Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski przez Prezydenta RP, była laureatką Honorowego Wielkiego Splendora i Złotego Mikrofonu Polskiego Radia.

Wiele razy nasze zawodowe ścieżki się przecinały. Ania, obdarzona nieomylnym gustem, a przy tym niebywałym taktem, potrafiła tworzyć nie tylko przed mikrofonem aurę intymnego spotkania, podczas którego można było mówić szczerze i otwarcie (byle z taktem). Zawsze troszczyła się, aby nikogo nie urazić albo by nie sprawić komuś kłopotu. Bodaj po raz ostatni widzieliśmy się w Teatrze Powszechnym podczas jakiejś premiery – wtedy bardzo przezywała, że na małej scenie spowodowała awarię świateł. Narzekała, że jest taką niezdarą.

Kiedy przygotowywała relację z sopockiego festiwalu „Dwa Teatry”, udało jej się przy mikrofonie zebrać cale jury konkursu teatralnego (Ani się nie odmawiało) i sprawić, że rozmowa „sama” się układała, a w jury były takie „potwory” i gaduły, jak Agnieszka Holland (przewodnicząca), Ewa Braun, Janusz Gajos, Zdzisław Pietrasik, o mnie już nie wspominając. Podobnie balsamicznie wpłynęła na uczestników uroczystości poświęconej Ignacemu Gogolewskiemu, któremu wręczyliśmy Nagrodę im. Boya. Sama prowadziła z nim rozmowę (którą z kolei?) z ogromnym wyczuciem i znajomością drogi, jaką przeszedł mistrz polskiej sceny [bohaterowie spotkania na zdjęciu, 2004, warszawski Klub Lekarza]. Po tej rozmowie gratulacje odbierał nie tylko mistrz Gogolewski, ale i „Kwiatusia”, bo tak ja nazywano za sprawą sympatycznego a trafnego przezwiska, jakie nadał jej Andrzej Matul.

Kwiatusia była prawdziwą damą – żegnał swoją koleżankę Andrzej Matul która patrzyła prosto w oczy jak rozmawiała. W tych oczach była ogromna uwaga, zasłuchanie, otwartość i sympatia ogromna – ona tak ludzi traktowała i myślę, że dlatego wszystkie te audycje, które robiła miały taki posmak prywatnego, przyjacielskiego spotkania.

Nie ma już Kwiatusi. Jaka była, jakie motywy nią kierowały, w drobnej mierze udało mi się uchwycić w tekście powstałym po rozmowie z Anią Retmaniak w ćwierćwiecze jej koronnego cyklu „PORTRET SŁOWEM MALOWANY”. Test był publikowany wówczas w „Przyjaciółce”, tygodniku, który w okresie swej największej chwały w PRL-u, miewał nakłady gigantyczne, przekraczające 3 miliony egzemplarzy, ale i wtedy, kiedy redakcja zamówiła tekst o Ani, jeszcze był potęgą (ponad milion nakładu). Przypominam ten artykuł znaleziony w szufladzie, nigdy niepublikowany w sieci, jako ślad Kwiatusi, która hojnie obdarowywała artystów przyjaźnią.

Tomasz Miłkowski

Dziś prawdziwych gwiazd już nie ma

Spotkanie z Anną Retmaniak

Gdzie te czasy, kiedy aktorki noszono na rękach, obsypywano kosztownościami i wieńcami kwiatów? A przecież nie tak dawno po premierze „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicz na Scenie Narodowej w Warszawie aktora Świerzawskiego (który występował w roli Starosty Gadulskiego) któryś z widzów obdarzył sutą sakiewką złota… Dziś prawdziwych gwiazd już nie ma. Nie tylko w Polsce. Miejsce niegdysiejszych gwiazd opery, teatru i ekranu zajmują prezenterzy telewizyjni i soliści rockowi. Tylko nielicznym supergwiazdom Hollywoodu mierzyć się z Michelem Jacksonem.

Cóż więc zostało z dawnych lat? Może trochę tajemnicy, niepewności co też dzieje się za kulisami, dziwnego przeżycia w teatrze, kiedy kłamstwo na scenie – życie udawane przecież – okazuje się prawdziwsze niż rzeczywistość. Pewnie dlatego jeszcze ludzie od czasu do czasu chodzą do teatru. I obdarzają swoich ulubieńców kwiatami i brawami.

Nie, nie, polska aktorka na pewno nie jest gwiazdą. Nawet ta, którą o to się podejrzewa. W każdym razie nie jest gwiazdą w starym stylu. Tak przynajmniej uważa Anna Retmaniak, dziennikarka radiowa, która od ponad ćwierćwiecza towarzyszy polskiej scenie.

Rzadko się zdarza, aby na antenie radiowej ten sam program utrzymywał się przez 25 lat. A tak właśnie jest z „Portretem słowem malowanym” Anny Retmaniak, audycji, w której autorka przedstawia głównych bohaterów polskiego teatru – najwybitniejsze aktorski i aktorów [Audycja przetrwała znacznie dłużej – ponad 40 lat! – przyp. TM]. Powstało dzięki temu unikalne archiwum dźwiękowe, prawdziwy skarb dla przyszłych historyków teatru i kultury. Anna Retmaniak nie tworzy jednak z myślą o przyszłych pokoleniach, ale dla współczesnego słuchacza, choć początki programu wiążą się z pustkami w archiwum radiowym. Po tragicznej śmierci Zbyszka Cybulskiego bowiem w przepastnych na pozór zbiorach Polskiego Radia nie było nawet skrawka taśmy z zapisanym głosem wspaniałego odtwórcy roli Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu”. Słowem nie było dosłownie – nic. Odszedł jeden z najbardziej podziwianych (i krytykowanych) artystów kina nie pozostawiając po sobie żadnego śladu na ścieżce dźwiękowej. Wtedy właśnie Anna Retmaniak postanowiła stworzyć archiwum własne. I tak powstało ponad sto już programów z cyklu „Portret słowem malowany+”. W każdym z nich oprócz głównej bohaterki (lub bohatera) występują także koledzy, autorka przytacza fragmenty ról – powstaje mozaika, złożona z różnych wypowiedzi, z której wyłania się tytułowy portret.

Tak naprawdę zaczęło się od bufetu. A właściwie jeszcze wcześniej, bo już na pierwszym roku studiów, kiedy to Anna Retmaniak w wyniku splotu wielu okoliczności po raz pierwszy trafiła do radia. To miało być tylko na chwile, na czas urlopu dziekańskiego – ale radio wsysa. Trudno d niego uciec. Toteż zawsze Anna Retmaniak przestrzega młode koleżanki, które trafiają na Myśliwiecką w Warszawie, gdzie znajduje się m.in. siedziba programu III i IV Polskiego Radia. – Dziewczyny – mówi – trzymajcie się od radia z daleka. Jeśli chcecie mieć normalną rodzinę, zdrowego męża i szczęśliwe dzieci, lepiej tutaj nie zostawać.

Sama ma za sobą doświadczenie radiowej „niewolnicy”: odgrzewane samotnie obiady, osobno przez każdego z członków rodziny, dziecko z kluczem zawieszonym na szyi, niespodziewane telefony do męża, że dzisiaj wróci… później. Radio jest zazdrosne. Nie znosi konkurencji. Żąda, aby mu się oddać w całości albo co najmniej podporządkować całe życie jego potrzebom. Teraz te konfilkty, rozdarcie między domem a pracą ma już za sobą. Radio już z nią nie konkuruje. Ale było konkurentem naprawdę groźnym.

Zanim młoda reporterka rozpoczęła gromadzić swoje prywatne archiwum teatralne, pojawiała się w teatrze na próbach, a potem coraz częściej w teatralnych bufetach. Bufet w każdym niemal teatrze to miejsce szczególne. Rzadko kiedy tolerowani są w nim „cywile”, ludzie z zewnątrz. Anna Retmaniak została „zaadoptowana”, uznana za swoją. Ludzie teatru, kiedy pojawia się dziennikarz, w szczególności z mikrofonem lub kamerą – zaczynają grać, zamykają się w sobie, bronią swej prywatności. Tak postępują chyba nie tylko aktorzy… Zanim zdobędzie się zaufanie, trzeba na to porządnie zapracować. Tak się stało w jej przypadku. Zaakceptowano ją, dzięki życzliwości, z jaka mówiła zawsze o teatrze, co nie znaczy, że kierowała się bezkrytycznym uwielbieniem.

Pewnie dlatego „Portrety” stały się programem tak zadziwiająco szczerym – nawet w radiu, gdzie swoista „anonimowość” sprzyja powstaniu nastroju intymności. Człowiek nie pokazuje twarzy, rozmawia z drugim człowiek, traci świadomość, ze go słuchają tysiące, a czasem nawet miliony odbiorców.

Nazbierało się w „Portretach” wspomnień, czasem zabawnych, czasem pełnych nostalgii. Oto przed wielu laty kilkuletnia wówczas córka Jana Kobuszewskiego zapytana o swoje marzenia zwierzyła się autorce, że chciałaby, aby jej tatuś więcej zarabiał.

– Musiałby wtedy jeszcze później wracać domu – podważyła marzenia dziewczynki Anna Retmaniak.

– Niekoniecznie. Mógłby zmienić pracę. Mógłby na przykład zostać ambasadorem… Bułgarii.

Jedną z pierwszych bohaterek jej programu była Mieczysława Ćwiklińska, ubóstwiana gwiazda międzywojennego kina, pani Miecia. Przyjęła autorkę w swoim mieszkaniu, wypełnionym po brzegi różnymi bibelocikami, które stwarzały specyficzny nastrój dawności i nieledwie muzealnej dostojności. Siedziała w maleńkim kapelusiku z kwiatkami na brzeżku fotela, wyprostowana i uśmiechnięta. Mówiła z wdziękiem, ale czuło się, że cały czas kontroluje się, że każdy ruch jest wystudiowany, a każde zawieszenie głosu – przemyślane. To była prawdziwa gwiazda w starym stylu. Tak jak Irena Eichlerówna, wielka aktorka i kapryśnica, do której jej partnerzy musieli mieć świętą cierpliwość. Pani Irena słynęła z burzliwych scen, jakie urządzała reżyserom, scenografom i kolegom-aktorom. Potrafiła jednak z ogromnym ciepłem zaleczyć powstałe urazy. Jedną z ostatnich z tego rodu gwiazd międzywojennych jest Nina Andrycz. Wryła się w pamięć widzów swoim rolami bohaterskimi, wielkich heroin, głównie królowych. Teraz znowu można ją podziwiać w roli królowej-wdowy w „Ryszardzie III” Williama Szekspira na deskach warszawskiego Teatru Polskiego, z którym jest niezmiennie związana przez cały powojenny okres. Właśnie z Niną Andrycz spotkała się ostatnio Anna Retmaniak. Aktorka przyjęła ja w zimnym mieszkaniu – właśnie wymieniano kaloryfery, zimową porą, była więc okutana w szlafrok i zaraz schowała się pod kołdrą. Ale nawet w tym stroju i w tych okolicznościach sprawiała wrażenie damy”. – To jest styl zachowania – mówi Anna Retmaniak – pewien typ gestów i spojrzeń, które nie pozwalają zapomnieć ani na chwilę, że ma się do czynienia z wielką gwiazdą.

Obraz kobiety luksusowej stworzyła – albo też stworzono wokół niej – Krystyna Janda. Rzeczywiście, kiedy pojawia się w radiu w powłóczystym futrze, którym niedbale zamiata korytarz z pachnącym cieniutkim papierosem w zębach i pieskiem na rękach – wygląda tak, jakby przed chwilą wyszła z okładki kolorowego magazynu. Kiedy się jednak wie, że ta wymodelowana na gwiazdę aktorka przez wiele lat rankiem biegała po mleko, nie zapominając przy tym o swojej staruszce-sąsiadce, że podczas każdego pobytu za granicą biegała po sklepach w poszukiwaniu najlepszych pieluszek, kaftaników i zabawek dla dziecka, a prawdziwą jej dumą stał się zakup przezroczystego nocniczka – wtedy gwiazda staje się zwykłą, zabieganą kobietą. Od innych różni ją tylko uprawiany zawód, a może nawet nie tyle zawód, ile odniesiony sukces.

Kiedyś Anna Retmaniak zadała pytanie Annie Seniuk – czy czuje się gwiazdą? Podziwiana aktorka roześmiała się serdecznie. Pokazała swoje ręce. Pozacinane przy gotowaniu obiadów, wyciągnięte od ciężkich siatek. – Czy tak wyglądają ręce gwiazdy? – odpowiedziała. Dom ją zawsze pochłaniał. W radiu widywano ją zwykle z ogromnymi siatami, w przelocie między jednym a drugim sklepem. Teraz dzieci trochę podrosły i Anna Seniuk coraz częściej pojawia się jako widz na premierach teatralnych. Elegancka, żywiołowo reagująca na to wszystko, co dzieje się na scenie.

Tak naprawdę gwiazdy to produkt kultury masowej – zbiorowe wmówienie. Może nigdy ich nie było. Może istniało tylko wyobrażenie, marzenie o życiu beztroskim, o kąpielach w szampanie albo oślim mleku, o życiu upływającym na zabawie, od sukcesu do sukcesu.

TOMASZ MIŁKOWSKI

Dodaj komentarz